Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Proza



Historia cywilizacji na moim podwórku (fragment)

Należę do tego pokolenia, które zachwyciło się skrzynką pełną obrazków, które poczuło się uwolnione od gniazdka zasilania dzięki przenośnemu radiu „Szarotka”, dla którego wielkim odkryciem był magnetofon, szokiem zaś magnetofon kasetowy. Kolejnymi lądami, które odkryliśmy była kolorowa telewizja, wreszcie mikrokomputery, z początku jakby bardziej skomplikowane liczydła, później osiągające status uniwersalnego sprzętu do spędzania z nim wielu godzin dziennie. Dalej przyszły – telefon komórkowy, telewizja satelitarna, CD, DVD, LCT.

Kiedy byłem mały, mogłem położyć się latem na ciepłym bruku ulicy w moim mieście bez obawy, że coś mnie może przejechać, mianowicie, że jakiś samochód tędy przejedzie. Nie ma tam już bruku, ale to rzecz drugorzędna. Nie radziłbym w tych samych miejscach zatrzymać się na dłużej. Nawet w środku nocy.

A samochody? Kiedyś przeciętnego właściciela samochodu można było poznać po czarnych śladach za paznokciami. Nie o to chodzi, żeby dla higienicznego auto było niedostępne. Nie. Tylko właściciel musiał w razie potrzeby umieć go sobie samemu naprawić. Dla dzisiejszej młodzieży nogi wystające spod automobilu, nogi osobnika, którego ręce zmagają się z jego jakże zawodnym układem napędowym, są już najwyżej tematem literackim albo obrazkiem wziętym ze starego filmu. A ile przekleństw można było usłyszeć spod naprawianego samochodu, zdrowych przekleństw, zwykle używanych przez ludzi na co dzień nie stroniących od przemocy fizycznej. Wszak łom, korba i komplet masywnych kluczy to było towarzystwo ówczesnego kierowcy.

Patrząc na te wysiłki, obiecałem sobie, że nigdy żadnego samochodu nie będę chciał, dopóki nie zdarzy się taka sytuacja, że bez obawy będę mógł go oddać do naprawy, kiedy coś się z nim stanie. Bez obawy, to ważne, bo w czasach powszechnego braku wszystkiego, samochodu oddanego do zakładu naprawczego trzeba było pilnować, aby jakaś nowa część nie została w nim wymieniona na starą i wadliwą (…).

Jednym z moich głównych zajęć stało się w pewnym momencie pisanie. Nic więc dziwnego, że tymi zmianami, które zapadły mi w pamięć najgłębiej, wydawałoby się drobnymi i niewartymi szczególnej uwagi, było wprowadzanie coraz to nowych środków do zapisywania myśli. Kiedy ponad czterdzieści lat temu uczyłem się pisać, w ławkach, w których siedzieliśmy (…), były otwory na kałamarze. Moczyliśmy stalówki w atramencie, aby wolno wyskrobywać litery, które nam zlecano wyskrobać. Na ulicy można się było bezpiecznie położyć, za ulicą na łące pasły się krowy, w środku miasta się pasły, a my zagłębialiśmy stalówki w kałamarzach. To się jakoś ze sobą łączyło. Jak? Poprzez swoje tempo.

I oto w połowie lat sześćdziesiątych od strony Czechosłowacji powiało ku mojemu miastu nowym. Poza magnetofonem firmy „Tesla”, który ważył mniej więcej dziesięć kilogramów, przybyły stamtąd wieczne pióra o pięknej nazwie „Żaczek”. Dzięki temu nowemu wynalazkowi piszący nie był już przywiązany do miejsca, mógł zanotować swą myśl dosłownie wszędzie, na ulicy nawet. I w każdym momencie genialna myśl mogła być przelana na papier. Podejrzane myśli także, ale nie zmienia to faktu, iż radio „Szarotka” i wieczne pióro „Żaczek” były czymś więcej niż dzisiejsze szybkie samochody, które mogą być tylko jeszcze szybsze. „Żaczek” i „Szarotka” pokazały nam nowe rejony świata (…).

 

Fragment tekstu opublikowanego w czerwcowym numerze „Śląska”.

autor: Mirosław Orzechowski