Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Wywiad



Istotny jest duch języka

Z Wiesławem Myśliwskim rozmawia Katarzyna Bereta (wywiad ukazał się drukiem w numerze 1/2015 "Śląska").

 

W Nagim sadzie napisał Pan, że „w miejscu, gdzie się człowiek urodził, wszystko jest mu przyjazne”. Czy taka jest Pana ziemia-kołyska, posługując się określeniem z powieści Kamień na kamieniu? Ile jej jest w Pana powieściach?

Dzieciństwo w dużej mierze spędziłem na wsi. Tam ukształtował się mój pierwszy świat, najważniejszy świat dla pisarza, ale i dla każdego człowieka. Wieś zatem prawdopodobnie jest obecna w każdej z moich książek, nawet w tych, w których bezpośrednio o niej nie piszę, ponieważ ten pierwszy świat ukształtował moją wyobraźnię. I to jest właściwie wyobraźnia, która już nigdy nie opuszcza człowieka. Po drugie, miejsce urodzenia i miejsce tego pierwszego świata tak determinuje, że w gruncie rzeczy określa też granice wyobraźni. Nawet, jeśli Pani wychodzi poza nią, to ona podskórnie daje znać o sobie. Kiedyś powiedziałem, że o czymkolwiek bym pisał i gdziekolwiek by się działa moja książka, to źródłem wyobraźni byłaby moja ziemia rodzinna. Nie w znaczeniu realiów, ale w znaczeniu wolności pierwszego świata, wolności, która wówczas kształtuje się w człowieku i którą później całe życie nosi się w sobie. A co najważniejsze dla pisarstwa, ten pierwszy świat kształtuje stosunek do języka, ponieważ my się uczymy najpierw mówić, a nie pisać. A kiedy zaczynamy pisać, to jesteśmy tak nasyceni mową ludzką, że ona zostaje w nas na zawsze. Nie tylko w znaczeniu słownictwa, metaforyki, ale w znaczeniu wolności języka mówionego, bo tylko on jest językiem wolnym. Język pisany jest wtórny w stosunku do mowy, jest sztuczny. Co prawda, my dzisiaj wszyscy mówimy pismem, ale kiedy w dzieciństwie człowiek nasyci się mową żywą, to później odkrywa jedną rzecz, że źródłem literatury jest mowa żywa, a nie język pisany. Nie chodzi tu o reprodukowanie mowy żywej, bo to jest bez sensu, ale o stosunek do języka, o wolność w języku. Ja zawsze sięgam w każdej ze swoich książek do tej mowy żywej, do tego, co nazywam duchem języka. Nie piszę gwarą, bo nie ona jest istotna. Istotny jest duch języka.

Pozostańmy przy zapożyczeniach z Nagiego sadu, moim zdaniem Pana najlepszej powieści obok Pałacu. Zapisał Pan takie zdanie: „ojciec (…) miał jedynie zaufanie do własnej wyobraźni, do świata, który sam sobie stworzył, w którym żyć potrafił prawdziwiej niż w prawdziwym świecie”. Czy to opis bliższy charakterystyce pisarza czy też człowieka w ogóle? Bo chyba każdy z nas żyje bardziej w świecie, który stworzył w sobie samym?

Myślę, że to jest charakterystyka każdego człowieka. Każdy z nas w gruncie rzeczy żyje w sobie, a pisarz to tylko wykorzystuje do tworzenia. Ktoś, kto nie pisze, też żyje w sobie, we własnej wyobraźni, a nie na zewnątrz. Na zewnątrz żyjemy w stereotypach. Żyjemy w tym, czego się nauczyliśmy, co nam się ciągle nadaje, co widzimy, co słyszymy, w co nas wciągają. Natomiast prawdziwie żyjemy tylko w sobie. Tylko w sobie jesteśmy wolni. Niektórzy już się w ogóle przenieśli tutaj (pisarz wskazuje gestem na telewizor). To jest groźne, bo to jest coś, co konkuruje z naszym wnętrzem, wyobraźnią, naszym własnym językiem. Ale taki jest współczesny świat, który próbuje nas odindywidualizować. Niepotrzebni jesteśmy światu jako indywidualności, potrzebni jesteśmy jako klienci, konsumenci. Niepotrzebni jesteśmy jako jednostki samodzielnie myślące, żyjące we własnych światach. Z nas chce się zrobić wspólny mianownik świata. I dopóki stać nas będzie na własny wewnętrzny świat, dopóty ocalejemy, będziemy ludźmi. Każdy człowiek ma swój język, niezależnie od tego, że wszyscy mówimy jednym, ale to robimy na zasadzie niepisanej umowy społecznej, w celach komunikacyjnych. Oprócz tego mamy język wewnętrzny, którym rozmawiamy z sobą, bo jesteśmy naturami dialogowymi. Już kiedyś powiedziałem, że nie ma takiej rzeczywistości, która byłaby tym samym dla wszystkich, chociaż ciągle posługujemy się pojęciem rzeczywistości, która narzuca nam się jako ogólny standard, który wszyscy mamy przyjąć. A ja pytam się: co to jest rzeczywistość? Bo ja nie wiem, co to jest rzeczywistość. To, co czytamy? To, co oglądamy? To, czego słuchamy? A przecież skąd my wiemy, że widzimy to samo, nawet patrząc na to samo?

Czy to nie oznacza, że jako ludzie z różnych światów własnych skazani jesteśmy na nieporozumienia, obcość i samotność? Tacy są właściwie wszyscy bohaterowie Pana powieści. Może najlepiej rozumiał to ojciec z Nagiego sadu, gdy godzinami i miesiącami milczał, przeżywając życie w sobie samym. O osobności ludzi pisze Pan również w Ostatnim rozdaniu.

Szansa na porozumienie istnieje tylko w sferze, powiedziałbym, praktycznej. Ale w innej nie. Samotni jesteśmy. To jest nasza natura. To jest nasza indywidualność. My płacimy wysoką cenę za naszą indywidualność. Ona nie jest darmowa. Ceną jest samotność. Zresztą we współczesnym świecie to wyraźnie widać, jak się pozrywały związki, jak zanika życie towarzyskie, jak nie mamy na nic czasu, jak przestaliśmy rozumieć, co to znaczy spotkać się z człowiekiem. Przestaliśmy rozumieć, że to nie jest to samo, co porozumiewanie się telefoniczne, esemesami itd. To są już tylko porozumienia techniczne. Ta samotność jest dzisiaj bardzo widoczna. Wszyscy się na to skarżą.

Ale jednak tej naszej indywidualności, odrębności musimy bronić, nawet kosztem relacji, bo wszystkie relacje i wszystkie kompromisy są przynajmniej częściową rezygnacją z samego siebie.

Pośpiech sprzyja emocjonalnej i intelektualnej mizerii. Czy wobec coraz większego tempa życia oraz faktu, iż ów pęd staje się powszechną normą grozi ludzkości kulturalna i emocjonalna śmierć?

Nie. Tu jestem optymistą. Dlaczego ma grozić? Literatura będzie dotąd istniała, dopóki człowiek będzie chciał siebie opowiedzieć. Człowiek jest istotą opowiadającą, a nie słuchającą. Każdy człowiek chce siebie opowiedzieć. Literatura wynika z normalnej ludzkiej potrzeby opowiedzenia siebie. Dlaczego ma się skończyć? Może skończyć się tylko wraz z człowiekiem. Ona będzie zmieniała formy i to się dzieje cały czas, ale nadzieją literatury jest człowiek, jego istnienie.

Można powiedzieć, że literatura jest wpisana w istnienie człowieka, ludzkości.

Oczywiście, ona wyrasta w gruncie rzeczy z istnienia człowieka. Jest pochodną jego indywidualności. Gdyby nas zrównano, zamieniono w klientów, konsumentów, wtedy to mógłby być koniec literatury. Ale człowiek się temu nie podda.

Z drugiej strony jest w nas taka potrzeba życia w tłumie, co wyraźnie widać we współczesnych czasach. Te wszystkie sylwestry na placach, szalone, ogromne, wydawałoby się niezrozumiałe. A to jest próba przynajmniej załagodzenia swojej samotności, bo przecież nie jest tak, że jest nam z nią dobrze. Nie jest nam dobrze, więc szukamy na to sposobów.

Powiedział Pan, że „pisać książki powinno się dopiero, gdy człowiek naprawdę czuje, że nie ma już żadnego innego wyjścia (…), wtedy, kiedy jest się przekonanym, że ma się coś naprawdę do powiedzenia komuś drugiemu”. Kogo ze współczesnych pisarzy polskich mógłby Pan wskazać jako realizatora tej zasady? Kto ma nam coś naprawdę ważnego do powiedzenia?

To trudne pytanie, ponieważ nie lubię wdawać się w ocenę, gdyż to jest niebezpieczne. Wymienię jedno nazwisko, drugiego nie i zaczynają się anse i dąsy. Ja nie chciałbym nikogo urazić, ale mogę powiedzieć ogólnie, że są wśród młodszych i najmłodszych generacji zdolni ludzie. A jeżeli nie są jeszcze spełnieni, to są szanse, że się spełnią, bo są za młodzi, żeby się już spełnili. Jest przynajmniej parę osób autentycznie utalentowanych. Poetów jest zatrzęsienie, jak Pani wie, więc nie będę ich wymieniał. Bardzo utalentowana jest na przykład Joanna Bator, Sylwia Chutnik. Piekielnie zdolny jest Janusz Rudnicki, chociaż ciągle czekam na jego opus magnum. Jest Jacek Dehnel. Mógłbym wymienić cały szereg zdolnych. No, Magdalena Tulli. Cenię pisarzy po tym, że mają swój język, bo jak mają swój język, to mają i swój świat. To język jest kreatorem świata, a nie fabuły. Fabuły się zdegradowały, zdeprecjonowały. Szczególnie widać to w filmie, który pożarł wszystkie fabuły, jakie tylko są możliwe na tym świecie. O miłości, bo to najbardziej wyeksploatowany wątek, można powiedzieć coś nowego tylko, jeśli się ma swój język. Bez języka nic się nie powie, żeby nie wiem jakie perypetie i perturbacje nałożyć na taki temat jak miłość, to się nic nie powie, jeśli się nie ma swojego języka.

To widać w Pana powieściach, że one są przede wszystkim narracją, strumieniem świadomości, snuciem się od myśli do myśli. Są przede wszystkim mową, językiem, są opowiedziane. Mogłyby nawet nie mieć żadnej fabuły. Widać i słychać, że pracuje w nich język, a nie kolejne obrazki, intrygi, przygody.

Bardzo pięknie to Pani odczytała. Tak to jest. Bo w gruncie rzeczy chodzi o to, już to kiedyś mówiłem, że literatura jest sztuką słowa. Niczym innym. To słowo kreuje świat każdej książki. Nie fabuła. Jakie słowo, taki świat. Po drugie, sztuka w ogóle, a w tym literatura, jest formą, nie treścią. Jeśli nie jest formą, nie jest sztuką. A forma ma siłę przyciągania magnesu. Co chce, to przyciągnie. Co tylko uzna, że może być dla niej pożyteczne, że może ją inspirować, to przyciągnie. Ja mam często takie, być może zarozumiałe, wrażenie, że właściwie znam wszystkie fabuły. Po pierwsze, żyję dość długo. Po drugie, naczytałem się mnóstwo rzeczy, naoglądałem mnóstwo filmów. I dałoby się wszystkie te fabuły ułożyć w kilka, kilkanaście stereotypów. Jak z takiej ogromnej masy fabuł stworzyć literaturę? Tylko forma może to zrobić.

Nadmiar treści powoduje, że literatura wikła się w intrygi, którymi próbuje coś uatrakcyjnić.

Tak jak Pani powiedziała, szukając fabuł, próbuje uatrakcyjnić, czyli znaleźć coś niesamowitego, graniczącego z horrorem, absurdem, żeby to było inne. A tymczasem literatura słowa drąży banał. Tak, bo przecież nasze życie jest ciągiem banałów. Zdarzenia trafiają się rzadko. W gruncie rzeczy jesteśmy zanurzeni w codzienności, można powiedzieć każdy w takiej samej. Gdyby zastanowić się nad tym, jak upływa nam dzień, to właściwie w takich rytualnych banałach, ale to w nich kryje się istota naszego bytu. Banały są bowiem skarbcami tajemnic. I forma potrafi z banału wyciągnąć przynajmniej jakąś cząstkę tajemnicy.  Spojrzeć na niego inaczej, nakłuć go. I wtedy okazuje się bardzo często, że to jest prawie jak nakłucie perłopława.

A jaki wpływ na literaturę ma dzisiejsza wydawnicza nadprodukcja?

Powiem Pani, że zaczynamy jej ulegać. Bo co to znaczy nadprodukcja? Nadprodukcja to jest upowszechnianie się tzw. popkultury, amatorszczyzny, kiczowatości itp. Obserwuję, że to ma bardzo duży wpływ na wiele umysłów, że tak już się w tym pogrążają, tak przyjmują za dobrą wiarę, że zaczynają już nie rozróżniać rzeczy dobrych od złych. Na wszystko patrzą z perspektywy popkultury. To widać u wielu tzw. krytyków. Mówię tak zwanych, bo co to są za krytycy, jeśli nie są w stanie spojrzeć na literaturę inaczej niż poprzez popkulturę. Ona zamula nasze umysły, zamula naszą wyobraźnię. Co więcej, deprawuje nasze kryteria. Nadprodukcja ma zatem fatalny wpływ, dlatego literatura wymaga obrony. Wbrew, pod prąd. Wymaga uprawiania jej jako formy, jako sztuki słowa. Ale może tak zawsze było. Nie przesądzam, że teraz jest jakaś eksplozja tego zjawiska. Można przypuszczać, że proporcjonalnie nadprodukcja istniała zawsze.

Żyjemy dopiero ćwierć wieku po śmierci kultury socjalistycznej. Czy przez te 25 lat zdołaliśmy podnieść się z duchowego marazmu realnego socjalizmu, czy zdołaliśmy nawiązać zerwaną na blisko półwiecze nić tradycji? Jak Pan to postrzega?

Protestuję przeciwko Pani sformułowaniu. Nie było żadnego duchowego marazmu. Ja go nie odczuwałem. To jest pogląd polityczny. Jaki był duchowy marazm? Oglądałem świetne filmy, a wówczas była szczytowa epoka w światowym kinie. Chodziłem do wspaniałego teatru. Czytałem świetne książki. Przecież żyli pisarze, którzy pisali świetne książki. Andrzejewski, Iwaszkiewicz, Rudnicki, Kuśniewicz, Buczkowski. Świetni pisarze! Nie ma dzisiaj takich. Gombrowicz. Niedostępny, ale kto chciał, to go miał. Jak ktoś chciał uprawiać marazm duchowy, to go uprawia i dzisiaj. Ja go nie odczuwałem. Po 1956 roku Polska przetłumaczyła gros literatury zachodniej. Nawet Ulisses Joyce’a wyszedł w tamtych latach. Mann, Hemigway, Faulkner, Camus. Polska odrobiła dziesięciolecia, jeśli chodzi o przekłady z literatury Zachodu. A czytelnictwo było takie, że książki spod lady się kupowało. To były wówczas objawienia nieba. Te książki miały ogromny wpływ, w towarzystwie się o nich dyskutowało. Kto dzisiaj dyskutuje w towarzystwie o książkach? To, co mówię, jest bardzo niewygodne dla uprawianej obecnie polityki, bo oni chcieliby, żeby było szaro, ponuro i nieciekawie. Wcale nie. Było całkiem ciekawie. Mniej się interesowaliśmy polityką, bo ona była rytuałem. Na tym polegała samodzielność społeczeństwa przy tamtej władzy, że potrafiło stworzyć kulturę i w niej żyć. A dzisiaj żyje w polityce. Na tym też polegała niepokora społeczeństwa wobec reżimu, że w tym obozie potrafiło sobie stworzyć własny świat. Ale też miało materię do stworzenia sobie tego świata, bo jednak kino, teatry, książki były.

Ponad 15 lat temu na łamach „Śląska” (11/1999) powiedział Pan, że jako pisarz czuje „odpowiedzialność tylko wobec drugiego człowieka”. Wiąże się ona także z tym, że odrzuca Pan służbę jakimkolwiek ideologiom, gdyż „nawet najbardziej szlachetne, są nieszczęściem dla sztuki”. Wyczuwa się to od pierwszej Pana powieści Nagi sad, poprzez Pałac, a na monumentalnym dziele Kamień na kamieniu skończywszy. Wszystkie wymienione książki powstały przed 1989 rokiem, a ich fabuły w mniejszym lub większym stopniu ocierają się o ówczesną powojenną teraźniejszość, jedynie subtelnie ją muskając, na zasadzie wskazania jakiejś granicy czasowej. Tylko ostatni tytuł poświęca więcej uwagi socjalistycznym reformom i deformacjom. Jak udało się Panu uniknąć takich mielizn, na jakie natknął się chociażby Jan Baranowicz w powieści Kołacz i razowiec czy Jan Brzoza w Ziemi?

To nie polegało na tym, że mnie się udało. Ja po prostu miałem inny pogląd literatury, inaczej sobie odpowiadałem na pytanie: czym ona jest, czym powinna być, czym może być. To był wynik mojego myślenia o niej i mojej koncepcji literatury, która do dnia dzisiejszego jest dla mnie istotna i aktualna. Literatura ma być o człowieku egzystencjalnym, a nie o człowieku politycznym, a nawet społecznym. Ma być o ludzkiej egzystencji, a nie o entourage’u społecznym czy politycznym. Niedawno powiedziałem, że dla mnie to nie człowiek przepływa przez historię, to historia przepływa przez człowieka. Historia jest taka, jaką przeżywa jednostka, a nie jaką przeżywa społeczność. We wnętrzu człowieka będzie to zawsze miało aspekt egzystencjalny. Wojna to nie wybuchy, walki itd., ale to, jak on cierpi, jak go to dotyka, zmienia, jak na jego podwórku toczy się ta wielka wojna.

Poza tym cenzura zawsze istniała. Literatura rosyjska XIX wieku, wielka rosyjska powieść wyrosła przecież w atmosferze istnienia ostrej cenzury. Sztuka zawsze ma cenzurę, jak nie taką, to inną. A dzisiaj nie ma? Dziś cenzura jest najmniej widoczna, ale najbardziej dojmująca. A cenzura w postaci urzędu nie jest jeszcze taka groźna, najgroźniejsza jest ta, która przerasta nasze życie, czyha na naszą wewnętrzną wolność. Tak więc ze swoimi książkami, o dziwo, nie miałem kłopotów w cenzurze.

We wspomnianym wywiadzie powiedział Pan, że nie bawi Pana folklor, a nawet, że uważa go Pan za coś fałszywego, gdyż „chłop nie wiedział, jaki jest jego folklor, chłop wiedział, jaki jest jego los”. Jak Pan ocenia dzisiejszą modę na folklor?

To nie jest moda na folklor, bo ja przez folklor rozumiałem obraz wsi, jaki tworzą etnografowie. Oni natomiast tworzyli ten obraz po różnych wytworach: od łyżek, misek, do strojów i pieśni. Otóż chłop, wytwarzając te rzeczy, nie miał świadomości artystycznej. W ogóle lud nie miał świadomości artystycznej. Wszystko, co robił, robił w celach użytkowych i użytecznych. Ale to nie był dla mnie obraz kultury chłopów polskich, ponieważ według mnie kultura ta to był system wartości codziennego życia, zdolność przetrwania, sposoby na przetrwanie, jakie wytwarzał chłop, to jak w swojej zamkniętej przestrzeni potrafił się urządzić, by nie być bezradnym. Poza tym ustalał w tej swojej niewielkiej przestrzeni relacje ze wszystkim: z ziemią, z kosmosem, z przyrodą, z narodzinami, ze śmiercią. Była to w gruncie rzeczy kultura afirmatywna, która wytworzyła własne sposoby afirmacji. To była też kultura mowy. Nam ludziom pisma trudno jest nawet wyobrazić sobie, jak można było żyć w kulturze mowy. My dzisiaj na potwierdzenie wszystkiego potrzebujemy pisma. Jak ich nie mamy, to nas nie ma. A oni żyli w mowie. Nic nie było zapisane. Co wobec tego znaczyło wtedy słowo? Czym ono było? Jaką miało odpowiedzialność? Słowo miało charakter, godność. Dzisiaj mamy słowo bez charakteru.

Pana wewnętrzna wolność zaowocowała bardzo trafnym opisem epoki komunizmu w powieściach napisanych po 1989 roku. Nie bez powodu Jan Błoński uznał Widnokrąg za prawdomówną powieść o czasach powojennych. Uniknął w niej Pan nie tylko zakłamań i ubarwień, ale i niepotrzebnego ferowania wyroków, samobiczowania czy tak modnej swego czasu lustracji. Postawił Pan tylko i aż lustro na ówczesnym gościńcu.

To wynikało cały czas z mojej koncepcji literatury, o której już mówiłem. Nie ma w tym żadnej mojej szczególnej zasługi w uniknięciu tych wszystkich pokus politycznych, socjologicznych czy innych, jakie zawsze czyhają na pisarza. Uważałem, że każda ideologia, nawet słuszna, grozi zawsze klęską literatury, tendencyjnością, wulgarną intencjonalnością. Napatrzyłem się trochę świata. Żyłem w czterech epokach. Urodziłem się przed wojną, sporo rzeczy pamiętam. Druga epoka to okupacja. Potem PRL, który można podzielić na parę epok. No, i czas po transformacji. Mój ogląd świata jest wynikiem doświadczeń wszystkich tych epok. W związku z tym mam możliwości porównawcze. Najistotniejsze jest dla mnie, w jaki sposób człowiek jako jednostka, osobność ocalił się przez ten długi czas. Ja nie mam poczucia, jak niektórzy najmłodsi pisarze, że świat się rozpoczął w 1989 roku. Nie zaczął się. Na początku lat 90. panowało takie przekonanie wśród młodych, że my stworzymy dopiero nową literaturę. Nic nie stworzą. Literatura nie uznaje cezur politycznych. Najlepszym przykładem jest literatura rosyjska po rewolucji. Nic nowego nie powstało pod jej wpływem, ale rozwinęły się, rozbuchały wszystkie właściwie kierunki w poezji, prozie, które pojawiły się dawno przed rewolucją i przed I wojną światową. Później dopiero Stalin to przytłumił. Układanie sobie zatem epok literackich według przełomów politycznych jest bezsensem. Sztuka idzie swoim torem. Ma swoją wolność, odrębną od wolności obywatelskiej. Sztuce nie można ofiarować wolności, ponieważ sztuka z istoty musi być wolna i taka jest. Wolność obywatelska może mieć najwyżej wpływ na to, że mi nie wydadzą książki, ale nie pozwolą mi nie napisać jej.

Zastanawiając się nad współczesnymi pułapkami i pokusami, nasuwa mi się refleksja, że zagraża nam przede wszystkim jakiś wprost niewyobrażalny absurd. Doskonale oddał to Pan w powieści Kamień na kamieniu: „Ich tam nie obchodzi to czy tamto, tylko wszystko naukowo. Krowa, żeby miała sześć cycków, zboże po dwa kłosy, świnie cztery szynki. A niedługo będą chcieli tamten świat zaorać, zasiać”. Czy nie brzmi to na wskroś współcześnie mimo upływu trzydziestu lat?

Zagraża nam cywilizacja. Niektórzy mylą kulturę i cywilizację, a to nie jest to samo. Zagraża nam cywilizacja, ponieważ jest pełna pokus. Przynosi wygodę, czego nie da się ukryć. Ale ona jednocześnie coraz bardziej nas wsysa w siebie, chce nas zniewolić. I zniewala. Człowiek, na szczęście, zaczyna sobie z tego powoli zdawać sprawę. Zaczyna nawet odczuwać lęk przed cywilizacją. Weźmy taki internet. Mam nadzieję, że udławi się sam sobą, bo jeśli nie, to staje się on bardzo groźny. Można sobie wyobrazić, że nie będzie już wojen zbrojnych; że to wszystko żeliwo, z którego powstają tak wspaniałe czołgi, samoloty, bomby, jest powoli szmelcem; że najgroźniejsze będzie to, kiedy nauczymy się wdzierać w systemy informatyczne w sposób dowolny. Taki, że będziemy mogli na przykład zatrzymać cały system komputerowy Nowego Jorku. Będziemy w stanie zneutralizować jedni drugich.

To jest chyba ta wojna XXI wieku, która przeniosła się do wirtualnej przestrzeni i teraz w niej anektuje nowe terytoria dla własnych potrzeb, bity informacji, dorobek twórczy kogoś, finanse itd. Jeśli „każde pokolenie musi mieć swoją wojnę”, jak pisze Pan w Traktacie o łuskaniu fasoli, to tak wygląda chyba właśnie wojna naszych czasów?

To jest bardzo niebezpieczne, bo możemy zniszczyć ludzkość bez jednego wystrzału. Gdy sobie pomyślę, że są wyłączone wszystkie systemy komputerowe, przestają działać windy, prąd, koleje, światła. I ta ludzkość nagle zastyga w tym wszystkim, bo jest już tak zelektronizowana. Świat stał się coraz mniej pewny, stąd nasze lęki. Stąd też nasze powroty do źródeł. I to ciekawe, nie synowie, tylko wnukowie wracają. Te różne zespoły, trawestacje, sięganie do pieśni. Tego jest coraz więcej. Ci młodzi być może mają do tego bardziej estetyczny stosunek, ale szukają jakiejś autentyczności, pierwszej ręki, źródeł. I na tym polega ich powrót wywołany przez lęk przed cywilizacją.

A proszę spojrzeć, co się dzieje z ograniczaniem swobód obywatelskich, których nie chcemy zauważać. Na lotniskach ciągłe rewidowanie nas, prześwietlanie. I to powszechne infiltrowanie, nasłuchiwanie. Jesteśmy na permanentnym ogromnym podsłuchu i podglądzie. 

Oprócz pisania zajmował się Pan również prowadzeniem periodyków. W latach 1975-1999 redagował Pan kwartalnik społeczno-kulturalny „Regiony”, a w latach 1993-1999 dwutygodnik kulturalny „Sycyna”. Jak ocenia Pan współczesne pisma społeczno-kulturalne?

Fatalnie spostrzegam. Są niszowe pisma literackie. Jest ich sporo. Ale to czego nie ma, to nie ma tego, co było za PRL-u, a były wówczas tygodniki kulturalne. Dla pisarzy było to wielkim udogodnieniem, gdyż w tych pismach jakieś ciekawsze czy tylko interesujące debiuty znajdowały swoje odbicie. Poza tym ludzie czytali je i dowiadywali się, co się aktualnie dzieje w literaturze. Dzisiaj nie bardzo mają skąd się dowiedzieć. Pisma, które wychodzą, mają 500, maksymalnie 1500 egzemplarzy nakładu, a bywają i takie, które wychodzą w 300 egzemplarzach, więc jaką one pełnią społeczną rolę? Można powiedzieć, że literatura została opuszczona przez czasopiśmiennictwo. Zresztą nie tylko ona, inne sztuki też. Opuszczona została przez media. Tak więc położenie sztuki, literatury w tej sytuacji jest przykre.

Być może trochę scedowano tę funkcję informowania o nowościach na internet?

Przy całej powszechności internetu, nie ma on jednak takiego oddziaływania jak miały pisma, które były czytane, do których czytelnik był przyzwyczajony. Nie istniało to tylko w czasach PRL-u, przed wojną też były „Wiadomości Literackie”. Jeżeli o książce ukazała się pozytywna recenzja, to ona od razu wysyłała ludzi do księgarń.

Niestety dzisiejsza krytyka przekształciła się w większości przypadków w recenzyjność.

Tak, powiedziałbym w taką recenzyjność układową, koniunkturalną, koteryjną itd. Poza tym istnienie pism miało jeszcze jedną zaletę: tworzyło krytyków. A dzisiaj, co ma tworzyć krytyków? Ponadto krytyka staje się również popkulturowa, jej poziom taki się staje. Nie widzę też na razie szans na odrodzenie się czasopiśmiennictwa. Ale trend ich upadania jest ogólnoświatowy. Tak jest nie tylko w Polsce, we Francji również.

Zdumiewa mnie natomiast pozytywnie jedna rzecz, że mimo braku informacji, osamotnienia literatury tylu jest nadal czytelników dobrych książek, tylu miłośników literatury. Nie miłośników czytania, bo to jest coś innego, ale literatury. Zdumiewa mnie, jakimi ścieżkami, kanałami ta wiedza o książkach do nich dociera. Być może społeczeństwo samo wykształciło sobie swoje sposoby informacyjne tak, jak zawsze wytwarza to, czego brakuje.

Myślę, że wspólnym mianownikiem piszącego i czytającego jest potrzeba. Prawdziwa literatura powstaje z potrzeby powiedzenia drugiemu czegoś ważnego, a prawdziwy czytelnik po prostu potrzebuje kontaktu z dobrą literaturą i sam jej poszukuje.

Tak, myślę, że tu dużą rolę odgrywają biblioteki. Tam pracują na ogół pasjonaci, którzy potrafią zachęcić, poinformować. To jest niezniszczalna instancja wiążąca pisarza z czytelnikiem. Zawsze ogrywała taką rolę, a w tej sytuacji, w której teraz jesteśmy, odgrywa szczególną rolę. Biblioteki są sprzymierzeńcami pisarzy i czytelników, i to wiernymi, kompetentnymi.

Czy Ostatnie rozdanie  to ostatnie Pana słowo?

Nie wiem. Nie wiem, czy będzie mi się chciało pisać, czy będę miał, co pisać, czy warto jeszcze pisać. Nie mam poczucia, że muszę się potwierdzać kolejną książką. Obcy mi jest taki niepokój, jaki spotykam czasami u młodych twórców, że jak mnie nie ma w danym roku, to nie istnieję. Nie lubię, nie umiem i uważam za bezsensowne takie ściganie się z czasem. A napisać jeszcze taką samą książkę…, to po co?

autor: Katarzyna Bereta