niedziela / 19 listopada 2017 Gtl Członkowie Miesięcznik "Śląsk" Partnerzy Kontakt
Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Wywiad



Jestem związany z tym, co mam przed sobą

Z Grzegorzem Chudym – wokalistą i instrumentalistą zespołu „Beltaine”, akwarelistą oraz prowadzącym warsztaty regionalne Bajtle godajom – rozmawia Katarzyna Kuroczka (wywiad drukiem ukazał się w grudniowym numerze „Śląska” z 2016 roku).

 

Gdy patrzę na Pana dorobek – zarówno malarski, jak i muzyczny – to nasuwa mi się jedno słowo: pracowitość. Jest Pan pracowity?

To jest trudne pytanie. Chyba raczej zorganizowany, chociaż i to określenie nie pasuje mi bezwarunkowo. Jest coś takiego, że im więcej ma się spraw do załatwienia, w im więcej aktywności człowiek się angażuje, tym więcej czasu ma się na robienie większej ilości rzeczy. Ten czas nie ucieka wówczas między palcami, nie traci się go na przysłowiowe zbijanie bąków, ale potrafi się go dobrze wykorzystać do działania na wielu obszarach. Dobrze się nim gospodaruje. I faktycznie, czasami wygląda to tak, jakbym robił trzy rzeczy naraz, myślał o czwartej, a w planie była jeszcze piąta. W pewnym sensie zatem jestem pracowity, aczkolwiek nie jest żadną tajemnicą, że lubię też poleniuchować. Z drugiej strony skutkiem tego zaangażowania w wiele aktywności jest też często brak czasu na moją ulubioną rozpustę, jaką jest czytanie książek. Czytam głównie podczas prób akustycznych, które ciągną się godzinami, albo w samochodzie pomiędzy jednym a drugim koncertem, albo słucham audiobooków, które są wspaniałą sprawą, bo mogę je sobie włączyć także podczas malowania. Czyli ostatecznie jestem chyba bardziej zorganizowany niż pracowity.

Z biegiem lat i lektur nabieram coraz głębszego przekonania, iż coś takiego jak cechy narodowe czy regionalne nie istnieje, istnieje natomiast, według mnie, tylko indywidualny człowiek, którego wychowanie, wpływ społeczny, kulturowy, doświadczenia życiowe, wreszcie podłoże genetyczne wyposażyły w konkretny zestaw cech. A czy według Pana istnieje coś takiego jak pracowitość śląska?

Chyba jest coś takiego, aczkolwiek ja generalnie nie lubię dzielenia ludzi na jakiekolwiek grupy. Nie trawię np. podziału na hanysów i goroli. Jeśli ktoś jednak uparcie próbowałby tak szufladkować, to uważam, że opozycja hanys i gorol będzie bardziej wyrażała stany umysłu, niż odzwierciedlała miejsca pochodzenia. Poznałem niejednego gorola, który miał wszelkie pozytywne cechy, jakie zwyczajowo przypisuje się Ślązakom – był pracowity, gościnny, szczery, ale też jowialny. Z drugiej strony znam wielu hanysów, którzy mają wszystkie najgorsze cechy stereotypowo przypisywanie osobom spoza Śląska. Absolutnie więc nie generalizowałbym i nie szukałbym takich regionalnych cech ludzi. Chociaż równocześnie trzeba powiedzieć, że rzeczywiście praca na Śląsku była zawsze ważna, wyniesiona do rangi cnoty, ale to chyba wynika z historii, która zdaje się kształtować charakter. To bardzo trudne pytanie, bo odpowiedź na nie jest niejednoznaczna. Może zwyczajnie na pewnych obszarach jest więcej ludzi o pewnych cechach niż gdzie indziej.

To pytanie jest tak samo trudne jak dywagacje nad zagadnieniem tożsamości. Czy istnieje coś takiego jak tożsamość narodowa, regionalna, etniczna itd.? Można znaleźć na nią pewne dowody, ale można też znaleźć, moim zdaniem, bardzo słuszne stwierdzenia ludzi, że mają swoją własną, prywatną tożsamość. Są po prostu sobą. I tyle. Owszem, czują się związani z miejscem, dążą do zapuszczania w nim korzeni, ale czują też w sobie migracyjny niepokój. Gdy się odzywa w nich głośniej, to idą w świat, co nie oznacza, że tracą tożsamość. Wędrują, ale nie tracą kontaktu ze sobą, z tym, kim są.

Ja zdecydowanie jestem zwolennikiem zapuszczania korzeni. Czy czuję się bardziej Polakiem czy Ślązakiem? Czuję się bardziej Ślązakiem, ale równocześnie nie przeszkadza mi to w byciu Polakiem. Bardziej niż katowiczaninem czuję się nikiszowianinem. Jestem więc związany z tym, co mam przed sobą. To nie zmienia faktu, że czasami nosi mnie gdzieś w świat. Raz w roku musimy z rodziną wybyć gdzieś daleko, ale po pewnym czasie chce się wracać i okazuje się, że wszędzie dobrze, a w domu – najlepiej.

Ma Pan na swoim koncie wiele wystaw, prac malarskich i dziesiątki koncertów na całym świecie, dawniej zajmował się Pan jeszcze pracą nauczycielską, a obecnie prowadzi Pan cieszące się dużym zainteresowaniem warsztaty regionalne Bajtle godajom dla grup przedszkolnych. Wreszcie jest też rodzina… Jak Pan to wszystko łączy?

Mam bardzo wyrozumiałą żonę. I to jest podstawą wszystkiego. Jesteśmy dla siebie nawzajem wsparciem, dlatego dajemy radę ze wszystkim. Jeżeli człowiek jest szczęśliwy w swoim związku, wie, że ma w kimś oparcie, to jest to fundament, na którym można budować. No, i jeśli spojrzymy znów poprzez śląski pryzmat, to Śląsk zawsze stał familiami. Ja wychowałem się w domu, w którym mieszkały razem cztery pokolenia, czyli prababcia, dziadkowie, moi rodzice i ich dzieci. I to wszystko bardzo dobrze wzajemnie się przenikało, uzupełniało i działało. Myślę, że to procentuje do dzisiaj. W rodzinie nauczyłem się sztuki kompromisu, bo mieliśmy alternatywę: albo się dogadamy, albo będziemy toczyć wojnę. O wiele łatwiej i lepiej jest się dogadać i ustalić pewne reguły. Gdy one już są i funkcjonują, wtedy można wiele zrobić. Nie wyobrażam sobie natomiast realizowania jakichś niewiadomo jak górnolotnych rzeczy w sytuacji, gdy brakuje tego fundamentu.

To wynika z piramidy Maslowa. Trzeba najpierw zaspokoić potrzeby bardziej fundamentalne. Z pewnością dobry kontakt z drugim człowiekiem, zwłaszcza z naszymi najbliższymi, jest dużo ważniejszy od spełnienia się w jakiejkolwiek ze sztuk, nie mówiąc już o priorytecie pełnego żołądka i dachu nad głową. Choć i takie przypadki przecież odnajdziemy w historii sztuki czy literatury, że przymierający głodem tworzyli genialne dzieła. Wtedy mamy chyba do czynienia z artystą totalnym, który żyje tylko sztuką i dla niej.

Nie jestem typowym przykładem oderwanego od rzeczywistości artysty. Mówiąc o karierze zawodowej, muszę powiedzieć, że zaczynałem jako nauczyciel języka polskiego w liceum i to mi zupełnie wystarczało, chociaż równolegle szły już wtedy dwie ścieżki – muzyczna i malarska. Potem praca w szkole się skończyła, pozostała edukacja regionalna, uczenie godki najmłodszych bajtli. Początkowo były to zajęcia organizowane dla przedszkolaków w Domu Kultury w Giszowcu, potem rozrosły się do tego stopnia, że dzisiaj zdarza mi się mieć 30 grup w miesiącu, z którymi realizuję 10 tematów poświęconych różnym aspektom życia przedstawianym w śląskiej godce. Podczas zajęć dzieci uczą się śląskich słówek, ale też muzykują, malują, odtwarzają role itd. Wkrótce warsztaty Bajtle godajom będą miały własną stronę internetową. Tak więc sztuka jest jednym z głównych nurtów, którymi się zajmuję, ale niekoniecznie najważniejszym, aczkolwiek najbardziej rozpoznawalnym.

Co zatem było pierwsze w Pana życiu: obraz czy dźwięk? A może słowo, bo jest Pan przecież filologiem, a więc miłośnikiem słowa?

Jestem genetycznie spaczony, bo oboje moi rodzice służyli w harcerstwie. W związku z tym wiadomo, że za bajtla były obozy i to w takim bardzo dobrym środowisku rybnickiego hufca. Wszyscy na tych wyjazdach godali, jeszcze bardziej przesiąknąłem wtedy śląskością. Poza tym na obozach harcerskich jest gitara, ognisko, śpiew, dlatego pierwszy był chyba jednak dźwięk. To znaczy kredki i farby towarzyszyły mi od zawsze, odkąd sięgnę pamięcią, ale myślenie o malowaniu i większa fascynacja nim pojawiły się dopiero w ostatniej klasie szkoły podstawowej. Pamiętam pierwsze pudełko farb akwarelowych Karmańskiego, które otrzymałem wówczas od mojej „przyszywanej” cioci. Dawały one nieprawdopodobne możliwości. Ten etap fascynacji malowaniem trwał przez całe liceum. Później były studia filologiczne, czyli zdecydowanie słowo. I dopiero pod koniec studiów nastąpił powrót do malarstwa, podczas gdy muzyka i dźwięk królowały w najlepsze. W chwili obecnej to zdecydowanie obraz jest na pierwszym miejscu. Ale co było pierwsze? Nie wiem. Na pewno najpierw złapałem za kredkę, a dopiero potem za gitarę, ale też pierwsza była jednak myśl, że będę muzykiem, nie że będę malarzem.

Zarówno w malarstwie, jak i w muzyce jest Pan samoukiem.

Tak, chociaż zdawałem na Akademię Sztuk Pięknych. Nieskutecznie. Na początku żałowałem, traktowałem to w kategorii porażki, ale szybko doszedłem do wniosku, że warsztatu mogę się nauczyć gdzie indziej. Od zawsze natomiast chciałem uczyć, dlatego wybrałem ostatecznie filologię. Zrozumiałem, że bez wykształcenia malarskiego mogę malować, ale nie mogę uczyć, nie będąc filologiem. Mogę też malować, będąc nauczycielem polonistą, ale będąc wykształconym malarzem, nie mogę uczyć języka polskiego. I to mi pomogło spojrzeć na tą moją początkową porażkę jak na coś nie do końca złego.

Ponadto w technice, którą sobie szczególnie upodobałem, najwięcej można się nauczyć paradoksalnie na architekturze, konkretnie w Warszawie. Poza tym politechnicznym środowiskiem wszędzie w Polsce króluje olej, a praca z olejem i akrylem nigdy nie dawała mi tyle radości, co z akwarelą. Ta technika stwarza naprawdę wiele możliwości, włącznie z osiągnięciem efektu fotorealizmu. Można ją do tego stopnia opanować, że powstaną prace do złudzenia przypominające fotografię, choć to akurat mnie nie interesuje. Wolę kreować mój własny świat, niż tworzyć jego wierne kopie.

Poznaliśmy się w 2013 roku przy okazji Pana udziału w moim autorskim projekcie śląskiego numeru kwartalnika „Metafora”. Pana obrazy ilustrowały wówczas wiersze Ewy Parmy. Były one wyimkiem z Waszej wspólnej publikacji malarsko-poetyckiej Obrazki ze Śląska. Jak doszło do tej współpracy poetycko-malarskiej, ale i międzypokoleniowej?

W życiu bym nie powiedział o Ewie, że to inne pokolenie! Wydaje mi się, że bardzo podobnie patrzymy z Ewą na Śląsk. Raczej jesteśmy pokrewnymi artystycznie duszami. Łączy nas ten sam sposób obserwacji. Z tym, że Ewa obserwuje słowem, ja pędzlem. A do współpracy doszło za pośrednictwem portalu społecznościowego. Ona trafiła na moje obrazki, ja na jej wiersze, potem powstał pierwszy wierszyk do obrazka i tak od słowa do słowa rozpoczęła się współpraca, która zaowocowała dwoma wspólnymi tomikami oraz rewelacyjnym tekstem promującym moją najnowszą wystawę w Nikiszowcu.

Wydaje mi się, że jest Pan artystą świadomie poszukującym własnych środków wyrazu i odnajdującym je. Widać to po doborze tematów i techniki malarskiej, ale też w wybranym przez Pana zestawie instrumentów, na których gra Pan w zespole „Beltaine”, i w tworzonej na nich muzyce folkowej. Jaka była droga prowadząca do tych dwóch miejsc: sentymentalnych akwarel i irlandzko-bretońskich tematów muzycznych?

Instrumenty, na których gram, są w gruncie rzeczy bardzo proste. Mają zaledwie sześć otworów i można na nich maksymalnie zagrać dwie i pół oktawy. Z powodu braku wykształcenia muzycznego moje możliwości gry na instrumentach są ograniczone, a te różne rodzaje fletów i piszczałek (low whistle, bombarda i bansuri) przy pozornie prostej technice gry dają duże możliwości stworzenia różnorodnych efektów dźwiękowych i wywołania pożądanych emocji u odbiorców. Są to instrumenty wywodzące się z muzyki ludowej, ale można się nimi świetnie bawić, tworząc różnorakie wariacje. Tyle o instrumentach.

Natomiast fascynacja muzyką Irlandii została rozbudzona przez serial Robin z Sherwood ze ścieżką dźwiękową zespołu „Clannad”. I ta właśnie muzyka w czasach komunizmu, w których jedynymi rodzimymi reprezentantami folku były zespoły „Śląsk” i „Mazowsze”, była jakimś powiewem wolności i świeżości. Później na obozach harcerskich śpiewało się szanty i piosenki żeglarskie, z których wiele było polskimi tłumaczeniami irlandzkich utworów. Potem miałem okres fascynacji zespołem „Carrantuohill”. W końcu pomyślałem sobie, dlaczego by nie grać samemu takiej muzyki. Wybór gatunku był zatem naturalną kontynuacją dotychczasowych upodobań muzycznych. Z czasem do muzyki irlandzkiej dołączyła także bretońska i inne, bo zespół „Beltaine” traktuje motywy celtyckie tylko jako punkt wyjścia. Łączymy je z melodiami, które przenoszą się w rejony Bałkan, Indii czy Izraela.

A sentymentalizm w obrazkach? On się chyba sam wykształcił. 75 procent moich obrazów to jest Śląsk, zwłaszcza ten, który już odszedł, bo na nim szczególnie lubię się opierać. Chociaż zdarza mi się sięgać po współczesne tematy, to jednak znacznie bardziej interesującym punktem wyjścia do obrazu jest wyobrażenie sobie, jak jakieś miejsce wyglądało kiedyś. Lubię też miejsca przykurzone, w których czuje się historię. Na przykład nie wyobrażam sobie momentu, w którym cały Nikiszowiec miałby być wypiaskowany. To byłoby coś przerażającego. Dlatego bardziej przemówi do mnie stare podwórko z hasiokiem niż nie wiem jak wyglancowana współczesna architektura. Chociaż zaczynam się już trochę wyłamywać z tego stanowiska, bo to, co zrobiono w Strefie Kultury w Katowicach, to jest absolutny majstersztyk. A może ten mój Śląsk to jest jakaś próba sprzeciwu wobec tego, co działo się jeszcze w latach 90., kiedy to doszło do gargamelizacji miejskiego krajobrazu? Zaciągnęliśmy się wówczas Zachodem, jakby wstydząc się tego, co mamy, i mam wrażenie, że do dzisiaj nie udało nam się zrobić pełnego wydechu. Chociaż, na szczęście, powoli się to zmienia – powstaje przecież wspaniała architektura inspirowana tym, co nasze – śląskie, a nie zupełnie odklejone od otaczającej nas rzeczywistości.

Czy widzi Pan jakieś punkty wspólne tych muzycznych i malarskich fascynacji?

Nie, one istnieją równolegle obok siebie. Grzegorz Chudy muzyk i Grzegorz Chudy malarz to są dwie różne osoby. Zabawne jest to, że bardzo często ludzie nie wiedzą o tych dwóch aktywnościach. Czasami ci, którzy bywają na moich koncertach, nie wiedzą, że maluję, a ci, którzy zwiedzają wystawy czy kupują obrazy, nie wiedzą, że gram i śpiewam. Nie mówiąc już o trzeciej działalności, jaką jest edukacja regionalna.

W planach ma Pan zapewne kolejne wystawy, notabene najnowszą od grudnia można oglądać w nikiszowieckim oddziale Muzeum Historii Katowic, a także kolejne koncerty, ale ja chciałabym jeszcze zapytać o nowe odkrycia artystyczne. Czy poszukuje Pan aktualnie czegoś zupełnie odmiennego od dotychczas odnalezionych tematów, motywów, technik, z czym zapozna Pan swoich odbiorców w przyszłości?

Przyznam się szczerze, że jestem fanem komiksów i bardzo chciałbym wydać swój komiks. Drugim marzeniem jest opublikowanie książki dla dzieci. Chodzą mi po głowie pewne pomysły z tym związane i bardzo chciałbym je zrealizować. I to są moje plany na przyszłość. Jeśli chodzi natomiast o tematy prac, to nie wiem, co się wydarzy. Na pewno jest tak, że lubię czasami uciekać od Śląska, bo malowanie fabryk i familoków robi się nużące po pewnym czasie. Dlatego teraz będzie powstawał cykl poświęcony Sycylii. W gruncie rzeczy jednak będę go malował po to, by znowu zatęsknić do Śląska.

Czyli tzw. płodozmian.

To jest bardzo dobre słowo: artystyczny płodozmian! Pożyczam. Nie wiem zatem, jaka będzie droga malarska, ale stworzenie komiksu i książki dla dzieci to są na pewno dwa moje małe marzenia, które mam nadzieję, że zrealizuję.

A ja tego życzę i dziękuję za rozmowę.

autor: Katarzyna Kuroczka