niedziela / 19 listopada 2017 Gtl Członkowie Miesięcznik "Śląsk" Partnerzy Kontakt
Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Publicystyka



Wspomnienie o A. Adamkiewiczu, poecie z "Monady"

W czwartek, 15 grudnia 2016 roku, zmarł Andrzej Adamkiewicz (1958-2016). Na literackiej mapie Chorzowa może słabo rozpoznawany, nie znalazł się przecież w żadnej z obu chorzowskich antologii poezji[1], a szkoda, bo obok Krzysztofa Karwata, Piotra Zaczkowskiego i Antoniego Podleśnego był czwartym poetą, który należał do osławionej Grupy Pracy Twórczej „Monada”, założonej w listopadzie 1976 roku[2]. Razem z tą poetycką czwórką działał jeszcze plastyk Janusz Bocianowski, którego grafiki zdobiły jedyne tomiki grupy wydane w 1980 i 1981 roku[3]. Nie była to formacja programowa, gdyż sami założyciele twierdzili, że dalecy są „(…) od formułowania manifestów, które już w swej istocie zakładają istnienie poetyk normatywnych”[4], a o tym, że są „(…) razem, zadecydowała długoletnia przyjaźń oraz niewątpliwa zbieżność (…) myśli, odczuć, pragnień”[5]. Razem udało im się przetrwać do ok. 1982 roku i zrealizować z dużym powodzeniem, jak na tamte siermiężne warunki przełomu lat 70. i 80., jeden ze swoich głównych celów. Mianowicie, udało im się ożywić młode środowisko literackie Chorzowa.

Nie tylko aktywnie tworzyli pod okiem katowickiego Oddziału ZLP, w którym należeli do Koła Młodych, a także pod troskliwymi skrzydłami Pałacu Młodzieży w Katowicach w tamtejszym Kole Literackim, ale sami stali się inicjatorami i współorganizatorami ważnych ogólnopolskich mityngów poetyckich, które miały miejsce w pierwszej połowie lat 80. w Chorzowie (I OMP „Pomówmy o wartościach” – 13-14 marca 1980 roku; II OMP „W imię wartości” – 24-26 kwietnia 1981 roku). Swoje wiersze drukowali w takich periodykach, jak: „Student”, „Studenckim piórem” czy „Integracje”. Ponadto znalazły się one również w książce Studenckie grupy i kluby poetyckie zredagowanej przez Jerzego Leszina-Koperskiego i Andrzeja K. Waśkiewicza, która ukazała się w Warszawie w 1979 roku. Grupa nawiązała też współpracę z redakcją młodzieżową Polskiego Radia w Katowicach, gdzie zrealizowała m.in. program będący jej autoprezentacją. Na terenie Chorzowa odbyło się kilka spotkań autorskich „Monady” zorganizowanych w „Kocyndrze”, np. w styczniu 1981 roku poeci wzięli udział w I Konfrontacjach Śląskiej Poezji, które poprowadził Zygmunt Korus (niestety kolejnych KŚP już nie było), a także w maju tego samego roku spotkali się z publicznością na scenie „Kocyndra”.

Prym w „Monadzie” zdecydowanie wiódł Krzysztof Karwat, którego teksty znalazły się w tomach opublikowanych po wspomnianych mityngach i który już po rozbiciu się formacji nadal był widoczny na łamach literackiej i studenckiej prasy, w 1986 roku ukazał się jego debiutancki tomik Powtórka z polskiego (potem były jeszcze dwa zbiory wierszy i szereg książek niepoetyckich, w tym wydanie krytyczne dzieł Stanisława Bieniasza i opracowanie historii Teatru Rozrywki), a w 1987 roku poprowadził w Chorzowie Seminarium Poetyckie „Nasze miejsce: wczoraj i dziś”, którego pokłosiem była książka pod tym samym tytułem. Obecnie natomiast prowadzi w Teatrze Rozrywki autorski cykl spotkań „Górny Śląsk – świat najmniejszy” i jest redaktorem naczelnym kwartalnika „Fabryka Silesia”. W szeroko pojętej kulturze udało się też pozostać Piotrowi Zaczkowskiemu, który wydał trzy tomiki wierszy (1983, 1990, 1993) oraz dziennik Szkoła złudzeń (2014), a ponadto jest dyrektorem instytucji Katowice Miasto Ogrodów – Instytucja Kultury im. Krystyny Bochenek.

Z literackiej mapy Chorzowa i Śląska zupełnie natomiast zniknęli Antoni Podleśny i Andrzej Adamkiewicz. O tym pierwszym słuch zaginął. Niektórzy mylą go z Alojzym Podleśnym, ale to dwie różne postacie. Dzieli je chociażby różnica kilku dekad w dacie urodzin. Antoni był z 1957 roku, a Alojzy z 1933 roku. Antoni oprócz wierszy opublikowanych pod wspólnym szyldem „Monady” niczego nie wydał, natomiast Alojzy m.in. ogłosił drukiem tomiki Moje porządkowanie świata (1988) i Butik z wierszami (1990), a także w 1987 roku na antenie Polskiego Radia wyemitowano jego słuchowisko Kinderarchat, ponadto jego twórczość znalazła się w kilku almanachach i antologiach, np. w chorzowskim zbiorze Jak smagnięcie gałązką (2002).

Z kolei Andrzej Adamkiewicz oprócz okazjonalnie wydrukowanych wierszy w okresie aktywności „Monady” i dwóch zbiorowych tomików tejże grupy, opublikował jeszcze omówienie I OMP „Pomówmy o wartościach” na łamach „Radaru” (nr 6 z 1980 roku). Jego wiersze można odnaleźć w piśmie studentów Uniwersytetu Śląskiego „Studenckim piórem” (nr 1 z 1980 roku; nr 1 z 1981 roku), zeszytach Ruchu Kulturalnego i Artystycznego SZSP „Integracje” (maj 1981 rok), dwóch wspomnianych tomikach „Monady” oraz w zbiorze będącym pokłosiem I OMP „Pomówmy o wartościach” (1980). Potem, można powiedzieć, zamilkł poetycko, ale jeśli istotą poezji jest dawanie ludziom nadziei, że w tym życiu jest coś więcej niż żołądek i trwoga, to jego życie było w pewnym sensie poezją. Jako bowiem listonosz roznosił ludziom także dobre wiadomości, słowa, na które bardzo oczekiwali; dawał im nadzieję, że w zaklejonej kopercie jest dowód tego, iż ktoś o nich pamięta; dostarczał im dowody na to, że nie wszystek umrą, bo zostaną po nich chociażby listy. Sądzę, że taka interpretacja nie jest nadużyciem, skoro sam autor w drugim zbiorze „Monady” napisał: „Poezja jest dla mnie sposobem istnienia, sposobem uczestniczenia w życiu”[6]. Realizował więc własną poezję właśnie poprzez życie, poprzez bycie listonoszem.

Po Andrzeju pozostanie zatem tych kilka wydrukowanych wierszy i jasny punkt na literackiej mapie Chorzowa przełomu ósmej i dziewiątej dekady, którym była „Monada”; pozostanie pamięć ludzi, z którymi żył, którym przynosił listy, paczki i dobre słowo. Pozostaną dorosłe już dzieci: Jakub i Zuzanna oraz wnuczki: Marta, Maria i Wanda. Pozostanie tomik złożony przez Piotra Zaczkowskiego, by wspomóc leczenie ciężko chorego Andrzeja, tomik, który poszedł do druku w dniu jego śmierci… Wreszcie pozostanie swoiste poetyckie pożegnanie opublikowane w drugim zbiorze „Monady”:

 

Moment wyjścia

 

Zamyślone ręce

szukają modlitwy

lecz gdzież im tam do niej

nawet papierosa trzymają niepewnie

 

Balansują na pajęczej nici

ostatnich oddechów

kładą na oczy ciężkie monety

toczą pod powieką kamień snu

w górę

w górę[7]

 

[1] Chodzi o zbiory: Antologia twórczości literackiej. Wstęp M. Smuda-Machoń, M. Kisiel. Chorzów 1997; Jak smagnięcie gałązką. Antologia twórczości literackiej. Red. B. Dziekańska, S. Przybyłowski. Chorzów 2002.

[2] Andrzej Adamkiewicz dołączył do niej później. W opracowaniu Studenckie grupy i kluby poetyckie, wydanym w 1979 roku pod red. J. Leszina-Koperskiego i A. K. Waśkiewicza, skład grupy jest jeszcze trzyosobowy: Karwat, Zaczkowski i Podleśny.

[3] Zob. Wiersze grupy poetyckiej MONADA. Katowice 1980; A. Adamkiewicz, J. Bocianowski, K. Karwat, A. Podleśny, P. Zaczkowski: MONADA. Gliwice 1981.

[4] K. Karwat, A. Podleśny, P. Zaczkowski, [Samookreślenie], [w:] Studenckie grupy i kluby poetyckie. Wiersze. Manifesty. Saookreślenia, wybór, oprac. i red. J. Leszin-Koperski, A. K. Waśkiewicz, Warszawa 1979, s. 309.

[5] Tamże.

[6] A. Adamkiewicz: [Słowo wstępne do jego wierszy], w: A. Adamkiewicz, J. Bocianowski, K. Karwat, A. Podleśny, P. Zaczkowski: MONADA…, s. 7.

[7] Tenże: Moment wyjścia, w: Tamże, s. 9.

autor: Katarzyna Kuroczka

Byłam w "Śląsku"

Przyszłam do zespołu w styczniu 2014 roku. Za redakcyjnym stołem siedzieli wówczas: Witold Turant, Wiesia Konopelska, Marysia Sztuka, Bogdan Widera i Wojtek Łuka. Pewnie nie pamiętali, że moje nazwisko (wówczas jeszcze Bereta) pojawiło się w tym gronie pierwszy raz w lipcu 2011 roku, kiedy to opublikowano mój debiut w „Śląsku”. Była to mała recenzyjka na pół kolumny. Czyżby proroctwo? Wszak moim działem była później krytyka literacka.

Jednak można by cofnąć się jeszcze dalej, do dużo wcześniejszego i chyba ważniejszego punktu w czasie. Albowiem pierwszy usłyszał o mnie Bogdan, kiedy w 2009 roku otrzymał moje dwie książeczki – tomik poezji i zbiór opowiadań. Do omówienia w notach wybrał ten drugi, obiecując, że nad pierwszym pochyli się przy innej okazji. Nigdy nie spełnił obietnicy. I bardzo dobrze, bo tamte wierszydła-straszydła nie powinny były ujrzeć światła dziennego. Za to po latach, letnią porą 2016 roku, w barze „U Dżoniego” rozmawialiśmy o moim nowym zbiorze, którego już tak chętnie nie pcham pod wałki drukarskie i pokazuję jedynie nielicznym, aby ocenili, jaką ma wartość. Jedną z osób, którym odważyłam się podsunąć do przeczytania Tabletki z cyrylicą, jest właśnie Bogdan. Jakbym szukała podświadomie spełnienia tego opublikowanego na łamach „Śląska” proroctwa (?), że kiedyś zajmie się moimi wierszami. No, ale z Bogdanem w ogóle połączyły nas serdeczne więzi (Bogdan się pewnie teraz uśmiecha, gdy to czyta, i rzuca jakimś stosownym cytatem). Dość powiedzieć, że jego redakcyjny dowcip trafił do mojej sztuki Ja, Gustaw. Zresztą atmosfera „Śląskowych” kolegiów, niepowtarzalna pod każdym względem!, wiele mi pomogła podczas pisania dramatu. Szczególnie lubiłam i nadal lubię pogwarki Wojtka z Bogdanem, i chyba ich będzie mi brakowało najbardziej. Od początku słyszałam w nich język Mrożka. To są gotowe dialogi do tragifarsy. Nie do odtworzenia, jeśli się ich nie spisało. Czasami żałuję, że tego nie robiłam na bieżąco!

Kiedy więc przyszłam w styczniu 2014 roku, żył jeszcze Feliks Netz, choć już nie bywał na naszych naradach. Uczestniczył z boku, niejako w cieniu, przesyłając teksty mailowo, będąc zawsze na podorędziu, gdy trzeba było o coś zapytać, poprosić. Nadal widniał w stopce. Nasze drogi przecięły się pierwszy raz bardzo konkretnie i nieprzypadkowo w listopadzie 2014 roku, bo nie liczę wcześniejszego okazjonalnego spotkania podczas imprezy zorganizowanej w siedzibie GTL przy Dworcowej 13. W listopadzie pośredniczyłam zatem najpierw w zaproszeniu Netza do jury II Turnieju Jednego Wiersza im. Barbary Dziekańskiej w Chorzowie, a potem odważyłam się sama wystąpić z własnym utworem, który zdobył wyróżnienie. W grudniu skończyłam moją sztukę Ja, Gustaw, pisaną w ramach stypendium ministerialnego, i przesłałam ją m.in. do Feliksa Netza. To on wybrał fragment, który opublikowaliśmy w lutowym numerze w 2015 roku, choć w kwestiach merytorycznych znacznie różniliśmy się. On zupełnie gdzie indziej położyłby akcent dramatyczny w życiu głównego bohatera, czyli Gustawa Morcinka. Dla Netza głównym nerwem egzystencji skoczowianina był Stalinogród, dla mnie – wieczne zawieszenie pisarza, ciągłe pozostawanie w drodze i pozbawienie trwałego miejsca, jakby był homo peregrinus i homo atopos.

Nigdy jednak nie ośmieliłabym się myśleć o sobie jak o kimś, kto zasiadł na miejscu kogokolwiek przede mną w redakcji, chociaż to przecież Netz niegdyś zajmował się działem krytyki literackiej. Nigdy, aż do chwili, gdy redaktor kwartalnika społeczno-kulturalnego Dolnego Powiśla i Żuław „Prowincja”, do którego wysłałam swoje artykuły i wiersze, uświadomił mi pewną ciągłość. Janusz Ryszkowski zwrócił mi bowiem uwagę na istnienie linii, w którą przypadkowo i zupełnie niezasłużenie los mnie wpisał, gdy w maju 2014 roku z rąk kolejnego naczelnego – prof. Dariusza Rotta – otrzymałam formalne powołanie na kierownika działu krytyki (w stopce dział krytyki przypisano mi od numeru 6/2014, natomiast od numeru 2/2014 byłam w stopce jako odpowiedzialna za slaskgtl.pl). Trzymam je w domu do dziś. Na pamiątkę czegoś, co dopiero po latach chyba docenię. Czasami trzeba skądś odejść, by właściwie ocenić rolę tego miejsca w naszym życiu i naszą rolę w życiu tego miejsca.

W kwietniu 2015 roku zmarł Feliks Netz. Otrzymałam wówczas zadanie napisania o jego obecności na łamach „Śląska”. Nie pierwszy raz przejrzałam wszystkie roczniki. Tym razem w poszukiwaniu Netzowych śladów. To była wielka lekcja pokory. Bo wobec tak bogatego dorobku, by wspomnieć tylko 165 filmowych recenzji, trzeba nisko pochylić czoła. A przecież publikacje w miesięczniku reprezentują zaledwie ułamek jego twórczości. Są jeszcze powieści, poezje, tłumaczenia, eseje, słuchowiska…

Rok 2015 był dla mnie szczególny, ale z zupełnie innego powodu niż smutne wydarzenie, o którym wspomniałam wyżej. Rozpoczęłam go pierwszą w życiu literacką rozmową, którą na łamach styczniowego numeru przeprowadziłam z Wiesławem Myśliwskim. Zespół posłał mnie wtedy chyba trochę na pożarcie, a może realizował zasadę rzucenia na głęboką wodę. Tymczasem nie tylko nie utonęłam, ale jeszcze Bogdan we wstępniaku napisał, że ten wywiad był perełką numeru. Potem posypały się kolejne rozmowy, początkowo wpisujące się w cykl „Rozmowy na 20-lecie”. Była więc prof. Dorota Simonides (nr 4/2015), był Henryk Waniek (nr 8/2015), prof. Stanisław S. Nicieja (nr 9/2015), Krzysztof Czyżewski (nr 10/2015) oraz Tadeusz Kijonka (nr 11/2015). Poza cyklem rozmawiałam także z prof. Franciszkiem Bunschem (nr 3/2015) oraz dr hab. Beatą Pitułą, dr. Jerzym Jaroszem, Tomaszem Szyjkowskim i Przemysławem Fabjańskim (nr 9/2014). Natomiast w 2016 roku przeprowadziłam wywiady z Wojciechem Kuczokiem (nr 1/2016), Weroniką Murek (nr 2/2016), prof. Aleksandrem Nawareckim (nr 3/2016), prof. Zbigniewem Białasem (nr 5/2016) i prof. Ryszardem Kaczmarkiem (nr 11/2016). W chwili, gdy piszę ten tekst, mam jeszcze w planach rozmowę z Grzegorzem Chudym, która ukaże się w grudniowym numerze, kończącym moją obecność w stopce.

Właśnie wywiady cenię sobie najwyżej. To były nie tylko lekcje dziennikarskiego rzemiosła, nie tylko skondensowane studia nad twórczością i dorobkiem moich dyskutantów oraz nad licznymi zagadnieniami kulturalnymi, społecznymi i historycznymi, ale także wspaniałe przygody literackie. Poznałam wyjątkowe osoby, doświadczyłam od nich wiele dobra, życzliwości i ciepła, zostałam niejednokrotnie dopuszczona do ich intymnego, osobistego świata. Byłam goszczona w domu Wiesława Myśliwskiego w Warszawie, prof. Doroty Simonides w Opolu, w mieszkaniach prof. Franciszka Bunscha i jego bratanka dr. inż. Adama Bunscha w Krakowie, w niezwykłej posiadłości prof. Stanisława S. Niciei w Pępicach oraz w urokliwie położonym gospodarstwie Krzysztofa Czyżewskiego w Krasnogrudzie, a przede mną jeszcze wizyta w nikiszowieckim domu Grzegorza Chudego. Z pozostałymi rozmówcami spotykałam się w dużych nowoczesnych przestrzeniach, jak restauracja „Cadenza” w NOSPR, w której rozmawiałam z Henrykiem Wańkiem, czy „Akolada” w atrium Akademii Muzycznej, w której wysłuchałam prof. Aleksandra Nawareckiego; albo też w miejscach kameralnych, jak Cafe Pogoń w Sosnowcu, gdzie dyskutowałam z prof. Zbigniewem Białasem.

Na jakość publikowanych później wywiadów miała wpływ nade wszystko osobowość moich rozmówców, to, co mają do przekazania, ich świat wartości, życiowe doświadczenie, intelektualna perspektywa, ale także entourage, w którym przychodziło nam konwersować. Ten ostatni pomagał jakże często dosłownie zbudować wypowiedzi. Gdyby nie Akademia Muzyczna, w odpowiedziach prof. Nawareckiego nie byłoby może niektórych wielkich nazwisk, jak: prof. Eugeniusz Knapik, który przeszedł akurat obok nas, czy prof. Julian Gembalski, który gdzieś się spieszył, czy Hans Bellmer, którego wystawę mieliśmy niejako za naszymi plecami, w niedalekim Muzeum Historii Katowic. Te wszystkie smaczki zostały wydobyte na światło dzienne właśnie dzięki miejscom i sytuacjom, w których znaleźliśmy się, ale na które zgodziliśmy się też otworzyć podczas dyskusji.

Najważniejsze jest jednak to, że żaden z przywołanych rozmówców, a przecież wśród nich znajdziemy laureatów Nike (nawet jednego dwukrotnego), nominowanych do tej nagrody, profesorów o uznanym ogólnopolskim dorobku, malarzy o światowej sławie, żadna z tych osób więc nie dała mi nigdy odczuć, iż jestem żółtodziobem, że traktuje mnie niepoważnie, że rozmowa ze mną jest nieważną lub irytującą chwilą w jej pełnym interesujących spraw życiu. Wręcz przeciwnie! Przy każdej z nich czułam, że dokonuje się misterium spotkania i że prowadzimy prawdziwy dialog. Wynikało to przede wszystkim z ogromnej kultury moich interlokutorów. W sposób szczególny wspominam niezwykle szarmancką postawę prof. Stanisława S. Niciei, który czekał wraz z małżonką na dworcu, by mnie stamtąd odwieźć do swej posiadłości, po której nie tylko mnie oprowadził, ale także uraczył wspólnym obiadem, a następnie znowu odwiózł na dworzec, czekając ze mną na peronie na przyjazd pociągu. Jako wyjątkowa utkwiła mi w pamięci również wizyta u Wiesława Myśliwskiego, u którego dane mi było spędzić aż cztery godziny, zakończone wspólnym posiłkiem przygotowanym przez jego żonę. To są doświadczenia, których nie zdobyłabym nigdy, gdyby nie to, że kiedyś los bardzo krętymi ścieżkami, ale to temat na inną okazję!, doprowadził mnie na Dworcową 13 w Katowicach.

Moim podstawowym żywiołem przez te blisko trzy lata była jednak krytyka literacka. Od niej wszystko się zaczęło i wokół niej zogniskowało. Własnych recenzji opublikowałam w sumie 20, ale kolejnych ponad sto musiałam przeczytać, zredagować, a jeszcze wcześniej zamówić lub uprosić. W tym miejscu chciałabym podziękować wszystkim, którzy dla mnie pisali, choć wiemy dobrze, jak ciężko było, gdy zaczęły się problemy finansowe. Wtedy na pokładzie pozostali najwierniejsi, na których zawsze mogłam liczyć: prof. Krystyna Heska-Kwaśniewicz, prof. Jacek Lyszczyna, Ryszard Bednarczyk, Grzegorz Sztoler, Katarzyna Niesporek, Ewa Wylężek, Bogdan Widera. Dziękuję jednak wszystkim, których nazwiska pojawiły się w moim dziale w ciągu tych niespełna trzech lat! Wiele się nauczyłam, czytając Państwa interpretacje poezji, prozy, publikacji naukowych i popularnonaukowych.

Dziękuję w tym miejscu także tym, którzy współtworzyli ze mną, przynajmniej początkowo, naszą redakcyjną witrynę www.slaskgtl.pl. Zrobiłam, ile było w mej mocy, by strona, którą sama zaprojektowałam, żyła. Niestety brak finansów spowodował odsunięcie się ludzi, a brak ludzi powolną śmierć tej wirtualnej przestrzeni „Śląska”. Wydaje się, że to powszechna kolej rzeczy. Chciałoby się rzec, nic nowego pod słońcem, pod śląskim słońcem!

A jeśli już o wdzięczności mowa, to jestem ją winna nade wszystko zespołowi, bo to oni przyjęli mnie do swojego grona, to oni zaufali, powierzając dział krytyki, posyłając na wywiady, dając miejsce moim esejom, to z nimi przetrwałam chwile naprawdę trudne dla miesięcznika. I choć razem może przetrwaliśmy już najgorsze, któż to wie!, to jednak, jak napisał Witold Turant w Mieście z przypadku, nie zestarzeję się w tej redakcji, choć trochę szkoda, bo mamy takie ładne nowe, a zarazem historyczne, lokum przy ul. Ligonia 7. Mój pierwszy naczelny przewidział też, że wiele się nauczę pod redakcyjnymi skrzydłami i tak się stało. Zrozumiałam przede wszystkim, że czasami trzeba odejść, by zyskać coś nowego. Chociażby tylko odmienną perspektywę. A to przecież wcale niemało!

Pani Wiesiu, Marysiu, Wojtku i Bogdanie życzę Wam, aby przed „Śląskiem” także otwarły się nowe możliwości! Wszak widok z okna już nam się zmienił!

autor: Katarzyna Kuroczka