wtorek / 24 października 2017 Gtl Członkowie Miesięcznik "Śląsk" Partnerzy Kontakt
Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Wywiad



„Wolę być znany ze swoich dokonań zawodowych...

 

...niż z tego, że jestem znany”. Rozmowa z Bogdanem Kalusem[1]

 

- Mój ulubiony poeta Zbigniew Herbert pisał: „Dom był lunetą dzieciństwa/ Dom był skórą wzruszenia/ policzkiem siostry/ Gałęzią drzewa”. A jaki był Pana dom?

- Zwyczajny, śląski, pachnący kluskami. Do 7. roku życia większość czasu spędzałem z babcią, bo nie chodziłem do przedszkola. Mieszkaliśmy w starej kamienicy, nie familoku. Mieliśmy ogromną kuchnię. Bardzo przeżyłem późniejszą przeprowadzkę do nowoczesnych czteropiętrowych bloków. Trudno było przyzwyczaić się do nowego miejsca, innego środowiska, szkoły.

   Miałem dobre dzieciństwo. Mój ojciec, oprócz zajmowania się pracą zawodową, grał muzykę jazzową. W domu były różne instrumenty. Już jako kilkulatek wiedziałem, że będę robił coś innego niż moi koledzy z podwórka. W latach siedemdziesiątych w Chorzowie Batorym wielkich perspektyw nie było, a ja nie znosiłem monotonii. Wiedziałem, że nie dałbym rady pracować od 6.00 do 14.00 w kopalni czy hucie.

   Potem był  przeskok w dorosłość. Bardzo wcześnie lubiłem zostawać sam w domu. Szybko się usamodzielniłem. Wbrew temu, co myślała moja mama, nie zniszczyłem mojego pierwszego mieszkania, nie organizowałem wielu imprez. Dom był dla mnie raczej przystanią, miejscem spędzania wolnego czasu w ciszy i spokoju.

 

- Kto był dla Pana autorytetem, mistrzem?

- Trudno powiedzieć. Moim mistrzem był chyba przypadek. Dziełem wielu przypadków jest to, że znalazłem się w branży artystycznej. W latach osiemdziesiątych założyliśmy z kolegami zespół rockowy. Robiło to wtedy mnóstwo młodych ludzi. Nam jako nielicznym udało się dotrzeć do Klubu Marchołt, który był akademickim centrum kultury. Mieliśmy tam próby i stopniowo wchodziliśmy w pewien obieg kultury studenckiej. To była kultura przez duże K, nie wiązała się tylko z piwem, jak to się niestety dzisiaj dzieje.

   Potem zacząłem prowadzić kabaretony. Moim atutem było to, że nie miałem problemu z wyłączeniem śląskiego akcentu. Kolejny przypadek sprawił, że spotkałem na swojej drodze człowieka, który zaproponował mi współpracę – założyliśmy własny kabaret. Po pół roku znaleźliśmy się w TV Katowice. Szybko okazało się, że będziemy mieć własny program, który nazywał się „Zakręt”. To był 1987 rok, miałem 22 lata. Dwa lata później pojawiła się możliwość grania na zachodzie dla Polonii.

   Pewnego wieczoru w 1990 roku wszedłem do kawiarni „Antrakt” w Chorzowie. Spotkałem tam kolegę z Teatru Korez. Był to początkowo teatr amatorski, z powodzeniem jednak występujący na wielu scenach. Niestety z wielu powodów rozpadł się – jeden z aktorów wyjechał do Niemiec, drugi ożenił się i żonie nie spodobały się częste próby. Został Grzegorz Wolniak, który bardzo chciał wskrzesić tamte pierwsze idee. Pamiętam, jak pomiędzy pierwszą  a  drugą w nocy zaproponował mi współpracę. Potem zrobiliśmy razem premierę Scenariusza dla trzech aktorów. Z czasem okazało się, że Michał Bryś, który grał z nami, dostał się do szkoły teatralnej w Krakowie, więc nie będzie mógł nadal występować. Zaproponowaliśmy tę rolę Mirosławowi Neinertowi. Dziś jest dyrektorem i siłą sprawczą tego teatru. Przed laty nie sądziliśmy, że uda się zajść tak daleko. Kiedy opowiadam Emilianowi Kamińskiemu, który ma prywatny teatr w Warszawie, że Teatr Korez to pierwszy prywatny teatr w Polsce, działający z powodzeniem tyle lat, to robi wielkie oczy ze zdziwienia.

   Kolejny przypadek w moim życiu sprawił, że wystąpiłem w serialu Święta wojna. Dostałem rolę w jednym odcinku. Zobaczyli moją gębę oraz to, co potrafię, i… zostałem w serialu na dziewięć lat.

   Jak nazwać inaczej, jeśli nie przypadkiem fakt, że w studiu produkcyjnym „Akson” pracowała pani, która wcześniej mieszkała w Katowicach i znała, ceniła Teatr Korez. Powiedziała o nas producentowi filmu Biała sukienka, który szukał nowych, nieznanych aktorów. Zaprosili nas na zdjęcia próbne. Okazało się, że koleżanka Elżbieta Okupska i ja dostaliśmy role. Po emisji tego filmu rozdzwoniły się telefony. Podjąłem decyzję o przeprowadzce do Warszawy. Potem posypały się propozycje. Złapałem wiatr w żagle.

    Mówiąc natomiast o zawodowych mistrzach, muszę wspomnieć o tych, z którymi miałem szczęście pracować: Leonem Niemczykiem, Janem Peszkiem, Janem Kowalewskim, Janem Kociniakiem, Franciszkiem Pieczką. Żałuję jedynie, że nie dane mi było wystąpić razem z – moim zdaniem – najlepszym polskim aktorem Januszem Gajosem, ale przecież jeszcze wszystko jest możliwe.

 

- Nie ukrywam, że cenię Pana przede wszystkim za kreacje teatralne. W sposób niezwykły potrafi Pan panować nad publicznością, wyzwalając rozmaite emocje. Nie widziałam na spektaklach, w których Pan występował, widzów, którzy pozostawaliby obojętni. Kocha Pan bardziej teatr czy film?

- Zdecydowanie teatr. To teatr jest wykładnią umiejętności aktora. W filmie w każdym momencie można powiedzieć: „stop”, „dubel”, może pojawić się uwaga, sugestia reżyserska. Na scenie teatralnej trzeba mieć po prostu talent, dar; nie można zawieść widowni.

   Dla mnie bardzo ważny był wcześniejszy kontakt z estradą, doświadczenie kabaretowe. To kabaret pozwolił mi dobrze poczuć się na scenie. W Teatrze Korez gramy przedstawienia, które stwarzają szanse na interakcje z widownią. Scenariusz dla trzech aktorów jest wystawiany od ponad 20 lat i nadal przychodzą tłumy. A nas to dalej bawi, cieszy. Największą nagrodą jest dla nas fakt, że od kilku sezonów trudno zdobyć bilet kilka dni przed spektaklem. Ważne, że nigdy nie odpuszczamy, także wtedy, kiedy salę wypełnia szkolna młodzież. Zaczęliśmy przecież od młodzieży i oni nadal przychodzą, tylko już ze swoimi rodzinami, dziećmi.

 

- Obserwujemy jednak dziś zjawisko pauperyzacji publiczności, obniżenie jej wymagań intelektualnych i oczekiwań artystycznych. Coraz mniej Polaków chodzi do teatru, zwłaszcza na sztuki, które zmuszają do zadawania sobie pytań i poszukiwania odpowiedzi. Poza tym mam wrażenie, że teatr przestaje być świątynią sztuki, a staje się miejscem narodzin „gwiazd-celebrytów”. Jak w takich czasach pojmuje Pan sens aktorstwa?

- Myślę, że teatr nie rodzi „gwiazd-celebrytów”, bo oni w ogóle nie wiedzą, co to jest teatr. Teatr zresztą weryfikuje doskonale ich umiejętności aktorskie.

   Nie do końca zgodzę się też z tezą, że ludzie mniej chodzą do teatru. Chodzą, tylko wybierają te teatry, które ich nie zawiodą. Mają też dość Zemsty, Ślubów panieńskich, Kordiana. Chcą czegoś innego. Ważny jest więc dobór repertuaru. W Warszawie na przykład najmniej problemów z zapełnieniem sali ma Teatr Kwadrat, bo grają tam farsy, które są gwarancją znakomitej rozrywki.

 

- Większość Pana ról to role komediowe. Czy marzy Pan o jakiejś wielkiej roli dramatycznej?

- Jedną taką zagrałem – w Emigrantach. To było moje marzenie, które zrodziło się w 1990 roku na Festiwalu Mrożka. Do Teatru Rozrywki w Chorzowie przyjechał Teatr MChAT z Moskwy właśnie z Emigrantami. To było niesamowite, dosłownie wbiło nas w ławki. Pomyślałem wtedy, że kiedyś muszę zagrać w tym przedstawieniu. I… zagrałem trzy lata później.

   Marzę o roli w przedstawieniu Kolacja na cztery ręce Paula Barza. To sztuka o niemożliwym w sensie fizycznym spotkaniu Haendla z Bachem. Można było ją obejrzeć dwukrotnie w telewizji. Byłą wersja krakowska – z Peszkiem i Nowickim oraz warszawska – z Gajosem i Trelą.

   Od wielu lat trwa moja przygoda z filmem. Zagrałem w jedenastu filmach fabularnych, w wielu serialach. A gram albo role mundurowe, albo pijaków. Myślę, że Andrzej Grabowski przez wiele lat miał podobny problem. W końcu udowodnił przecież, że genialnie kreuje zarówno rolę Ferdka Kiepskiego, jak i rolę np. Gebbelsa w Pitbullu.

 

- Faktycznie, dla większości Polaków jest Pan Tadziem Hadziukiem – typkiem z ławeczki, popijającym procentowe trunki – śmiesznym, ale też zdolnym do rozmowy o ważnych sprawach. Na ile ta rola zmieniła Pana życie? Na pewno stał się Pan rozpoznawany, popularny.

- Popularność odczuwałem już za czasów Świętej wojny, która miała oglądalność na poziomie trzech, czterech milionów widzów. Tam również grałem postać sympatycznego pijaczka, który zawsze znalazł powód, by od kogoś wyrwać pięć złotych. Serial Ranczo dał oczywiście jeszcze większą popularność, choć w Warszawie raczej się tego nie odczuwa.

 

- Jak Pan myśli, skąd bierze się popularność serialu Ranczo, czym różni się on od innych produkcji?

- My po prostu nie oszukujemy widza. Polska naprawdę wygląda tak, jak my ją pokazujemy, a nie jak pokazuje inna komercyjna telewizja – że wszyscy mają po 30 lat, 30 tysięcy na koncie, fantastyczny samochód i pięknie urządzone mieszkanie, a mężczyźni żyją dylematami: „wybrać blondynkę czy brunetkę”.

   Jeżdżąc po Polsce, w każdej prawie małej miejscowości znajdziemy sklep, czterech pijaczków i ławkę, na której siedzą. W każdej gminie zdarzają się konflikty między władzą świecką a kościelną, konszachty biznesowe. Ranczo zawdzięcza też swój sukces znakomitemu scenariuszowi i świetnie dobranym aktorom.

 

- Jest Pan bardzo przekonujący zarówno w rolach teatralnych, jak i filmowych, serialowych. Czy stara się Pan dogłębnie studiować motywy postaci, w którą się Pan wciela czy raczej zdaje się Pan na intuicję?

- Jeżeli chodzi o Ranczo, to miałem doświadczenie w graniu tego typu postaci. Tu problem był jedynie w tym, że musiałem zmienić gwarę. Nieskromnie powiem jednak, że mam taki talent, umiejętność, że potrafię mówić po góralsku, poznańsku, śląsku itd. Jedni uczą się języków obcych, inni gwar. Ja jestem ten drugi.

   Oczywiście, analiza postaci jest konieczna. Trzeba wiedzieć, z czym się wchodzi na plan. Lubię także, kiedy reżyser wie, o co mu chodzi.

 

- Ma Pan bogatą przeszłość – grał Pan w koszykówkę, był Pan perkusistą, występował w kabarecie, pracował Pan jako komentator sportowy. Dziś możemy Pana oglądać zarówno w filmach, jak i spektaklach teatralnych. Czy czuje się Pan człowiekiem spełnionym?

- W tej chwili gram po raz pierwszy w życiu główną rolę w filmie fabularnym, który zresztą kręciliśmy w sporej części na Śląsku. Jest to ekranizacja powieści Edmunda Niziurskiego Klub Włóczykijów. Od dwóch sezonów jestem aktorem warszawskiego teatru Capitol. Gram też w spektaklu Cud medyczny w Wilkowyjach, który jest ściśle związany z serialem Ranczo. 25 września lecimy z tym przedstawieniem za ocean.

   A prywatnie kupiłem piękne, duże mieszkanie pod Warszawą, rodzinnie też nie narzekam, więc czuję się prawie spełnionym facetem. Zostawiam sobie jednak miejsce na kropkę nad i. Bo mam nadzieję, że życie jeszcze mnie czymś zaskoczy.

 

 

[1] Wybitny aktor filmowy i teatralny związany z Teatrem Korez w Katowicach i Teatrem Capitol w Warszawie. Stworzył niezapomniane role w filmach: Enen, Drzazgi, U Pana Boga w ogródku, W krainie jaskrawych zabawek, Biała sukienka, Ubu król, Królowa chmur, Angelus oraz wielu innych.

autor: Katarzyna Walotek-Ściańska