Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Muzyka na Śląsku



O Kindze, która pokochała bas

Kinga Kłyk, Happy Birthday Live

Nazywa się Kinga Głyk. Choć nie ma jeszcze 20 lat, jest wirtuozem gitary basowej, instrumentu, który nieczęsto trzymają kobiece dłonie. Mówią o niej: „Dziewczyna z wiosłem” albo bardziej elegancko: „Dama z basiczką”. Jej kariera rozwija się w tempie zapierającym dech w piersiach. Kinga właśnie wydała swoją drugą płytę, jeszcze lepszą od i tak już znakomitej pierwszej zatytułowanej Rejestracja. Album Happy Birthday Live jest zapisem koncertu, jaki odbył się w Teatrze Ziemi Rybnickiej 27 lutego 2016 r. Artystce towarzyszyli: Ireneusz Głyk (prywatnie tata), Kuba Gwardecki, Andrzej Gondek i Paweł Tomaszewski (jedyny w zestawieniu z nazwiskiem nie na literę „G”). Wśród siedmiu kompozycji składających się na repertuar płyty znajdujemy utwory Charliego Parkera i (sic!) Felixa Mendelssohna, ale przede wszystkim Kingi i jej taty – słynnego wibrafonisty i perkusisty. By zaś przywołać inne fascynacje basistki muzyką klasyków, dobrze wspomnieć, że medialną sensacją stało się umieszczenie w Internecie coveru Erica Claptona Tears In Heaven w wersji na gitarę basową solo, który zyskał na Facebooku ponad 10 milionów odsłon. Kinga coraz śmielej komponuje. Często gra, siedząc na podłodze. Wtedy czuje, że ma pełną władzę nad basem. Kluczem do zrozumienia fenomenu jej twórczości są, jak sądzę, ogromna kultura muzyczna wyrastająca z rodzinnych tradycji, solidne wykształcenie muzyczne (nauczycielem Kingi jest Jacek Niedziela), wirtuozowskie opanowanie gry na instrumencie, muzykalność i talent – a to już niewątpliwie także sprawa genów, przede wszystkim jednak – emanujące z każdej nuty – bezpretensjonalność, skromność, szczerość i miłość do muzyki, które w połączeniu z młodością i urodą dają jedyne w swoim rodzaju światło i życiodajną energię. Ta dziewczyna jest urodzonym muzykiem, widać to w radości grania i oczywiście słychać. Już teraz rekomendacje i pochwały od Adama Makowicza, Arka Skolika czy Grzegorza Kapołki wystawiają artystce świadectwo „z paskiem”. A to dopiero początek!

Na dobrą sprawę jest jeszcze nastolatką, już jednak gra z największymi polskimi (i nie tylko polskimi) jazzmanami, rockmanami i bluesmanami. Na scenie zaczynała mając niewiele ponad 10 lat z tatą Irkiem i starszym bratem Patrykiem – perkusistą jako Głyk P.I.K. Trio, które zresztą także ma na swoim koncie znakomitą płytę – Released At Last (tytuł taki właśnie, bo przygotowania do realizacji albumu zabrały muzykom niemało czasu). W jednym ze swoich tekstów Adrian Karpeta trafnie przypomina, że jest wiele zespołów, w których gra rodzeństwo, jednak znacznie mniej takich (mówimy o scenie zawodowej), gdzie spotkać można rodziców i dzieci. Ireneusz Głyk ma pewność, że to dla niego i jego najbliższych dobra sytuacja. Mówi: „Jesteśmy ze sobą w drodze, w trasie, to wzmacnia nasze więzi”.

A Kinga choć jedyna i wyjątkowa, jest zarazem jednym z trudnych do policzenia przykładów fenomenu kultury muzycznej Rybnika i ziemi rybnickiej, która zdaje się niewyczerpanym źródłem muzyki i miejscem pochodzenia (albo gościny i edukacji) najwybitniejszych muzyków. Henryk M. Górecki, wspomniany Adam Makowicz, Piotr Paleczny, Lidia Grychtołówna, Krzysztof Popek, Carrantuohill… i mieszkająca w Bełku rodzina Głyków… Można by wymieniać dalej i dalej. Śląsk wciąż wydaje swoje owoce i nie należy się temu dziwić. Wie o tym także młodziutka Kinga Głyk, skoro pisze we wkładce do swojej drugiej solowej płyty: „Muzyka to nie tylko chwila… To wieczność”.  

autor: Jacek Kurek

Kulturowe dziedzictwo z kluczem do wzruszeń

Włodzimierz Korcz, 07 zgłoś się

O wydawnictwie GAD Records Agnieszki i Michała Wilczyńskich już pisałem na naszych elektronicznych łamach. Był to mój drugi sporządzony dla internetowej strony „Śląska” tekst (22 września 2014 r.). Wybierając w tamtym czasie inicjalne tematy, chciałem zwracać uwagę Czytelników na wartości, jakie uważam za niekwestionowane, a zarazem jakby ukryte i za mało naświetlone. Napisałem wtedy kilka swoistych „laudacji”, a pierwsza dotyczyła właśnie GAD-a. Minęło niespełna półtora roku i dziś wracam do tego wątku. Powody są oczywiste. Niewielkie wydawnictwo płytowe z siedzibą w Sosnowcu (początkowo wydawało także książki o tematyce muzycznej i znakomity, w pełni profesjonalny kwartalnik poświęcony rockowi, progrockowi, psychodelii i fusion) rozwija się bowiem w sposób imponujący. Zaskakuje różnorodnością muzycznych wyborów, wielością przypominanych twórców, wykonawców. Nie zamykając się na „nowe” (w 2015 roku na przykład oficyna nawiązała współpracę z czeską firmą wydawniczą Supraphon, na efekty więc tylko czekać), nie schodzi jednocześnie z obranej u zarania drogi. Nawet gdyby pominąć płyty, o których już poprzednio wspomniałem, i skupić się tylko na wydanych w ostatnich siedemnastu miesiącach, zajęłoby to zbyt wiele miejsca... Zresztą katalog, obejmujący dziś blisko 40 pozycji, znajdą Państwo na stronie internetowej Wydawcy.

Dorobek GAD Records to już nie tylko kilkadziesiąt płyt, starannie opracowanych edytorsko (tu niski ukłon także dla odpowiedzialnej za projekty graficzne Agnieszki Wilczyńskiej), kompetentnie opisanych i – co ważne – dobrze brzmiących... To przede wszystkim kolekcja (w tym miejscu powtórzyć muszę, co już pisałem) ze smakiem i konsekwencją konstruowana, a przy tym (jak wnosić można z recenzji i efektów sprzedaży) pożądana przez melomanów, bo składająca się albo z utworów wydanych wcześniej, lecz nie na kompaktach, albo wręcz z nagrań publikowanych po raz pierwszy. Erudycja Michała Wilczyńskiego i wyczucie, z jakim dobiera program dla swoich wydawnictw, powodują, że raz po raz otrzymujemy płyty (ostatnio także winylowe) będące zarówno zbiorami znakomitej muzyki, jak i (dla wielu) okazją do wspomnień, ale też wartościowym dokumentem. Jednym z kluczy do tworzenia tej kolekcji jest „kultowość” programów telewizyjnych i filmów, których ścieżki dźwiękowe mocno zapadły w pamięć kilku pokoleń, ale do tej pory znajdowały się poza zasięgiem osób chcących ich słuchać, delektować się nimi, osobno, bez obrazów (choćby najciekawszych), dla których były pisane bądź w których je wykorzystywano. Dwie płyty zawierające muzykę z programu „Sonda” okazały się strzałem w dziesiątkę (gdy pisałem poprzedni tekst o oficynie GAD, wydana była dopiero pierwsza z nich). Kolejny kierunek został wytyczony... Równie intrygująca jest muzyka związanego z niemieckim Sonotonem Chorwata Mladena Franko zebrana na krążku Amazing Space. Kompozytor i multiinstrumentalista stał się twórcą trudnych do policzenia tematów muzycznych przywoływanych w licznych programach emitowanych w polskiej telewizji w latach osiemdziesiątych XX wieku. Ostatnio GAD wydał także muzykę Włodzimierza Nahornego do filmu Zapach psiej sierści (1981) w reżyserii Jana Batorego oraz kompozycje Włodzimierza Korcza wyzyskane w serialu 07 zgłoś się, a także muzykę Andrzeja Korzyńskiego z filmu W pustyni i w puszczy w reżyserii Władysława Ślesickiego (1973).

Miłośnicy jazzrockowych rarytasów o silnych inklinacjach progresywnych otrzymali niedawno dwie płyty Krzysztofa Sadowskiego i jego grupy organowej: pierwsza to Three Thousands Points nagrana w 1974 roku i wydana rok później w serii „Polish Jazz” (Vol. 47) oraz druga, o dwa lata starsza, Na kosmodromie, swego czasu wyemitowana przez wytwórnię płytową Pronit (Zakłady Tworzyw Sztucznych – powstałe z Państwowej Wytwórni Prochu i Materiałów Kruszących – tłoczące płyty winylowe, z czasem również pod własną marką) – obydwa krążki z nagraniami dodatkowymi. „Tytułowa suita – jak pisze w obszernym tekście wydanym wraz z płytą Jarosław Sawic – była na niwie polskiego jazzu przedsięwzięciem pionierskim już przez sam swój programowy charakter”. Prawdziwą perełką jest też płyta Epizod A Mikołaja Hertla, pianisty i jednego z prekursorów polskiej muzyki elektronicznej, artysty, który podobnie jak Franko specjalizuje się w twórczości ilustracyjnej nagrywanej dla najrozmaitszych programów i rozgłośni radiowych, choć skomponował też niemało piosenek. Płyta zawiera wybór utworów z lat 1983–1988, ukazując jednego z najbadziej interesujących polskich twórców muzyki elektronicznej tamtego czasu...

Tych zaledwie kilka wybranych przykładów przekonuje, jak cenne są inicjatywy niewielkiej aczkolwiek ambitnej oficyny wydawniczej GAD Records. Jej atutem jest nie tylko atrakcyjna oferta dla melomanów, koneserów, kolekcjonerów, miłośników polskiego filmu fabularnego i dokumentalnego, bo to przecież także spora dawka historii polskiej telewizji i polskiego kina, ale przede wszystkim działalność upowszechniająca muzykę i przywracająca zbiorowej pamięci ważne kompozycje i twórcze dokonania. To w końcu także okazja do poszerzenia wiedzy, a nawet... do wzruszeń.

Niejedno wydarzenie artystyczne, które GAD Records ożywia, ma rangę i status – a powiem to z całą mocą – narodowego dziedzictwa kulturowego. Wszak mowa o twórczości znakomitych kompozytorów, wykonawców, mowa o wysokiej klasy dziełach filmowych czy wartościowych dokumentach epoki. Znamienne, że dotąd nie znalazła się żadna duża publiczna instytucja, która zadbałaby o te właśnie, którymi zainteresował się Michał Wilczyński (choć z jego punktu widzenia to pewnie i lepiej)...

Aktywność takich oficyn, jak GAD, nie pozwala spokojnie spać tym, którzy rozkładają ręce w odpowiedzi na pytania o wznowienie lub wydanie cennych świadectw muzyki polskiej XX wieku. Ciekawe, że osobą, która postarała się o pierwszą kompaktową edycję koncertu skrzypcowego no. 2 in D op. 6. Emila Młynarskiego (1879–1935), był angielski skrzypek Nigel Kennedy (i tak oberwało mu się za wyśmienitą skądinąd, tyleż metaforyczną, co dosłowną, okładkę płyty Polish Spirit). Płyta, na której znalazł się też znany znacznie lepiej koncert skrzypcowy Mieczysława Karłowicza (in A, op. 8), ukazała się w 2007 roku.

Michał Wilczyński pokazuje, że nie mając w punkcie wyjścia niemal żadnych środków, tym bardziej tych, jakimi dysponują potężne i powołane do chronienia narodowej spuścizny kulturowej instytucje (obiekty, studia, archiwa, prawa własności, finanse, znawcy itd.) opłacane ze skarbu państwa, można pełnić misję, która je wyręcza. Szkoda jedynie, że z taką łatwością rezygnują z niej instytucje narodowe. Przypomina mi to niezliczone akcje charytatywne i działania rzesz wolontariuszy, zmierzające do ratowania ludzkiego życia, bo tych organizacji, których jest to obowiązkiem, nie stać na adekwatny wysiłek.

Sięgając po kolejne pozycje wydawnicze Michała Wilczyńskiego, nie sposób nie wskazać i nie przypomnieć, że można pogodzić działalność, której wyznacznikiem jest dbałość o poziom artystyczny i historyczny pietyzm, z działalnością mającą na celu komercyjny sukces. W oczekiwaniu na nowe-stare nagrania Agnieszce i Michałowi Wilczyńskim życzę dalszego wypełnionego sukcesami łączenia tych wartości...   

autor: Jacek Kurek