Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Wywiad



O wałęsaniu się między książkami

Z Wojciechem Kuczokiem rozmawia Katarzyna Bereta (Wywiad w druku ukazał się w styczniowym numerze z 2016 roku)

 

Czy czerpanie z historii regionu i próba ukazania śląskiego genius loci, ale i przekleństwa tej ziemi, nie etykietyzuje literatury tu powstającej jako prowincjonalnej, niezdolnej do wyjścia poza dramat lub piękno własnego podwórka?

Dzisiaj peryferie są w modzie, wierzę, że niegdysiejszy kompleks śląski zmienia się w śląską dumę. Pamiętam, że w czasach mojego dzieciństwa gwara śląska była używana wstydliwie; jeżeli jakieś dziecko mówiło na szkolnych korytarzach po śląsku, było to utożsamiane z proletariackim pochodzeniem. To był skądinąd ciekawy paradoks w Polsce Ludowej, gdzie władza hołubiła klasę robotniczą, a górnicy mieli się w istocie lepiej niż reprezentanci innych zawodów. Tak właśnie objawiał się poddańczy kompleks Ślązaków, którzy w Polsce dali sobie wmówić, że godka stygmatyzuje – jak się okazuje „Prawdziwi Polacy” zawsze mieli w sobie coś mendowatego i toksycznego. No i potem, te śląskie boroki, które uciekły przed reżimem do RFN, natychmiast wypierały się swojej polskości, chyżo zmieniając obywatelstwo i pisownię nazwisk, po czym z ulgą wracały do gwary jako mowy prywatnej, domowej, ojczystej. Ten kompleks poniekąd żyje do dziś – moi znajomi rówieśnicy, którzy porobili kariery i osiedli w Warszawie, czasem próbują powracać do gwary, ale robią to tylko po pijaku, w nieporadny, karykaturalny sposób, jakby sami z siebie szydzili, jakby chcieli wyegzorcyzmować tę śląskość, która w nich siedzi na dnie dusz i uwiera jako niechciana tęsknota. Biedni, za chwilę będą szukali w tej śląskości ratunku. Epatowani przez prawicowych politruków pojęciem polskości zaczynamy szukać schronienia w możliwości utożsamienia się z jakimś mniejszym Heimatem. I tym śląskim Heimatem można się zaraz będzie nie tylko szczycić, ale i zasłaniać przed sparszywiałą polskością.

 

Czy po Bonczyku, Morcinku, Szewczyku, Netzu, Kutzu, Twardochu i wielu innych wcześniej i później można powiedzieć jeszcze coś nowego o Śląsku? A może jesteśmy skazani jedynie na poszukiwanie wciąż nowych kostiumów do tych samych tematów?

Nie wiem. Ja właściwie nigdy nie zajmowałem się Śląskiem. Mieszkałem na nim prawie czterdzieści lat, dlatego był dla mnie naturalną scenerią, w którą wpisywałem moje historie. To było po prostu najłatwiejsze. Ale nigdy nie próbowałem być trybunem śląskości, ani też nie czułem potrzeby, by się z nią zmagać. Jestem pisarzem polskim pochodzącym ze Śląska. I myślę, że jest ze mną podobnie jak z Kazimierzem Kutzem, który dopiero gdy wyjechał poza swój Heimat, zaczął z dystansu widzieć Śląsk w pełni jego barw i wyrazistości konturów. Przecież to w Warszawie powstały wspaniałe scenariusze jego śląskich filmów. Nie trzeba więc być zakopanym po szyję w węglu, żeby móc być pisarzem śląskim i uprawiać literaturę w języku polskim. Dopowiem od razu, że nie wierzę ani w naród śląski, ani w język śląski. Śląsko godka jest gwarą, a Ślązacy są grupą etniczną, dajmy sobie już spokój z tą maskaradą, bo to nigdy nie będzie miało końca. Pojęcia „narodu” w ogóle powinno się używać ostrożnie, bo to jest granat, który sieje straszliwą rozpierduchę w społeczeństwie liberalno-demokratycznym. Jak się ukonstytuuje naród śląski, zaraz się z niego będą chciały oderwać narody pomniejsze – naród gliwicki nie będzie chciał mówić jednym głosem z narodem zabrzańskim, potem się wyodrębnią narody dzielnicowe: Szobiszowiczanie, Rokitniczanie, a potem się wkurzą na siebie sąsiedzi i ogłoszą, że lewa strona ulicy to inny naród niż prawa i na końcu każdy będzie mamrotał pod nosem: „Ja jestem naród!”. Kaczyński zresztą już tak ma.  

 

Myślę, że taki geograficzny dystans służy czasami lepszemu pisaniu o Śląsku. Podobnie jest z każdą ziemią kołyską. Gdy się ją opuści, to zaczyna się na nią patrzeć z innej perspektywy.

To prawda. Uruchamia się wówczas coś, co można nazwać śląskim patriotyzmem, a co nie jest śląskim nacjonalizmem. Nacjonaliści to ci, którzy całe życie siedzą w swojskim gumnie i widzą tylko płot sąsiada z lewej i płot sąsiada z prawej strony i z lęku przed zwiedzeniem reszty świata bronią tego swojego padołu. A patriotyzm rodzi się w podróży, poprzez nostalgię.

 

Czy zejście pod ziemię jest dla pana modlitwą, jak wyznaje bohater Pręg; metaforą stosunku seksualnego czy powrotu do matczynego łona, jak chciałby Bachelard; ucieczką przed światem zewnętrznym po to, by wzbudzić w sobie nową motywację do życia na powierzchni; powrotem do pierwszego domu człowieka, do korzeni ludzkości; a może realizacją pragnienia odkrywania nowego, odciskania stopy tam, gdzie nie było jeszcze nikogo?

Wszystkimi rzeczami, o których pani powiedziała, poza metaforą seksualną. Intensywność uprawiania taternictwa jaskiniowego nie tylko nie była dla mnie kompensacją rzekomego niedosytu seksualnego, ale zdarzały mi się pewne swawolne podziemne biwaki. Wydymałem więc tę metaforę. Nie zgodzę się także z tą freudowską wizją łona ziemi, bo ona jest bezradna wobec jaskiń, jeśli się uświadomi warunki, które tam panują. Tam nie jest ciepło, ale potwornie zimno i wilgotno. A zimno i wilgoć, idąc w parze, powodują hipotermię. Czyli nijak się to ma do macicy, w której spędzamy dziewięć miesięcy w hotelu „Mama”, w cieple i bez żadnych obowiązków. Tymczasem gdy człowiek zatrzyma się w jaskini, to w ciągu 5-10 minut pojawiają się u niego niebezpieczne objawy wychłodzenia. Jaskinia wywołuje konieczność nieustannego ruchu i to jest fantastyczne dla mnie jako człowieka, który cierpi na chroniczną gnuśność. Na powierzchni muszę się bardzo zmuszać do pisania, a najchętniej bym przeleżał całe życie z książką w ręku. A tam bezruch to śmierć. Ten imperatyw ruchliwości jest właściwie zaprzeczeniem mojego życia na powierzchni. Po kilkunastu godzinach takiego nieustannego poruszania się wychodzę tak zmobilizowany jak po ostrym treningu. Głupota dyskursu publicznego czasami wywołuje we mnie ochotę zapadnięcia się pod ziemię, więc to czynię, ale nie spotykam tam cieplarnianych warunków, w których mógłbym przeczekać.

 

A literatura? Czym jest dla pana pisanie? Parafrazując wers z pana wiersza Stróżu mój z arkusza poetyckiego Larmo, „łuskaniem słów jak grochu”?

Wolałbym nie łuskać. Jako poeta łuskałem. Teraz wolałbym je wylewać z siebie niż wyłuskiwać. Ale pisanie nie przychodzi mi łatwo. Zdecydowanie wolę czytać niż pisać. Pisanie użytkowe nie sprawia mi kłopotu, bo uprawiam pewien rodzaj ekfrazy. Opisuję na przykład mecz jako dzieło sztuki futbolowej. Jest zatem obiekt, który muszę sfotografować literacko. To mi zajmuje bardzo mało czasu, nigdy nie daję sobie więcej niż dwie godziny na poniedziałkowy felieton do Wyborczej. Ale kiedy mam zasiąść do powieści i pracować nad światem, który sam stwarzam, nad strukturą powieści, językiem i jeszcze paroma innymi rzeczami, to czuję, że zawód, który wybrałem, czyli zawód wolny, polega na tym, że pracuje się… wolno. 

 

W jednym z wywiadów radiowych powiedział pan, że ten rodzaj podróżowania, który pan uprawia, to rodzaj włóczęgi i niespiesznego wałęsania się. Może zatem pana pisanie jest również taką formą niespiesznego wałęsania się po książkach?

Tak, jestem wałęsą. Wałęsakiem.

 

Czy pisząc, stara się pan samemu sobie coś wytłumaczyć – jak Wiesław Myśliwski, który pisze książkę, by wyjaśnić sobie coś, czego nie rozumie i na co nie znalazł nigdzie odpowiedzi; czy też pisze pan, by opisać, by znaleźć właściwy język?

Nie. Moja motywacja do pisania jest czysto estetyczna. Jestem swoim ulubionym pisarzem i łaknę nowych książek. Lenistwo moje jest jednak silniejsze od tego łaknienia, dlatego nie wydaję dwóch książek rocznie. Pisanie nie ma też waloru terapeutycznego, poza tym, że jest to mój zawód, więc fajnie jest móc go uprawiać i zarabiać na życie tym, co się umie i lubi robić. Moje pisanie nie wynika z dziwienia się światu, z próby opisania, wytłumaczenia, tylko raczej z poniekąd narcystycznej potrzeby opowiedzenia kawałów w towarzystwie, w którym nikt nie umie ich opowiadać lepiej ode mnie.

 

Czy pisze pan pod wpływem jakiegoś autora?

Gdy mi się zdarzało pisać po jakichś intensywnych lekturach, to powstawały opowiadania, które nazywałem apokryfami, bo one były tak przesiąknięte czyimś językiem, czyjąś frazą, że wiedziałem, iż nie ma co udawać, że są moje. Kiedy piszę, staram się czytać lektury neutralne – raczej dzienniki, eseje, nawet poezję, ale broń boże wyrazistą prozę.

 

Senność wydaje się z pozoru krytyką tego, iż ludzie nie żyją prawdziwie, nie żyją świadomie, uciekają w sen, chorobę, jakieś obsesje, natręctwa, stające się dla nich protezą prawdziwego życia. Ale sen jest przecież również czymś przyjemnym. Ucieczka w sen jest zatem ucieczką w przyjemność, a jak pisze Myśliwski w Ostatnim rozdaniu: „Sny mają o wiele większą zdolność przenikania człowieka niż nasze zmysły, rozum, uczucia”. Może zatem paradoksalnie uciekając w sen, stajemy się bardziej sobą? W Spiskach zapisał pan przecież ironicznie: „Sny nasze głębokie, myśli płytkie, przeto śnijmy dłużej...”

Do tego bardziej odnosi się ta książka, którą teraz przygotowuję dla W.A.B. – diariusz oniryczny pt. Proszę mnie nie budzić – niż te, o których tutaj mówimy. Dziennik snów czy autobiografia oniryczna wyręczają mnie z wymyślania, gdyż kładę się spać i cała fabuła sama się pojawia, wystarczy tylko, że ją umiejętnie zapiszę. Sztuka śnienia polega tak naprawdę na sztuce zapamiętywania snów. Staram się w niej doskonalić.

 

W jednym z wywiadów powiedział pan: „Kiedy mam dość rodziny, idę do rodziców, jak mam dość miasta, wyjeżdżam w góry. A jak mam dość świata, wchodzę pod ziemię”. A co pan robi, gdy ma pan dość siebie, bo przecież każdy artysta ma taki czas?

Jak mam dosyć siebie, to o tym piszę. Niestety, jeszcze częściej mam siebie dość jako pisarza. Czasem mam siebie dość jako gnuśnego pijaczka, wtedy przestaję pić alkohol. Bywa też i tak, że mam siebie dość generalnie, wtedy przytulam się do żony i spędzam z nią intensywnie parę godzin na afirmowaniu mojego jestestwa. Wówczas okazuje się, że jednak nie mogę mieć siebie dość, skoro najwspanialsza kobieta świata mnie kocha.

 

Czy lęk przed wypisaniem się nadal panu towarzyszy?

Jestem znerwicowanym chłopcem, jak wszyscy ludzie, którzy urodzili się na Śląsku i spędzili tam większość życia. Śląsk jednak bardzo intensywnie nerwicuje. Jednym z objawów tej neurozy jest kompleks prowincjusza, który podejrzewa, że jest również parweniuszem. Przewalczenie tego urojenia jest fundamentalną czynnością, którą powinien wykonać każdy Ślązak. A wykonać ją najlepiej jest przez wyprowadzkę i potem ewentualny świadomy powrót. Nie boję się wypisania, bo jeśli ma się swój charakter pisma, niepowtarzalny sznyt, tzw. talent, to jakby się nie męczyło nad wymyślaniem fabuł, pisać nie można się oduczyć. Czyli ta blokada pisarska polega w rzeczywistości na czym innym. Na zbytnim przejmowaniu się totalnością projektu pisarskiego. Szkodzi też nadmierne wsłuchiwanie się w jęki krytyków. To najczęściej ludzie niespełnieni, wobec czego łatwo ich skorumpować butelką wódki albo przelotnym „seksem sympozjalnym”. Mają swoje małe orgazmy, kiedy przyładują komuś w gazecie, ale w historii literatury znaczą później tyle, co plamki po rozgniecionych żuczkach między stronami starodruków.

 

Wojciech Kuczok – pisarz, grotołaz.

autor: Katarzyna Bereta