niedziela / 19 listopada 2017 Gtl Członkowie Miesięcznik "Śląsk" Partnerzy Kontakt
Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Proza



Dominium Marii Curie

Curie to było Królestwo. Szpital Marii poznałam od podszewki. Byłam młoda, gdy zaczęłam w nim pracować jako pielęgniarka. Bardzo młoda. Może za młoda, by podnosić stukilowe ciała pacjentów, może za młoda, by uniknąć widoku ich śmierci, może za młoda, by umrzeć razem z nimi. Ale nie za młoda, żeby zostać na nocnym dyżurze, na którym (przeczuwałam to) umrze dziecko.

Grzesia ratowaliśmy ponad trzy miesiące. Miał pięć lat. Był bezdomny. Gdy trafił na nasz oddział, nie mówił. A poznaliśmy się przez przypadek lub dzięki losowi. Stał się częścią naszej rodziny. Rodziny szpitala przy ulicy Marii Curie-Skłodowskiej. Zanim udało się nam dać mu jeszcze trochę życia, przeszedł długą drogę.

Medycy w innych klinikach rozkładali ręce. Nie podjęli się operacji. „Tego serca nie da się uratować” – mówili. Lekarze z naszego królestwa wierzyli w cuda. Przyjęto go na oddział intensywnej terapii. Pamiętam, jak wszyscy, dosłownie wszyscy: lekarze, pielęgniarki, obsługa, przynosili mu słodycze, zabawki, siadali przy jego łóżku i opowiadali bajki. Niektóre pielęgniarki zabierały go na weekend do domu. Opowiadał potem swoje. Wierzył w nie.

Pewnego dnia Grzesiu miał marzenie, zwykłą ochotę na kiełbasę z rożna. Kiełbasa? Żaden problem. Pokroiłam ją w plasterki, nadziałam na widelec i opiekłam nad kuchenką. Spełniłam jedno marzenie. Lekarz, który przyjął Grzesia na odział, zrobił więcej. Mniejsza o specjalizację. Miał hobby. Jeździł na nartach. Miał kontakty, bywał tu i tam. Mógł sprawić dziecku niecodzienną radość. Pluszak na nartkach? Nie ma sprawy. I Grześ dostał zabawkę z kosmosu. Szpital to może być dom.

Za mocno się z nim związaliśmy? Nie. Nie można leczyć serca bez serca. Niestety, gdy wkracza los, nie ma rzęs. Znam naszych lekarzy. Są najlepszymi kardiochirurgami w Polsce. Zabrze (Hindenburg) było i jest coś warte dzięki lekarzom i piłkarzom. A to, że mężowi dałam ultimatum: ja albo piłka, jest już inną historią.

Grzesiu umarł.

Tego dnia, gdy „chłopiec bez serca” odszedł, nie stałam przy zabiegu, lekarz od pluszaka – też nie. To było logiczne. Ludzie nie gaszą świeczki. Natomiast operacja zawsze musi przebiegać w totalnym spokoju. Kto się denerwuje, musi iść do domu. Dlatego często nie pozwalamy rodzinom odwiedzać tych, których kochają. Pacjent musi być stabilny. My bardziej.

Nasz szpital powstał w 1907 roku. Podobno dwupiętrową kondygnację otynkowano wtedy na szarozielono (na zimno), ale jego nazwę wypisano złotymi literami. Szpital otrzymał imię Augusty Victorii. Patronka (cesarzowa) musiała w 1918 roku „opuścić swoją ukochaną ojczyznę i udać się na wygnanie do Holandii”. Zabawne, jakie znaczenie może mieć data, miejsce i ludzie.

Na przykład 15 października 1971. Szpital Miejski nr 2. Tego dnia rozpoczęłam pracę na chirurgii urazowej. Nie jestem historykiem i może dzięki temu zapamiętałam Alicję. Oddziałową. Była nie z tej ziemi. Dobra, spontaniczna, ludzka. Małe gesty mówią o człowieku. Na przykład rajstopy.

W latach siedemdziesiątych towar nie do zdobycia. Miałam randkę po dyżurze. A tu oczko! Ala ciach. Ściągnęła rajtki i mówi: „Pójdziesz”. Nie o to chodzi, że było ją stać. Jako żona konsula poznała Indie, Singapur itp. Kwestia  człowieka i temperamentu. Po dwóch latach, gdy nas opuszczała, miałam objąć jej obowiązki. Nie. Odpada. Uparta od dziecka, wiedziałam, czego nie chcę. I tak trafiłam na kardiochirurgię. W ręce profesora Tadeusza.

Oficjalnie był „pionierem kardiochirurgii na Śląsku”. Nieoficjalnie – człowiekiem niesamowitym. Mieszkał w szpitalu. Czuwał nad pacjentem po operacji. Nie wracał wtedy do domu. Martwił się. Współodpowiadał. Nadaliśmy mu ksywkę „Cień”. Chodził w cichobiegach, pilnował wszystkiego. Zawsze elegancki, pod muchą, w fartuchu. Mówił mało. Wymagał dużo. Baliśmy się go. To dla niego byliśmy w nieustannym pogotowiu. Z szacunku.

Tam pracowałam do 1974 roku. 29 grudnia urodziłam córkę. Gdy wróciłam do pracy, chirurgia zeszła na dół, kardiologia zajęła wysokie piętro. Szpital się zmieniał. Dziś w piwnicy jest izba przyjęć, są poradnie, laboratorium, szwalnia i kaplica. Na półpiętrze: chirurgia, rentgen i sala operacyjna. Na pierwszym: kardio, reanimacja i hemodynamika. Na drugim – laryngologia. A kiedyś?

 

Był sobie król,

był sobie paź

i była też królewna.

 

Do budynku wchodziło się przez poczekalnię. Na parterze: gabinety naczelnego lekarza i inspektora szpitalnego, sala operacyjna, łazienka dla lekarzy, sala z narzędziami chirurgicznymi, pracownia rentgenowska (o! to się nie zmieniło od początku XX wieku). Po lewej od wejścia znajdował się oddział kobiecy. Na pierwszym piętrze umieszczono dwa mieszkania. Jedno dla lekarza pomocniczego, a drugie dla starszej siostry. Po prawej – gruźlicy, po lewej – odział męski. Mężczyźni leżeli nad kobietami.

Na początku ubiegłego wieku pamiętano o niuansach. Zatem istniały:  pokoik  i jadalnia dla sióstr, pomieszczenie dla pielęgniarzy, podręczna kuchnia i pokój dla pacjentów „pierwszej klasy”. Drugiego piętra jeszcze nie wybudowano. Natomiast na poddaszu mieścił się drugi pokój dla chorych z pierwszej klasy oraz oddział dla obłąkanych. Była też piwnica.

Nastały lata dziewięćdziesiąte. Pracowałam w Poradni Chorób Otyłości i Przewodu Pokarmowego. W piwnicy Curie przyjmowałam pacjentów po wertykalnej gastroplastyce sposobem Masona (vertical-banded gastroplasty). Od 1994 roku wykonywano ten zabieg przy użyciu staplera EEA-28 i TA-90.

Poznałam wielu ludzi. Leczenie otyłości to nie tylko zabieg. To psychologia. Pierwsze zadanie: wrzuć do wiader to, co zjadasz w ciągu dnia. Uzmysłów sobie, ile ich jest. Działało. W międzyczasie waga. Towarowa. Pacjent wie, dlaczego przychodzi. To objaw samokontroli. Fakt, zawsze nieco spóźniony.

Pamiętam Witolda. Monstrum. Po zabiegu długo dochodził do siebie. Skóra nie. Była za duża dla człowieka. Tłuszcz odszedł, ciało nie. Na szczęście jesteśmy plastyczni z natury. Ale nie od razu. Po wszystkim powiedział:

- Mogę sam zawiązać sobie buty i znów jestem mężczyzną.

 

Zanim w 1998 po raz pierwszy w Polsce w Curie przeprowadzono zabieg leczenia otyłości metodą laparoskopową, mój szef, Marian, jako drugi w kraju, wykonał przeszczep wątroby.

 

Stałam też do zabiegów na „otwartym sercu”.  

 

Ratujemy cię.  

Diagnoza.

Operacja.

Skupienie.

Cisza.

Otwieramy.

 

Zabieg trwa od szesnastu do dwudziestu godzin. Operujemy zastawki, przecieki przedsionkowo-komorowe, robimy zabiegi naczyniowe, wstawiamy bajpasy. Otwieramy klatkę piersiową. Przecinamy skórę. Piła tarczowa tnie mostek. Rozwieracz – klatka. Oto płuca. Teraz haki. Rozsuwamy człowieka. Widzimy bijące serce! To piękne.

Chwytamy worek osierdziowy specjalnymi narzędziami. Przecinamy. Wylewa się płyn. Mamy serce na dłoni.

Szybko! Podłączamy krwioobieg do płucoserca. To przejście. Wciąż mobilizacja. Teraz z serca na płucoserce. Maszyna działa? Uff. Uwaga na: zator, skrzep. Totalna cisza. Mózgi walczą. Nie zawsze się udaje. Nieraz było tak, że reanimacja nie pomogła. Tyle pracy... Lekarze mokrzy (ci, co stali na hakach, oj), a tu – serce – nie bije.

 

Masujemy.

Tik – tak.

Powrót.

Wracamy.

Odrutowanie mostka

i specjalne szwy.

 

- Ile trwał zabieg?

- Do czterdziestu minut na sercu.

 

Profesor klepie mnie w plecy.

Dziękuje.

Rozbudzamy pacjenta.

To nie koniec.

Teraz pielęgniarka ma robotę.

Myję, segreguję, liczę gaziki,

kompletuję narzędzia.

Brak jednego ząbka w peanie?

- O Boże!

- Żartowałem – rzekł profesor.

Nie było go już wcześniej.

 

Mój mąż szepcze, że peany są idealne do wyciągania haczyków z ryb.

autor: Ewa Olejarz