Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Sztuki plastyczne



Czerwone baloniki, Pani Hanka i konik morski

Tomasz Wenklar, Rzeźba

Niewątpliwie jednym z najbardziej fascynujących i najniezwyklejszych miejsc na świecie jest pracownia artysty. To w niej spotykają się myśli, uczucia i wyobraźnia. Wiedza, doświadczenie i siła ducha. Umiejętności, talent i – nierzadko – geniusz. To tu materializują się wizje, konkretyzują idee, pomysły zyskują kształty, wymiary i ciężar. To właśnie tutaj tajemnicze i nieodgadnione „coś”, co przybywa z daleka – z innych światów i odległych galaktyk, spomiędzy gwiazd i słońc, z krainy wiecznej szczęśliwości lub nieustannego cierpienia (a może to być nawet to samo miejsce!) – staje się dziełem. Dziełem sztuki. Dziełem ludzkich rąk, dziełem natchnienia i geniuszu.

Pracownie artystów najbliższe są obrazowi świata o poranku szóstego dnia stworzenia: tu wszystko się tworzy, powstaje, kształtuje zgodnie z wolą i zamiarem artysty. I za chwilę – a właściwie w momencie przez artystę określonym i obranym – znajdzie się wśród ludzi. Pójdzie w szeroki świat. Trafi do wszystkich. Przemówi do zachwyconych, zaskoczonych i zdziwionych. Także do niepewnych i wątpiących. Do nieświadomych i nieprzekonanych. Do mądrych, mniej mądrych i do tych całkiem daru mądrości pozbawionych (bo i tacy trafiają się na tym najlepszym ze światów). Jednym słowem – do wszystkich. I każdy z odbiorców – i tych świadomych, i tych przypadkowych – w dziele natchnienia i geniuszu, rąk, myśli i wyobraźni artysty znajdzie coś dla siebie. Coś bliskiego i zrozumiałego, dobrego i ważnego – choć bywa, że trudnego do nazwania. Cóż, przecież między niebem a ziemią wiele jest spraw i zdarzeń, zjawisk i przedmiotów, które jeszcze nie posiadają swej nazwy; które czekają na nazwanie.

Takie wrażenia i refleksje budzi i wywołuje wystawa rzeźby Tomasza Wenklara w Galerii „Obok” – a to z powodu swego niebywałego bogactwa i różnorodności. A także dlatego, że – dzięki wspaniałej i wielce pomysłowej aranżacji – doskonale wprowadza widzów i odbiorców w nastrój i atmosferę pracowni artysty. Pracowni rzeźbiarza.

Oto odlewy, modele, kruche fragmenty, gipsowe szkice. Dzieła w różnych stadiach powstawania – w chwili narodzin, zyskiwania kształtów, w fazie końcowej. Wreszcie w formie określonej i ostatecznej, ale jakby na chwilę, na minutę, na sekundę przed pójściem w świat. Jeszcze wierzą, że ich naturalnym i jedynym środowiskiem jest ten mały pracowniany kosmos, ale już wkrótce dowiedzą się, że są też inne kosmosy; że są inne miejsca i światy.

Próba opisania tej wystawy byłaby zajęciem tyleż karkołomnym, co zbędnym, dlatego nie opiszę jej, ale postaram się o niej opowiedzieć.

Te rzeźby są poważne, mocne, monumentalne. Bywają zaskakujące. Potrafią być zabawne lub liryczne, figlarne albo refleksyjne. Gorzkie. Patetyczne. Wytworne. Zagadkowe. Nieoczekiwane. Porywają widza w świat ducha, w rozległe przestrzenie międzygwiezdne, ale też  ze swobodą prowadzą w dobrze znaną i bezpieczną przestrzeń i tkankę miejską.

Są tu wizerunki świętych, książąt Kościoła, oddanych, wiernych i pokornych sług Boga i ludzi (św. Benedykt, kardynał Wyszyński, prymas Hlond, Matka Teresa z Kalkuty, liczne i wykonane z różnych materiałów podobizny św. Jana Pawła II). Za nimi natchnieni muzycy, ulubieńcy Muz i publiczności, kompozytorzy i wirtuozi. Właściwie każdy z nich przywędrował tutaj ze swojej planety, dlatego każdy jest inny. I każdy na swój własny sposób genialny. Dalej – „święci młodziankowie”, młodzi nieszczęśnicy skazani przez okrutny i bezmyślny świat na przedwczesną śmierć (na wystawie jest też kompozycja nazwana „Studium zła”). To żołnierze Armii Krajowej ze zdobycznym „stenem” (a może „thompsonem”?). To żołnierz-poeta Krzysztof Kamil Baczyński, który otaczającemu go złu może przeciwstawić tylko smutne spojrzenie (smutek i melancholia zastępują młodym ludziom wiedzę i doświadczenie ...) oraz trzymaną w ręku książkę. A trzyma ją z dziwnym wdziękiem, nieoczekiwaną siłą i odrobiną – naprawdę odrobiną! – nonszalancji.  Tak trzeba.

Jest tu plac florencki (prawdziwa synteza toskańskiego renesansu) , Śląski blues mocny, wzniosły i rzewny jednocześnie, oraz  dziwny – i dlatego uroczy – sielski pejzażyk. Są byki, których całe stado przycwałowało najpewniej wprost z Altamiry – a ziemia drżała pod ich kopytami. Są wreszcie osobliwości i osobliwostki, czarujące rzeźbiarskie żarty i żarciki, kreowanie „drugiego życia” (albo i trzeciego), a w każdym razie innych znaczeń, funkcji i przeznaczeń drobiazgów i odprysków codzienności. Bo czy dwa czerwone baloniki – z których w dodatku wypuszczono powietrze – mogą stać się tworzywem rzeźbiarskim? Ależ tak, po stokroć tak! (Kogut). A oto głowa indiańskiego wodza stworzona ze zużytej szczotki do ubrań – a może nawet do butów?... I jest wreszcie zupełnie genialna Pani Hanka. To postać  ze starej powieści, a raczej starych kronik, historii i wspomnień rodzinnych. Siła charakteru, stanowczość, rzeczowość,  bezkompromisowość, wytrwałość, pracowitość, szczerość. Dobroć? Nie wiem. Ale na pewno ogromna szlachetność, spolegliwość i największa na świecie uczciwość. Nie potrafiłabym, nie odważyłabym się Pani Hance w żadnej sprawie sprzeciwić, wejść z nią w spór czy kontrowersję. Ale jeśli będę udawać się w podróż dookoła świata, to właśnie jej powierzę klucze do domu i oddam na przechowanie kasetkę z biżuterią. Doprawdy, Tomasz Wenklar potrafi wyrzeźbić wszystko – także uczciwe spojrzenie z lipowego drzewa.

Oto znalazłam się w galerii, która stała się częścią pracowni. A owa pracownia jest z całą pewnością częścią rzeźbiarskiego kosmosu. Myślę sobie, że gdyby Bóg lub szatan, elfy czy demony (a w każdej pracowni artysty jest takie miejsce, niewielki kącik, w którym chronią się demony) zdecydowaliby kiedyś o unicestwieniu rzeźby, spowodowaliby jej zniknięcie z naszego świata (powody mogłyby być różne...), wówczas Tomasz Wenklar bez wątpienia dokonałby odtworzenia, odbudowania, powołania sztuki rzeźbiarskiej do ponownego istnienia. Jestem pewna, że uczyniłby to sam – może z niewielką pomocą Michelangela Buonarrotiego. I obaj byliby z tej współpracy niezwykle zadowoleni.

Ale sztuka rzeźbiarska nie zniknie. Strzeże jej poważny i surowy św. Benedykt. Czuwa nad nią mistyczna, uduchowiona, natchniona duchem z niebios Orantka. Staną w jej obronie aniołowie – i ten o skrzydłach z polimerowego tworzywa, i ten o dumnej twarzy młodego jakobina. A ja – cóż, pojadę do Żor podziwiać Konika Morskiego z żywicy poliestrowej patynowanej. Nie zmieścił się w  galerii.

Tomasz  Wenklar Rzeźba

Teatr Mały w Tychach, Miejska Galeria Sztuki „Obok”

lipiec-sierpień 2015

wernisaż 17 lipca 2015

autor: Katarzyna Młynarczyk