niedziela / 19 listopada 2017 Gtl Członkowie Miesięcznik "Śląsk" Partnerzy Kontakt
Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Sztuki plastyczne



ARS LONGA. Notatki z wernisażu

Obraz Henryka Musiałowicza, Galeria MM w Chorzowie

Obraz Henryka Musiałowicza, Galeria MM w Chorzowie. Źródło obrazu: http://www.galeriamm.eu/prezentacja/harmonogram_wystaw.php?id=212&id_p=1788&typ=1.

 

Kiedyś − nikt już nie pamięta kiedy − słowo ‘wernisaż’ miało sens najzupełniej praktyczny, by nie rzec − techniczny. Oznaczało bowiem werniksowanie, czyli pokrywanie (niektórzy mawiają: przeciąganie) powierzchni prezentowanych na wystawie dzieł malarskich werniksem w celu zabezpieczenia obrazów przed wpływami atmosferycznymi oraz dla nadania barwom połysku i głębi. I nie trzeba w tym miejscu dodawać, że w takim tradycyjnym znaczeniu nikt już słowa ‘wernisaż’ nie używa. Powoli odchodzi też w zapomnienie znane jeszcze mojej generacji inne znaczenie owego słowa: wernisażem do niedawna nazywano konferencję prasową z udziałem zaproszonych gości i krytyków artystycznych poprzedzającą otwarcie wystawy i udostępnienie jej publiczności. Ale to już właściwie historia... (A szkoda − dodam cichutko i w skromnym nawiasie...). Współczesny, bardzo współczesny  wernisaż, wernisaż „tu i teraz” to coś zupełnie innego. To nowa jakość − często dość szczególna i specyficzna, to nowe zjawisko − na ogół dość zaskakujące.

Wernisaż może przebiegać i wyglądać na przykład tak:

− Jak się pani podoba wystawa? − zapytała Bywalczyni Bardziej Doświadczona (w skrócie: BBD) Bywalczynię Mniej Doświadczoną (w skrócie BMD).

− Bardzo! − odpowiedziała, a właściwie wykrzyknęła z egzaltacją BMD. − Ja tu czuję potencjał! Czuję wielką energię!

− Doprawdy? − głos BBD był obojętnie uprzejmy.

− Oczywiście! Te czerwienie! Te barwy − brązy, złoto, ach! − zachwyt BMD stawał się coraz większy.

BBD pomyślała, że należałoby raczej mówić o karminach, żółcieniach i odcieniach starego weneckiego złota, ale głośno powiedziała tylko:

− Istotnie...

− To takie holenderskie... − BMD błysnęła wiedzą fachową.

„...bo autor niegdyś fascynował się Rembrandtem” − dodała BBD, ale tylko w duchu. Spojrzała łagodnie na interlokutorkę i głośno wyrzekła:

− Rzeczywiście...

− Najchętniej kupiłabym połowę tej wystawy i powiesiła w domu − BMD snuła śmiałe plany − ale...

− ...  ale taka ilość dzieł sztuki zajęłaby zbyt dużo miejsca − skonstatowała trafnie BBD.

− ... ale widzę tu za dużo abstrakcji − BMD zręcznie, dyplomatycznie i nader taktownie wycofała się z odważnej koncepcji nabycia znacznej części ekspozycji. Najwidoczniej ceniąc w sztuce to, co nazywała  „energią” nie przepadała za malarstwem abstrakcyjnym.
− Ależ tu nie wcale abstrakcji − wmieszał się do rozmowy Bywalec Średnio Doświadczony  (BŚD). − Wyraźnie widać głowy, ręce, nogi, stopy, rysy twarzy. Chce pani, to chętnie pokażę. O, na przykład taka złota stopa...

Bywalec i BMD zajęli się wyszukiwaniem wśród malarskich metafor rozpoznawalnych, znajomych i bezpiecznych fragmentów rzeczywistości i oczywistości. Bywalczyni Bardziej Doświadczona przeszła do drugiego końca sali.

Rozejrzałam się wokół. Kolory były głębokie i szlachetne. Czarujące. Pokryte jakby delikatną mgiełką, a może kroplami niebiańskiej rosy i dlatego lśniące. Ale nie połyskliwe. Na to nie pozwalała im powaga kompozycji, dyskretna majestatyczność formy, dostojny spokój kształtów. Zadziwiające ornamenty okazywały się proste, ale była to prostota pozorna. I właściwie nie wiadomo już było, co jest ważniejsze, piękniejsze i bardziej istotne: elegancja, ekstrawagancja, prostota czy skomplikowanie, symbol czy wyobraźnia. Otaczał mnie świat pytań, tajemnic, zagadek, poetyckich refleksji, głębokich zamyśleń i przemyśleń wyrażonych środkami plastycznymi. Tylko plastycznymi. Doskonałymi i niezwykłymi. Świat Henryka Telesfora Musiałowicza.

Ten malarz, grafik, rzeźbiarz i autor instalacji  ukończył niegdyś Państwową Szkołę Sztuk Zdobniczych Przemysłu Artystycznego w Poznaniu, a to kształtuje rękę i oko, serce i rozum, umysł i duszę. Urodził się 5 stycznia 1914 roku w Gnieźnie, zmarł 24 lutego 2015 roku w Warszawie. Zastanówmy się więc, ile epok przeżył? Jak wiele widział, doświadczył, dojrzał, zrozumiał, zaobserwował. Ile nam, widzom i odbiorcom, zdołał powiedzieć i przekazać. A ile my, widzowie z owego przekazu zrozumieliśmy, odczytaliśmy, odebraliśmy, dojrzeliśmy. Cóż, są wśród nas widzowie zachwyceni, są dociekliwi, są i przypadkowi. Jak to na wernisażu... A poza tym „ars longa − vita brevis”, a może odwrotnie?  Któż to wie...

 

Henryk Musiałowicz Malarstwo

Miejska Galeria Sztuki MM, Chorzów

7 IX 28 IX 2015

wernisaż: 7 IX 2015

 

 

O wernisażu wystawy malarstwa Henryka Musiałowicza opowiedziała

 

autor: Katarzyna Młynarczyk

O pożytkach płynących z braku rewolucji (w sztuce)

Daniel Pielucha

Źródlo obrazu: http://www.galeriamm.eu/prezentacja/harmonogram_wystaw.php?id=211&id_p=1771&typ=1

 

Wiele razy zastanawiałam się na swój własny, prywatny i całkowicie indywidualny użytek, jak wyglądałoby – jak mogłoby wyglądać – malarstwo naszego wspaniałego kontynentu, gdyby jurorzy i selekcjonerzy wielkich wystaw w Paryżu w połowie XIX wieku działali, pracowali i w ogóle postępowali nieco inaczej, niż to czynili w istocie. Gdyby byli bardziej – jeszcze bardziej! – surowi i przywiązani do tradycji. Gdyby nie dopuścili do zorganizowania Salonu Odrzuconych w 1863 roku. Chociaż, prawdę mówiąc, byłoby to bardzo mało prawdopodobne, zgoła niemożliwe. Przecież ów Salon swoje powstanie i istnienie zawdzięczał  poleceniu (rozkazowi?, kaprysowi?, żartowi?, figlowi?) Napoleona III, który zdecydował, że warto oddać pod osąd paryskiej – a więc światowej – publiczności dzieła plastyczne nie znajdujące uznania oficjalnego jury złożonego z autorytetów w akademickich frakach, miłośników okaleczonych antycznych torsów i znawców archeologii.

Pozwólmy sobie w tym miejscu na dygresję: otóż wielu mądrych ludzi jest zdania, że była to najlepsza decyzja podjęta przez najmniej zdolnego członka dynastii Bonapartych. W Salonie Odrzuconych zdziwieni, zdezorientowani, zaskoczeni, rozbawieni czy zgorszeni widzowie ujrzeli m.in. Śniadanie na trawie (wtedy nosiło nazwę Kąpiel) początkującego skandalisty Maneta – i w taki to prosty sposób rozpoczęła się wielka rewolucja w sztuce. Skutków nie przewidywał i nie wyobrażał sobie nikt. Odtąd każda dekada miała swoich geniuszy, a przynajmniej nowatorów, swoje sposoby widzenia, opisywania i interpretowania świata. Swoje zasady, koncepcje, cechy charakterystyczne – absolutnie własne i jedynie prawdziwe. Zmieniał się świat (nigdy przecież nie stoi w miejscu!), ale jeszcze bardziej, szybciej, gwałtowniej, mocniej zmieniała się sztuka.

A gdyby tego wszystkiego nie było? Albo raczej gdyby cała plejada owych impresjonistów, post- i neoimpresjonistów, pointylistów, futurystów, kubistów, abstrakcjonistów zimnych i gorących, romantycznych albo geometryzujących (czy jak tam oni jeszcze kazali i lubili się nazywać) nie została zauważona przez tzw. ogół. Przez marszandów, krytyków, widzów, odbiorców, bywalców wystaw i galerii... Gdyby tłum pomysłowych i żądnych poklasku (z czego w żadnym razie nie ośmielamy się robić najmniejszego nawet zarzutu!) nowatorów zmuszony był zatrzymać się gdzieś w pół drogi. Albo zgoła na owej drogi wąskim, kamienistym, pełnym dziur, wykrotów, błota i kurzu poboczu!

Może to ryzykowna zabawa, ale spróbujmy stworzyć coś w rodzaju alternatywnej historii sztuki. A zatem – nie Monet, lecz Corot (Homer i pastuszkowie), Theodore Rousseau i Jules Dupre. Nie Manet czy Whistler, ale Bouguereau, Baudry i Gerome. Centaury i trytony Arnolda Bocklina zamiast czerwonych koni na różowej plaży (czy może odwrotnie...). Kwiaty, koronki i kapelusze w miejsce studiów psychologicznych. I w ogóle mitologia, średniowiecze, wielka i mała literatura, operowa koturnowość. Ale też kotki, pieski, aksamitne portiery, muślinowe firanki i atłasowe falbanki. Kolor lokalny, faktura gładka, żadnych sztuczek ze światłem, „blaszany” modelunek (starzy historycy sztuki wiedzą, co to takiego), wyraźny, mocny, czarny kontur (że w naturze nie istnieje? – tym gorzej dla niego!), perspektywa tak poprawna, że aż niezgodna z rzeczywistością. Ale przecież wszystkie elementy obrazu muszą być jednakowo dobrze widoczne! Rysunek à la Ingres, a jeszcze lepiej à la Rafael. Jeśli ktoś nie potrafi, to przynajmniej à la Delaroche. Niemożliwe? Ależ nie! W świecie sztuki i wyobraźni wszystko jest możliwe. A przynajmniej prawdopodobne.

Istotną, ważną, wprost nieocenioną pomocą w tworzeniu takiej własnej i prywatniej alternatywnej historii sztuki okazała się sierpniowa wystawa w Miejskiej Galerii Sztuki „MM” w Chorzowie – prezentacja malarstwa Daniela Pieluchy. Twórca ten znany jest już chorzowskiej – i okołochorzowskiej – publiczności jako laureat kolejnej edycji Triennale Malarstwa „Animalis”, czyli konkursu na obraz o tematyce zwierzęcej, organizowanego właśnie przez Galerię „MM”.

O pewnym malarzu przywiązanym nad wyraz silnie do reguł malarstwa akademickiego mówiono kiedyś, że jest „Chińczykiem zagubionym w Atenach”. Był to rodzaj komplementu mającego oznaczać, że autor z niebywałą starannością, precyzja, „chińską” dbałością o najmniejszy szczegół odtwarza śródziemnomorską archeologię. O Danielu Pielusze można powiedzieć, że jest uczniem Davida zagubionym w świecie Jacka Malczewskiego. Chociaż nie!, to nie byłoby ścisłe. Pielucha mógłby być bowiem uczniem kilku XIX-wiecznych sław, a świat Malczewskiego wybrał sobie z całym przekonaniem. I naprawdę doskonale się w tym świecie czuje.

Spójrzmy. Oto gromada rozkosznych i zabawnych małych faunów, czyli fauniątek. Właściwie zachowują się jak ludzkie dzieci (Pierwsze kroki, Zimorodek, Ptaszek) – lubią wiosenne  kwiatki, trawki, zielone listeczki, zachwycają się kolorowymi piórkami trzepoczących skrzydełkami ptaków, pomagają młodszemu rodzeństwu. Tylko wyglądają trochę osobliwie – koszulek nie noszą i mają takie dziwne kopytka. Jednak potrafią chodzić jak my – spokojne, wyprostowane, nawet na swój fauni sposób dostojne. Oto faun-nastolatek, który zaplątał się w gospodarskim obejściu i teraz udaje, że wyprowadza nad wodę stadko żółciutkich, puszystych kaczuszek (Spacer). Wyobrażam sobie, że dobry pan Malczewski spogląda na tę kompozycję gdzieś z wysokości malarskich Pól Elizejskich, uśmiecha się i mówi: „Dobrze, mój Danielu, bardzo dobrze”. Niestety, żywot faunów także bywa skomplikowany. Po dziecięcych zabawach, młodzieńczej beztrosce, chłopięcych niepokojach (Narcyz – choć tu może chodzić o jakiegoś dalekiego fauniego kuzyna), przychodzi dojrzałość (Fauny w zbożu – nie żałują sobie, o nie!), a nawet – niestety! – starość. Daniel Pielucha uświadomił mi, że fauny w pewnym wieku mogą doświadczać wielu dolegliwości, uciążliwości i ograniczeń (Podagra). Doprawdy, szczerze współczuję...

Na kolejnym, wyższym szczeblu ewolucji stoją centaury. Mają cztery nogi i cztery mocne kopyta. Wyraźnie skłonne do bójek, awantur i walki, potrafią być złe, okrutne, bezwzględne. Pieluchowym centaurem, który w bitewnym ferworze posyła przeciwnikowi solidnego kopniaka – lewą tylną nogą celuje w twarz! – zachwyciliby się wszyscy dawni mistrzowie od mitologii i batalistyki. Albo – od batalistyki mitologicznej. Jacques Louis David wzdycha w zaświatach: „Zamiast moich nudnych „Sabinek” powinienem był stworzyć coś w rodzaju tej „Walki centaurów”!” Cóż... Dziwny, zagadkowy i niejednoznaczny bywa stosunek centaurów do kobiet – tych zwykłych, prawdziwych i ludzkich, nie mitologicznych. Co właściwie łączy – i czy coś łączy – znarowionego stwora i leżącą na ziemi, zwiniętą w żałosny kłębek nagą dziewczynę, nie wiem. I wolę się nie domyślać (Centaur).

Ale wiszące obok Kuszenie św. Antoniego (niewątpliwie najlepszy obraz na wystawie!) niesie z sobą inne, ważniejsze pytania. Oto pogromczyni (nie odważę się jej nazwać cyrkówką ani woltyżerką) z nieomylną precyzją, zastanawiającą wprawą i niespotykaną siłą długim i giętkim pejczem ćwiczy stającego dęba centaura. Jego twarz – bardzo ludzką – wykrzywia spazm. Czego? Bolesnej rozkoszy, rozkosznego bólu, ekstazy, zapamiętania, uniesienia? A może pod razami szpicruty mitologiczny potwór przekroczył granicę dzielącą dojmujący ból od roztopienia się w nieziemskiej błogości? Wszak różne są – dla ludzi i zwierząt – drogi prowadzące do piekła i nieba. Pogromczyni, złotowłosa jak cherubiny i święte, ma na sobie ażurowe pończoszki gwiazdy z Folies-Bergere. I nic więcej. Dobrze – zastanawiam się, stojąc przed obrazem – ale gdzie tu jest święty Antoni? Albo inaczej – kto tutaj jest kuszony? Kto? Ależ to jasne: każdy! Każdy, kto patrzy na obraz. Podziwiający kompozycję widz staje się obiektem diabelskich sztuczek. Wiedziony jest przewrotnie, brutalnie i cynicznie ku zatraceniu duszy i niewinności. Felicien Rops, Gustaw Moreau i Franz von Stuck nie wymyśliliby czegoś podobnego. Danielu, zaczynam się Pana bać!

A raczej bałabym się bardzo, gdyby sytuacji nie rozładowały dwa centaury, będące wyraźnie nieudacznikami, nie znającymi w dodatku mitologii greckiej. Wątli, chudzi, bladzi, szaro-sini zupełnie niepotrzebnie zbliżyli się do Feby i Hilejry, rozdokazywanych królewien (Porwanie córek Leukippa), czekających przecież na Kastora i Polluksa (a może – w innej wersji – na Idasa i Linkeusa). I teraz nie wiadomo kto kogo porywa. I w jakim celu. W każdym razie nie ulega wątpliwości, że krewkie damy potarmoszą nieźle wymoczkowatych konio-ludzi... Piotr Paweł Rubens odwraca wzrok i głębiej naciska na czoło szerokoskrzydły kapelusz. Tłumi śmiech.

Po takim porwaniu zmizerowanych centaurów nic już nie dziwi. Ani starotestamentowi bohaterowie próbujący się „na rękę” przy stole w oberży (Dawid i Goliat), ani źle wychowane anioły (Walka aniołów, Anielica – ten koronkowy pasek do pończoch – ach!), ani dziwaczni mieszkańcy rzek, jezior i stawów, wynurzający się z wód o odpychających, trupich kolorach (Świtezianki, Panna z żurawiem, Nauka pływania). Trochę mnie tylko zaskoczyło, że Trzy Gracje, na obrazie pod takim tytułem (zresztą bardzo ładne, choć w tandetnych haleczkach) wyznaczyły sobie spotkanie u wrót stodoły, a nie np. w sadzie, przy studni czy na miedzy. Ale cóż – nie bardzo przecież znam wiejskie obyczaje. A raczej – poznałam je głównie za pośrednictwem młodopolskiego malarstwa. Zastanowiło mnie też, jakich to argumentów niepodważalnych użyć musiał poczciwy, choć niesympatyczny, księżulo (wytarta sutanna, chłopskie buciory, gęba jak księżyc w pełni), by połączyć na zawsze wyleniałego diabła i niezbyt pewnego siebie anioła (Kazanie). Jednak może diabeł jest po prostu zmęczony swą nieuporządkowaną egzystencją, zaś aniołowi po prostu jest wszystko jedno. Ostatecznie – gorzej już nie będzie.

Moritz von Schwind, jeden z moich ulubionych malarzy, wypowiedział kiedyś pełne treści zdanie zanotowane skrzętnie przez jakiegoś pedantycznego dziejopisa: „Ach, trzeba delikatnego, wręcz nieskalanego dobrego zmysłu, by odkryć tajemnicę wszelkiego piękna i wszelkich dziwów natury!”. „Piękno”, w dodatku „wszelkie piękno” i tegoż piękna „tajemnica”, to sprawa dyskusyjna. Jednak Daniel Pielucha odkrył wiele, bardzo wiele, zadziwiająco wiele dziwów natury. I pomógł mi wyobrazić sobie, jak wyglądałaby sztuka europejska, gdyby nie wydarzyły się różne – wielkie, większe, największe, a i całkiem małe – artystyczne rewolucje. Wyglądałaby ciekawie...

Daniel Pielucha - Malarstwo

Miejska Galeria Sztuki „MM”,

Chorzów sierpień,

2015 wernisaż 10.VIII.2015

autor: Katarzyna Młynarczyk