Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

4.



Byłam w "Śląsku"

Przyszłam do zespołu w styczniu 2014 roku. Za redakcyjnym stołem siedzieli wówczas: Witold Turant, Wiesia Konopelska, Marysia Sztuka, Bogdan Widera i Wojtek Łuka. Pewnie nie pamiętali, że moje nazwisko (wówczas jeszcze Bereta) pojawiło się w tym gronie pierwszy raz w lipcu 2011 roku, kiedy to opublikowano mój debiut w „Śląsku”. Była to mała recenzyjka na pół kolumny. Czyżby proroctwo? Wszak moim działem była później krytyka literacka.

Jednak można by cofnąć się jeszcze dalej, do dużo wcześniejszego i chyba ważniejszego punktu w czasie. Albowiem pierwszy usłyszał o mnie Bogdan, kiedy w 2009 roku otrzymał moje dwie książeczki – tomik poezji i zbiór opowiadań. Do omówienia w notach wybrał ten drugi, obiecując, że nad pierwszym pochyli się przy innej okazji. Nigdy nie spełnił obietnicy. I bardzo dobrze, bo tamte wierszydła-straszydła nie powinny były ujrzeć światła dziennego. Za to po latach, letnią porą 2016 roku, w barze „U Dżoniego” rozmawialiśmy o moim nowym zbiorze, którego już tak chętnie nie pcham pod wałki drukarskie i pokazuję jedynie nielicznym, aby ocenili, jaką ma wartość. Jedną z osób, którym odważyłam się podsunąć do przeczytania Tabletki z cyrylicą, jest właśnie Bogdan. Jakbym szukała podświadomie spełnienia tego opublikowanego na łamach „Śląska” proroctwa (?), że kiedyś zajmie się moimi wierszami. No, ale z Bogdanem w ogóle połączyły nas serdeczne więzi (Bogdan się pewnie teraz uśmiecha, gdy to czyta, i rzuca jakimś stosownym cytatem). Dość powiedzieć, że jego redakcyjny dowcip trafił do mojej sztuki Ja, Gustaw. Zresztą atmosfera „Śląskowych” kolegiów, niepowtarzalna pod każdym względem!, wiele mi pomogła podczas pisania dramatu. Szczególnie lubiłam i nadal lubię pogwarki Wojtka z Bogdanem, i chyba ich będzie mi brakowało najbardziej. Od początku słyszałam w nich język Mrożka. To są gotowe dialogi do tragifarsy. Nie do odtworzenia, jeśli się ich nie spisało. Czasami żałuję, że tego nie robiłam na bieżąco!

Kiedy więc przyszłam w styczniu 2014 roku, żył jeszcze Feliks Netz, choć już nie bywał na naszych naradach. Uczestniczył z boku, niejako w cieniu, przesyłając teksty mailowo, będąc zawsze na podorędziu, gdy trzeba było o coś zapytać, poprosić. Nadal widniał w stopce. Nasze drogi przecięły się pierwszy raz bardzo konkretnie i nieprzypadkowo w listopadzie 2014 roku, bo nie liczę wcześniejszego okazjonalnego spotkania podczas imprezy zorganizowanej w siedzibie GTL przy Dworcowej 13. W listopadzie pośredniczyłam zatem najpierw w zaproszeniu Netza do jury II Turnieju Jednego Wiersza im. Barbary Dziekańskiej w Chorzowie, a potem odważyłam się sama wystąpić z własnym utworem, który zdobył wyróżnienie. W grudniu skończyłam moją sztukę Ja, Gustaw, pisaną w ramach stypendium ministerialnego, i przesłałam ją m.in. do Feliksa Netza. To on wybrał fragment, który opublikowaliśmy w lutowym numerze w 2015 roku, choć w kwestiach merytorycznych znacznie różniliśmy się. On zupełnie gdzie indziej położyłby akcent dramatyczny w życiu głównego bohatera, czyli Gustawa Morcinka. Dla Netza głównym nerwem egzystencji skoczowianina był Stalinogród, dla mnie – wieczne zawieszenie pisarza, ciągłe pozostawanie w drodze i pozbawienie trwałego miejsca, jakby był homo peregrinus i homo atopos.

Nigdy jednak nie ośmieliłabym się myśleć o sobie jak o kimś, kto zasiadł na miejscu kogokolwiek przede mną w redakcji, chociaż to przecież Netz niegdyś zajmował się działem krytyki literackiej. Nigdy, aż do chwili, gdy redaktor kwartalnika społeczno-kulturalnego Dolnego Powiśla i Żuław „Prowincja”, do którego wysłałam swoje artykuły i wiersze, uświadomił mi pewną ciągłość. Janusz Ryszkowski zwrócił mi bowiem uwagę na istnienie linii, w którą przypadkowo i zupełnie niezasłużenie los mnie wpisał, gdy w maju 2014 roku z rąk kolejnego naczelnego – prof. Dariusza Rotta – otrzymałam formalne powołanie na kierownika działu krytyki (w stopce dział krytyki przypisano mi od numeru 6/2014, natomiast od numeru 2/2014 byłam w stopce jako odpowiedzialna za slaskgtl.pl). Trzymam je w domu do dziś. Na pamiątkę czegoś, co dopiero po latach chyba docenię. Czasami trzeba skądś odejść, by właściwie ocenić rolę tego miejsca w naszym życiu i naszą rolę w życiu tego miejsca.

W kwietniu 2015 roku zmarł Feliks Netz. Otrzymałam wówczas zadanie napisania o jego obecności na łamach „Śląska”. Nie pierwszy raz przejrzałam wszystkie roczniki. Tym razem w poszukiwaniu Netzowych śladów. To była wielka lekcja pokory. Bo wobec tak bogatego dorobku, by wspomnieć tylko 165 filmowych recenzji, trzeba nisko pochylić czoła. A przecież publikacje w miesięczniku reprezentują zaledwie ułamek jego twórczości. Są jeszcze powieści, poezje, tłumaczenia, eseje, słuchowiska…

Rok 2015 był dla mnie szczególny, ale z zupełnie innego powodu niż smutne wydarzenie, o którym wspomniałam wyżej. Rozpoczęłam go pierwszą w życiu literacką rozmową, którą na łamach styczniowego numeru przeprowadziłam z Wiesławem Myśliwskim. Zespół posłał mnie wtedy chyba trochę na pożarcie, a może realizował zasadę rzucenia na głęboką wodę. Tymczasem nie tylko nie utonęłam, ale jeszcze Bogdan we wstępniaku napisał, że ten wywiad był perełką numeru. Potem posypały się kolejne rozmowy, początkowo wpisujące się w cykl „Rozmowy na 20-lecie”. Była więc prof. Dorota Simonides (nr 4/2015), był Henryk Waniek (nr 8/2015), prof. Stanisław S. Nicieja (nr 9/2015), Krzysztof Czyżewski (nr 10/2015) oraz Tadeusz Kijonka (nr 11/2015). Poza cyklem rozmawiałam także z prof. Franciszkiem Bunschem (nr 3/2015) oraz dr hab. Beatą Pitułą, dr. Jerzym Jaroszem, Tomaszem Szyjkowskim i Przemysławem Fabjańskim (nr 9/2014). Natomiast w 2016 roku przeprowadziłam wywiady z Wojciechem Kuczokiem (nr 1/2016), Weroniką Murek (nr 2/2016), prof. Aleksandrem Nawareckim (nr 3/2016), prof. Zbigniewem Białasem (nr 5/2016) i prof. Ryszardem Kaczmarkiem (nr 11/2016). W chwili, gdy piszę ten tekst, mam jeszcze w planach rozmowę z Grzegorzem Chudym, która ukaże się w grudniowym numerze, kończącym moją obecność w stopce.

Właśnie wywiady cenię sobie najwyżej. To były nie tylko lekcje dziennikarskiego rzemiosła, nie tylko skondensowane studia nad twórczością i dorobkiem moich dyskutantów oraz nad licznymi zagadnieniami kulturalnymi, społecznymi i historycznymi, ale także wspaniałe przygody literackie. Poznałam wyjątkowe osoby, doświadczyłam od nich wiele dobra, życzliwości i ciepła, zostałam niejednokrotnie dopuszczona do ich intymnego, osobistego świata. Byłam goszczona w domu Wiesława Myśliwskiego w Warszawie, prof. Doroty Simonides w Opolu, w mieszkaniach prof. Franciszka Bunscha i jego bratanka dr. inż. Adama Bunscha w Krakowie, w niezwykłej posiadłości prof. Stanisława S. Niciei w Pępicach oraz w urokliwie położonym gospodarstwie Krzysztofa Czyżewskiego w Krasnogrudzie, a przede mną jeszcze wizyta w nikiszowieckim domu Grzegorza Chudego. Z pozostałymi rozmówcami spotykałam się w dużych nowoczesnych przestrzeniach, jak restauracja „Cadenza” w NOSPR, w której rozmawiałam z Henrykiem Wańkiem, czy „Akolada” w atrium Akademii Muzycznej, w której wysłuchałam prof. Aleksandra Nawareckiego; albo też w miejscach kameralnych, jak Cafe Pogoń w Sosnowcu, gdzie dyskutowałam z prof. Zbigniewem Białasem.

Na jakość publikowanych później wywiadów miała wpływ nade wszystko osobowość moich rozmówców, to, co mają do przekazania, ich świat wartości, życiowe doświadczenie, intelektualna perspektywa, ale także entourage, w którym przychodziło nam konwersować. Ten ostatni pomagał jakże często dosłownie zbudować wypowiedzi. Gdyby nie Akademia Muzyczna, w odpowiedziach prof. Nawareckiego nie byłoby może niektórych wielkich nazwisk, jak: prof. Eugeniusz Knapik, który przeszedł akurat obok nas, czy prof. Julian Gembalski, który gdzieś się spieszył, czy Hans Bellmer, którego wystawę mieliśmy niejako za naszymi plecami, w niedalekim Muzeum Historii Katowic. Te wszystkie smaczki zostały wydobyte na światło dzienne właśnie dzięki miejscom i sytuacjom, w których znaleźliśmy się, ale na które zgodziliśmy się też otworzyć podczas dyskusji.

Najważniejsze jest jednak to, że żaden z przywołanych rozmówców, a przecież wśród nich znajdziemy laureatów Nike (nawet jednego dwukrotnego), nominowanych do tej nagrody, profesorów o uznanym ogólnopolskim dorobku, malarzy o światowej sławie, żadna z tych osób więc nie dała mi nigdy odczuć, iż jestem żółtodziobem, że traktuje mnie niepoważnie, że rozmowa ze mną jest nieważną lub irytującą chwilą w jej pełnym interesujących spraw życiu. Wręcz przeciwnie! Przy każdej z nich czułam, że dokonuje się misterium spotkania i że prowadzimy prawdziwy dialog. Wynikało to przede wszystkim z ogromnej kultury moich interlokutorów. W sposób szczególny wspominam niezwykle szarmancką postawę prof. Stanisława S. Niciei, który czekał wraz z małżonką na dworcu, by mnie stamtąd odwieźć do swej posiadłości, po której nie tylko mnie oprowadził, ale także uraczył wspólnym obiadem, a następnie znowu odwiózł na dworzec, czekając ze mną na peronie na przyjazd pociągu. Jako wyjątkowa utkwiła mi w pamięci również wizyta u Wiesława Myśliwskiego, u którego dane mi było spędzić aż cztery godziny, zakończone wspólnym posiłkiem przygotowanym przez jego żonę. To są doświadczenia, których nie zdobyłabym nigdy, gdyby nie to, że kiedyś los bardzo krętymi ścieżkami, ale to temat na inną okazję!, doprowadził mnie na Dworcową 13 w Katowicach.

Moim podstawowym żywiołem przez te blisko trzy lata była jednak krytyka literacka. Od niej wszystko się zaczęło i wokół niej zogniskowało. Własnych recenzji opublikowałam w sumie 20, ale kolejnych ponad sto musiałam przeczytać, zredagować, a jeszcze wcześniej zamówić lub uprosić. W tym miejscu chciałabym podziękować wszystkim, którzy dla mnie pisali, choć wiemy dobrze, jak ciężko było, gdy zaczęły się problemy finansowe. Wtedy na pokładzie pozostali najwierniejsi, na których zawsze mogłam liczyć: prof. Krystyna Heska-Kwaśniewicz, prof. Jacek Lyszczyna, Ryszard Bednarczyk, Grzegorz Sztoler, Katarzyna Niesporek, Ewa Wylężek, Bogdan Widera. Dziękuję jednak wszystkim, których nazwiska pojawiły się w moim dziale w ciągu tych niespełna trzech lat! Wiele się nauczyłam, czytając Państwa interpretacje poezji, prozy, publikacji naukowych i popularnonaukowych.

Dziękuję w tym miejscu także tym, którzy współtworzyli ze mną, przynajmniej początkowo, naszą redakcyjną witrynę www.slaskgtl.pl. Zrobiłam, ile było w mej mocy, by strona, którą sama zaprojektowałam, żyła. Niestety brak finansów spowodował odsunięcie się ludzi, a brak ludzi powolną śmierć tej wirtualnej przestrzeni „Śląska”. Wydaje się, że to powszechna kolej rzeczy. Chciałoby się rzec, nic nowego pod słońcem, pod śląskim słońcem!

A jeśli już o wdzięczności mowa, to jestem ją winna nade wszystko zespołowi, bo to oni przyjęli mnie do swojego grona, to oni zaufali, powierzając dział krytyki, posyłając na wywiady, dając miejsce moim esejom, to z nimi przetrwałam chwile naprawdę trudne dla miesięcznika. I choć razem może przetrwaliśmy już najgorsze, któż to wie!, to jednak, jak napisał Witold Turant w Mieście z przypadku, nie zestarzeję się w tej redakcji, choć trochę szkoda, bo mamy takie ładne nowe, a zarazem historyczne, lokum przy ul. Ligonia 7. Mój pierwszy naczelny przewidział też, że wiele się nauczę pod redakcyjnymi skrzydłami i tak się stało. Zrozumiałam przede wszystkim, że czasami trzeba odejść, by zyskać coś nowego. Chociażby tylko odmienną perspektywę. A to przecież wcale niemało!

Pani Wiesiu, Marysiu, Wojtku i Bogdanie życzę Wam, aby przed „Śląskiem” także otwarły się nowe możliwości! Wszak widok z okna już nam się zmienił!

autor: Katarzyna Kuroczka

Tychy. Sztuka w przestrzeni miasta

Stefan Borzęcki, rzeźba plenerowa Kosmosonda.

Stefan Borzęcki, rzeźba plenerowa Kosmosonda na osiedlu D, 1975. Fot. ze zbiorów Muzeum Miejskiego w Tychach.

 

W obiegowej i znacznie uproszczonej opinii Tychy funkcjonują jako miasto nowe, w którym niewiele jest do oglądania. Jako wyjątek mający potwierdzić regułę przywoływany bywa kościół pw. Ducha Świętego ozdobiony polichromiami autorstwa Jerzego Nowosielskiego. Jednak rozglądając się uważnie podczas wizyty w mieście, można szybko zmienić zdanie. Barwne mozaiki, plenerowe rzeźby z brązu i sztucznego kamienia, interesujące obiekty małej architektury – wszystko to niemal czeka na odkrycie na placach i w zakamarkach osiedli, na skwerach, w parkach i na elewacjach budynków.

Założone w 2004 roku tyskie Muzeum Miejskie za jeden ze swoich misyjnych celów przyjęło dokumentowanie i badanie współczesnej kultury miasta, w tym architektury i sztuki. Powstały publikacje Marii Lipok-Bierwiaczonek na temat socrealistycznego osiedla A oraz tyskich mozaik. Zagadnienia te pojawiały się również w ramach przygotowywanych przez muzeum wystaw. W 2011 roku z inspiracji placówki został utworzony szlak miejski Od socrealizmu do postmodernizmu. Unikatowe NOWE Tychy, który zwrócił uwagę nie tylko na architekturę, ale także dzieła sztuk plastycznych.

Ostatni rok upłynął na pilnym uzupełnianiu białych plam na artystycznej mapie Tychów. Nadszedł czas na podsumowanie. 15 maja w Muzeum Miejskim w Tychach została otwarta wystawa Tychy. Sztuka w przestrzeni miasta. Ekspozycja prezentuje dzieła z zakresu rzeźby, malarstwa monumentalnego oraz małej architektury, które zaistniały w przestrzeni publicznej Tychów w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Ekspozycja zwraca uwagę na proces powstawania dzieła – fazę krystalizowania się koncepcji artystycznej w formie projektu oraz ostateczny efekt w postaci wkomponowanego w konkretną przestrzeń publiczną obiektu, który na wystawie został ukazany poprzez dokumentację fotograficzną. Zagadnienia przedstawione na wystawie posiadają pełne rozwinięcie w wydanej przez Muzeum Miejskie książce pod identycznym tytułem co wystawa – Tychy. Sztuka w przestrzeni miasta.

Wzbogacanie przestrzeni Tychów w obiekty sztuki przechodziło różnorodne etapy. Proces ten, zapoczątkowany w okresie dwudziestolecia międzywojennego, stawał się z czasem coraz bardziej złożony i wielowątkowy. Podejmowane w przestrzeni publicznej działania artystyczne z oczywistych względów miały charakter oficjalny. Ich częstotliwość, intensywność oraz specyfika były zależne od uwarunkowań natury artystycznej i pozaartystycznej. Rolę nadrzędną odgrywała sytuacja polityczna oraz gospodarcza w kraju. To ona kreowała warunki pracy twórców. Podejmowane przez nich przedsięwzięcia zależały od aktualnych perspektyw finansowych oraz polityki kulturalnej. Powstające dzieła odzwierciedlały kierunki i tendencje pojawiające się w sztuce światowej, w tym oczywiście polskiej, które niosły ze sobą konkretne konwencje formalne. W różnym stopniu znajdowały one przełożenie na język dzieł, tworzonych z myślą o przestrzeniach publicznych. Akcenty plastyczne w założeniu miały współgrać z kreowaną aktualnie rzeczywistością – tak w sensie estetycznym, jak i społecznym. Dzieło miało stanowić integralną część przestrzeni urbanistycznej lub obiektu architektonicznego. Jednocześnie, ze względu na odbiór społeczny, forma tegoż dzieła była ograniczana przez postulat komunikatywności.

Charakter nasycenia Tychów obiektami sztuki koresponduje ze specyfiką powstawania miasta – jego planową, wieloletnią budową od obrzeży do centrum (które ostatecznie nie zostało zrealizowane). Akcenty plastyczne pojawiały się stopniowo, co w efekcie zaowocowało ich znacznym rozproszeniem i zróżnicowanym zagęszczeniem. Całościowe zestawienie dzieł cechuje duża różnorodność, jednak w ramach kolejno powstających części miasta zespoły są zazwyczaj stylistycznie zwarte. Odstępstwa od takiego stanu rzeczy to efekt procesu „dogęszczania” akcentów plastycznych, który rozpoczął się w zasadzie po zatrzymaniu się wielkiej budowy miasta. Ten kierunek działania jest obecnie dominujący.

            Dwudziestolecie międzywojenne XX wieku to okres narodzin sztuki oficjalnej (o charakterze świeckim) w przestrzeni publicznej Tychów. Miejscowość była wówczas gminą wiejską, a od 1934 roku gminą wiejską z częściowymi prawami miejskimi. Dorobek tego okresu to zaledwie dwa pomniki, które silnie wpisywały się we współczesny im kontekst społeczno-polityczny. Oba zostały zniszczone w 1939 roku. Osadzenie monumentów w ramach miejscowej społeczności było jednak na tyle silne, że ich idea odradzała się w kolejno następujących po sobie realiach politycznych. W dostosowaniu do nich ulegała przemianom forma artystyczna, pozostając jednak niezmiennie formą bardzo czytelną.

Wraz z rozpoczęciem budowy nowego miasta nastąpiło znaczne ożywienie w zakresie działań artystycznych. Początkowo było ono nierozłącznie związane z panującym w sztuce socrealizmem. Założenia tego kierunku znalazły pełne odzwierciedlenie w przestrzeni osiedla A. Zgodnie z przyjętą konwencją położono tam duży nacisk na integrację architektury i plastyki, przy czym dominującym środkiem wyrazu artystycznego była w tym kontekście rzeźba. Inwencja twórców działających w obrębie osiedla w dużej mierze służyła realizacji wytycznych nowej doktryny. Artyści posługiwali się tradycyjnym zasobem form i tematów, przyswojonym w toku edukacji i pracy twórczej. Na tę swoistą bazę nakładali nowe, „jedynie słuszne” treści ideowe. Święta Jadwiga Śląska stała się więc murarką, Madonna z Dzieciątkiem zwyczajną matką z dzieckiem, klasyczne figury w układzie kontrapostu przybrały postaci górnika i hutnika. Nie była to żadna próba przemycania niemile widzianych wówczas treści, lecz dążenie do uzyskania adekwatnego dla epoki wyrazu artystycznego. Powstały w efekcie dzieła socrealistyczne w dość kameralnym wydaniu, szczególnie gdy zestawimy je z wykonanymi w tym samym czasie akcentami plastycznymi Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej w Warszawie. Tyskie realizacje, mimo obciążenia socjalistycznym ładunkiem ideowym, zostały w większości zaakceptowane i oswojone przez miejscową społeczność. Stało się tak dzięki uniwersalizmowi wykorzystanych treści i form.

Począwszy od drugiej połowy lat pięćdziesiątych rzeźba jako element wzbogacający krajobraz Tychów traciła na znaczeniu. W kolejnych latach powstały dzieła nieliczne, rozrzucone w przestrzeni rozrastającego się miasta. Wiele projektów nie zostało zrealizowanych, głównie ze względów finansowych. Miejscowi artyści szukali wówczas przyjaznej do działań przestrzeni poza Tychami. Dziś trzeba stwierdzić, iż z wielką szkodą dla krajobrazu miasta. Bogactwo tendencji rzeźbiarskich lat sześćdziesiątych było ogromne i żal, że parku Miejskiego lub któregoś z tyskich osiedli nie wzbogacają realizacje w konwencji tych prezentowanych np. w chorzowskiej Galerii Rzeźby Śląskiej.

Równocześnie nastąpił bujny rozkwit malarstwa monumentalnego, a w jego zakresie przede wszystkim mozaik. Powyższy trend pojawił się w Polsce tuż po połowie lat pięćdziesiątych, w Tychach zaś około roku 1960 (wpierw we wnętrzach budynków). Stanowił on część szerokiej tendencji, która zapanowała w tamtym okresie w państwach dawnego bloku wschodniego. Technika mozaiki trafiła w Polsce na bardzo podatny grunt. Jej naturalne walory formalne, wynikające z charakteru tworzywa, znakomicie współgrały z socmodernistyczną architekturą. Była to w owym czasie również jedna z niewielu możliwości operowania tak szeroką gamą barw na zewnątrz budynków – sposób na przełamanie naturalnej szarości dostępnych materiałów budowlanych. Istotne znaczenie miały też, szczególnie w latach sześćdziesiątych, stosunkowo niewielkie koszty realizacji. „Złoty okres” mozaik trwał nieprzerwanie do końca następnej dekady. W tym czasie następowały zmiany w zakresie stylistyki kompozycji, w oczywisty sposób związane z aktualnie panującymi kierunkami w tradycyjnym malarstwie oraz grafice. Co istotne, mozaiki dawały artystom dużą swobodę w indywidualnej kreacji, nawet w przypadku elewacji budynków będących np. siedzibami władz. Zasadniczo nadrzędną rolę wobec treści dzieła odgrywały barwa i forma. Popularne, szczególnie w latach siedemdziesiątych, były kompozycje czysto abstrakcyjne. Znacznie później, bo u schyłku tej dekady, w przestrzeni miasta pojawiły się prace stricte malarskie. Wiązało się to z dostępem do nowych, bardziej odpornych na warunki atmosferyczne farb. W przestrzeni Tychów dekoracje malarskie były jednak realizowane sporadycznie.

Druga połowa lat siedemdziesiątych to okres znacznego wzbogacania przestrzeni miasta przez dzieła rzeźbiarskie. W 1975 roku powstał pomnik Walki i Pracy – najbardziej monumentalny i zarazem kontrowersyjny akcent plastyczny w Tychach. W tym samym roku rozpoczęli w mieście działania artyści z Wydziału Rzeźby krakowskiej ASP. Ich realizacje stanowią zwarty stylistycznie, wysokiej klasy zespół, który zupełnie niesłusznie został nieco zapomniany i do dnia dzisiejszego nie doczekał się w pełni zasłużonej rehabilitacji.

Podsumowując powyższe ustalenia, dekada lat siedemdziesiątych, a szczególnie druga jej połowa, była okresem, w którym kształtowanie wizerunku Tychów przez realizacje artystyczne przybrało formę najpełniejszą i najbardziej wszechstronną. Malarstwo monumentalne, rzeźby oraz interesujące formy małej architektury wprowadzano w przestrzeń miasta w sposób planowy, przemyślany i w zrównoważonych ilościach. Co bardzo istotne, w działania artystyczne włączono wówczas plastyków spoza środowiska tyskiego, a nawet śląskiego. Zaowocowało to nowym spojrzeniem na dzieło sztuki jako element kreujący krajobraz miasta.

Od początku lat osiemdziesiątych, wraz z kryzysem, działania artystów w przestrzeni Tychów stały się sporadyczne. Przemiany ustrojowe nie zmieniły tej sytuacji. Wręcz przeciwnie – następna dekada była najuboższa w realizacje plastyczne. W dodatku nastąpiła wówczas negacja dokonań poprzednich dziesięcioleci.

Zmiany nastąpiły dopiero po roku 2000. Obecnie mamy do czynienia ze znacznym wzrostem liczby przedsięwzięć artystycznych. Wśród nowych realizacji przeważają przedstawienia figuratywne, często realistyczne. Jedynie w przypadku pomników twórcy posługują się symbolem. W zakresie rzeźby brak jest obiektów abstrakcyjnych. Nie powstają również dzieła współczesnego malarstwa monumentalnego (choć murale w ostatnich latach przeżywają w Polsce swoisty renesans). Obficie reprezentowana jest natomiast mała architektura, szczególnie w przestrzeniach rewitalizowanych placów.

Stosunkowo dobra sytuacja w zakresie wzbogacania przestrzeni miejskiej akcentami plastycznymi wiąże się z przyjętą w 2009 roku Strategią rozwoju kultury w Tychach na lata 2009–2015. Dokument ten wytyczył kierunki działań i dał argumenty na rzecz realizacji zaplanowanych przedsięwzięć. W ramach priorytetu „Tworzenie przestrzeni kultury” znalazło się m.in. zadanie „upamiętnienia osób związanych z historią miasta i miejsc historycznych poprzez realizację rzeźb plenerowych i tablic pamiątkowych”[1].

Coraz bardziej naglącą potrzebą jest podjęcie zdecydowanych działań na rzecz ochrony dzieł powstałych w dziesięcioleciach minionych. Wiele z nich wymaga pilnej interwencji konserwatorskiej. Szczególnie dotyczy to mozaik, będących integralną częścią obiektów architektonicznych, nieustannie ulegających różnorodnym przekształceniom. Podczas przebudów i termomodernizacji budynków liczba tych popularnych niegdyś dekoracji stopniowo maleje. Od groźby zniszczenia nie są wolne również trwalsze pozornie rzeźby, nawet te wykonane ze sztucznego kamienia czy brązu. Upływający czas oraz przejawy bezmyślnego wandalizmu to nieustępliwi wrogowie wszystkich obiektów sztuki.

Od kilku lat wzrasta liczba działań mających na celu ochronę dziedzictwa kulturowego. Przykładem do naśladowania są m.in. prace konserwatorskie prowadzone na terenie osiedla A, które ma szansę stać się w niedalekiej przyszłości istotną atrakcją turystyczną miasta. W przestrzeni Tychów jest jednak znacznie więcej obiektów o znaczącym w tym zakresie potencjale, jak choćby cały zespół rzeźb zrealizowany przez artystów z krakowskiej ASP. Poprawę stanu zachowania oraz bezpieczeństwa akcentów plastycznych na terenie miasta może zapewnić przygotowywany obecnie Program opieki nad zabytkami miasta Tychy na lata 2015-2018.

Kondycja dzieł wzbogacających krajobraz Tychów jest zależna również w dużej mierze od nas samych. Świadomość posiadanego dziedzictwa, jego poszanowanie i chęć nieustannego wzbogacania – wszystko to kreuje naszą teraźniejszość. Sztuka w przestrzeni miasta jest dziś tym, co łączy Tychy Stare i Tychy Nowe. Tworzy niepodzielną wartość dla przyszłości.

 

Powyższy tekst wykorzystuje fragmenty książki Tychy. Sztuka w przestrzeni miasta autorstwa Patryka Oczki.

 

Wystawa „Tychy. Sztuka w przestrzeni miasta” jest prezentowana w Muzeum Miejskim w Tychach do 1 sierpnia. „Śląsk” objął patronat nad wystawą.

 

[1] Strategia rozwoju kultury w Tychach na lata 2009-2015. Oprac. E. Iwanciów, T. Kordon, M. Lipok-Bierwiaczonek, D. Łukasiewicz-Zagała, D. Szczepańska, W. Wieczorek. Tychy 2009.

autor: Patryk Oczko