wtorek / 24 października 2017 Gtl Członkowie Miesięcznik "Śląsk" Partnerzy Kontakt
Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Wywiad



O kinie i teatrze, niespełnionych marzeniach i...

Magdalena Piekorz

...przebudzeniu. Rozmowa z Magdaleną Piekorz, jedną z najzdolniejszych polskich reżyserek[1]

 

 

Jesteś wybitną artystką, autorką wielu projektów filmowych i teatralnych, reżyserką. Na mnie szczególne wrażenie wywarła Twoja Senność

 

– Bardzo się cieszę. Ten film był dla mnie trudny, właśnie dlatego, że był drugi. Pręgi, które były moim debiutem fabularnym, zostały przychylnie ocenione, tak przez publiczność, jak i krytykę, więc poprzeczka był ustawiona wysoko. Długo myśleliśmy z Wojtkiem Kuczokiem, autorem scenariusza do obu filmów, jakim tematem powinniśmy się zająć, co zrobić, żeby sprostać oczekiwaniom. Chcieliśmy opowiedzieć o niemocy, o ludziach, którzy są nieszczęśliwi, którzy przesypiają swoje życie. I chcieliśmy, żeby to był film inaczej skonstruowany niż Pręgi, trójwątkowy. Wydaje mi się, że warsztatowo jest dużo lepszy niż nasz debiut, mimo że spotkał się z ostrą krytyką.

 

– Czy Senność jest też filmem o Tobie, jakimś Twoim uśpieniu i, co ważniejsze, przebudzeniu? A może w jakimś sensie Senność rodziła się z Twojej senności?

 

– Wszystkie filmy wynikają częściowo z moich doświadczeń. Nawet te dokumentalne, które dotykają dalekich rejonów. Senność w sposób szczególny mówi o mnie. Po nakręceniu Pręg mieliśmy z Wojtkiem takie przekonanie, że będziemy robić film za filmem. Byliśmy pełni nadziei, że „drzwi” do nowych fabuł stoją przed nami otworem. Niestety okazało się, że – paradoksalnie – one się właśnie zamknęły. Przez cztery lata Wojtek szukał tematu na powieść, a mnie przepadały kolejne projekty. Pewnie w jakimś stopniu wynikało to z naszego poczucia odpowiedzialności wobec widza, krytyków, środowiska filmowego. Z drugiej strony po prostu nie mieliśmy szczęścia. Ja składałam do producentów kolejne projekty i mimo dofinansowania ze strony Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, w żadnym z przypadków nie udało się uzyskać dodatkowych środków. Wojtek natomiast cały czas szukał tematu i właściwie każdy wydawał mu się mało interesujący. W czasie którejś z naszych kolejnych rozmów doszliśmy do wniosku, że punkt, w którym się znaleźliśmy, to jakiś rodzaj emocjonalnej pustki, takiej senności właśnie. I że można o niej opowiedzieć, i to na kilku płaszczyznach: zawodowej, rodzinnej, egzystencjalnej. Tak zrodził się nasz film, w rezultacie bardzo osobisty. Pręgi zresztą też wyrosły z przeżyć, z obserwacji, choć oczywiście nie w skali 1:1, bo dzieciństwo miałam szczęśliwe.

 

– Domyślam się, z tak kochającą mamą…

 

– To prawda, mam cudowne wspomnienia z dzieciństwa. Myślę, że w tym okresie najbardziej kształtowała się moja wrażliwość, i że dziś robię filmy, bo rodzice „wyczulili mnie” na pewne sprawy, na ludzi i rzeczywistość. Kiedy byłam mała, jeździłyśmy z mamą do Świnoujścia, siadałyśmy na promenadzie i przyglądałyśmy się ludziom, a ja zgadywałam, kim są. Potem spotykałam moich rówieśników, smutnych, ze łzami w oczach. Nie znali takich zabaw. Znam wiele osób, które przez złe wychowanie zostały emocjonalnie okaleczone Zawsze zastanawiało mnie, co musi zrobić taki człowiek, żeby wyjść poza znane mu schematy, gdzie jest dla niego szansa.

 

− Jeszcze w tym miesiącu Twój nowy film zostanie pokazany na festiwalu w Gdyni. Paradoksalnie mówi on właśnie o trudnej, toksycznej relacji matki i córki…

 

− W pewnym momencie zaczęłam zauważać, że we wszystkich relacjach potrzebna jest równowaga. W Pręgach opowiedziałam o niedoborze miłości, tu chcę pokazać, co może się stać, gdy jest jej za dużo. To historia o kobietach, które całe życie spędziły pod jednym dachem, i kiedy w życiu córki pojawia się mężczyzna, ich świat wywraca się do góry nogami. Opowieść o odpowiedzialności, samotności, utracie...

 

− W Katowicach nakręciłaś część scen. Czy Śląsk jest Ci jakoś szczególnie bliski?

 

− Tu się wychowałam, więc jestem w to miasto wrośnięta. Cieszę się, że Katowice są coraz piękniejsze, i że dzięki życzliwości władz, mogłam tu umiejscowić akcję mojego filmu. Chciałam pokazać, jak bardzo zmieniło się to miasto, jakie jest europejskie, ciekawe architektonicznie, różnorodne. Uważam, że mamy się czym chwalić.

 

– Co myślisz o sobie – reżyserka, artystka, niespełniona aktorka, szczęśliwa kobieta?

 

– Niespełniona aktorka… (śmiech). Faktycznie całe życie marzyłam o tym, by zostać aktorką. Wszystko zmieniło się podczas egzaminów na reżyserię. Poczułam wtedy (dodajmy – po nieudanych egzaminach do Szkoły Teatralnej), że właśnie to chciałabym w życiu robić. I że te studia są właściwie przedłużeniem tego, czym zawsze się zajmowałam, tyle że nie na poważnie, dla zabawy. W szkole średniej organizowałam kawiarenki literackie, małe formy teatralne, współpracowałam z naszą regionalną telewizją. Wszyscy mnie wtedy namawiali: „Magda, powinnaś iść na reżyserię”. A ja myślałam: „Jaka reżyseria? Chcę być aktorką”. Dziś cieszę się, że los mną tak pokierował, że nie dostałam się do Szkoły Teatralnej. Moja droga do reżyserii byłaby wtedy dłuższa, znacznie później bym do tego zawodu dojrzała. Tymczasem bycie reżyserem daje szansę tworzenia czegoś z „niczego”, stwarza możliwość nieustającej rozmowy z drugim człowiekiem. Taka forma dialogu jest niesamowicie inspirująca. Staram się rozmawiać z widzami poprzez swoje filmy.

 

– Czy to przypadek czy celowo wytyczyłaś sobie drogę – od dokumentu, poprzez film fabularny, spektakl, po brodwayowski musical?

 

– Nie, to był absolutny przypadek. Kiedy zaczynałam studiować reżyserię, nie sądziłam na przykład, że będę robić filmy dokumentalne. Nasz profesor Andrzej Fidyk, autor cyklu Czas na dokument, stworzył nam jednak szansę profesjonalnego debiutu dla Telewizji Polskiej, więc pomyślałam, że spróbuję. Przyniosłam wtedy projekt filmu Dziewczyny z Szymanowa. Film powstał w ciągu pół roku, na II roku studiów.

   Na dokumencie właściwie uczyliśmy się zawodu i filmowego opowiadania. Szkoła nie miała wtedy pieniędzy, w ciągu czterech lat studiów udało mi się nakręcić jedynie dwie krótkie etiudy na taśmie, w tym jedną niemą. W pewnym momencie tak się rozkręciłam, że realizowałam po dwa dokumenty rocznie. Ale w pewnym momencie poczułam, że to już mi nie wystarcza. Przyszedł czas na fabułę.

Cieszę się, że moja droga tak właśnie przebiega. Kiedy zaczynałam robić filmy dokumentalne, myślałam, że to trudne i zajmuje wiele czasu i że niewyobrażalną rzeczą jest nakręcenie filmu fabularnego. Kiedy zaczynałam robić film fabularny i słyszałam, że ktoś w teatrze reżyseruje musical, w którym występuje ponad sto osób, to wydawało mi się to niemożliwe. Nagle okazało się jednak, że krok po kroku, dzięki nowym doświadczeniom coraz więcej możliwości otwiera się przede mną. Zaczynam wierzyć, że kolejne rzeczy są do osiągnięcia. I śmieję się, że jestem wieczną debiutantką, że z każdym projektem muszę się na nowo uczyć. Lubię takie nowe wyzwania, choć reżyseria to trudny zawód, szczególnie dla kobiety. Trzeba nie tylko być dobrym organizatorem, ale i menadżerem. Walczyć o projekt, o pieniądze, czasem zaczynać od nowa, kiedy coś się posypie.

 

– Co daje Ci siłę?

 

– Dużo rzeczy. Na pewno siłę dają mi widzowie. Nic tak nie pobudza do działania, jak łzy wzruszenia, emocje, które wywołał film. Jeśli na sali publiczność oddycha razem z aktorami, wtapia się w ich historię, przeżywa dramaty, wiem, że było warto. Przestają się liczyć zarwane noce czy zarysowana w laboratorium taśma. Siłę dają mi bliscy: moja Mama, przyjaciele, ekipa. Czuję, że we mnie wierzą, i są gotowi poświęcić się projektowi w stu procentach. Mam misyjne podejście do sztuki. Wierzę, że oglądane filmy nas kształtują, że mogą być drogowskazem.

 

Pręgi, Senność to filmy, które nie stawiają jednoznacznych diagnoz, raczej zadają pytania, zmuszają nas do myślenia… Czy takie jest właśnie kino, w które wierzysz?

 

– Tak, wierzę jedynie w takie kino. Oczywiście, dobrze, że istnieje kino rozrywkowe. Każdy potrzebuje filmów, które pozwolą mu się rozluźnić, uśmiechnąć. Ja też mam listę swoich ulubionych filmów tego gatunku. Pół żartem, pół serio mogę oglądać po dziesięć razy. Z przyjemnością patrzę też na romantyczny Notting Hill z Julią Roberts i Hugh Grantem.

     Nie odmówiłabym, gdyby ktoś zaproponował mi, żebym zrobiła komedię. Cenię sobie wyrafinowany humor.

   Wierzę jednak przede wszystkim w takie produkcje, w których widz może identyfikować się z bohaterem. Filmy, które nie dają jednoznacznych odpowiedzi, nie klasyfikują w łatwy sposób. Kino bez moralizowania, które jest czytelne na płaszczyźnie opowiadania (czyli każdy widz, który film obejrzy, będzie rozumiał, o czym opowiada), ale jednocześnie mają ukryte sensy, które bardziej wyrobiony odbiorca będzie umiał rozpoznać, odczytać.

 

– Kino czy teatr – co bardziej kocha Magdalena Piekorz?

 

– Co bardziej kocham? Z wykształcenia jestem reżyserem filmowym, więc opowiadanie filmowe jest dla mnie łatwiejszą formą przekazu. Jednak moją obecność w teatrze uważam za duży sukces. To, że zagrzeję w nim miejsce, wcale nie było takie oczywiste. Na początku krytyka teatralna niechętnie patrzyła na te moje wprawki, spotykałam się z opinią, że reżyser filmowy zawsze będzie w teatrze kulawy. Kiedyś te dwa światy – kino i teatr − bardziej się zazębiały, i to, że filmowiec wchodzi do teatru, było normalne. Dzisiaj już trochę mniej.

     Patrzę na świat obrazami – w teatrze to czasem też się sprawdza. Technika filmowa nigdy nie sprawiała mi trudności. Współpracuję z Marcinem Koszałką, którego uwielbiam. Rozumiemy się praktycznie w pół słowa. Kiedy czytamy scenariusz, wiemy, jak chcemy, żeby film wyglądał. Nasze wizje się pokrywają. I to jest fantastyczne.

     W teatrze, dla mojej szalenie emocjonalnej natury trudne jest to, że każdy spektakl jest inny. Oczywiście: reżyseruję, ustawiam, wiem, jak powinien wyglądać spektakl i staram się jak najbardziej zbliżyć do tej wizji. Ale zdarza się, że aktorzy mają słabszy dzień, obrotówka się zatnie albo po prostu jest zły biorytm. Wtedy spektakl, który powinien być energetyczny – energetyczny nie jest, a ja nie mam do dyspozycji montażu, którym mogę poprawić pewne niedoskonałości. Nie podetnę sobie taśmy, w teatrze widać wszystko jak na dłoni.

     Bardzo odpowiada mi natomiast możliwość wnikliwej pracy z aktorem teatralnym. W czasie pracy nad filmem nie dostanę więcej niż dwa, trzy tygodnie na próby. Przy filmie psychologicznym ten czas się dosłownie wydziera. W teatrze natomiast mogę mieć do dyspozycji trzy miesiące, mogę z aktorem siedzieć przy stoliku i rozsupływać sensy, które autor zmieścił w tekście. Możliwa jest więc autentyczna, wnikliwa praca na poziomie tekstu. Staram się uczyć, wyciągać wnioski ze swoich doświadczeń. Zmiany są ciekawe. Boję się rutyny. Dzięki temu, że co jakiś czas realizuję zupełnie inną formę, mogę sobie pozwolić na zapożyczenia.

 

– W Teatrze Polskim w Bielsku-Białej zdecydowałaś się opowiedzieć historię Polski w rytmie walca i disco. Skąd taki pomysł?

 

– Zafascynował mnie kiedyś pewien film, moja mama widziała go na Konfrontacjach, potem udało się nam zdobyć go na DVD. To Bal Ettore Scoli, absolutnie niesamowity film – bez słów. Ciekawa byłam, czy taka formuła sprawdzi się w teatrze. Bałam się potwornie. Koledzy pytali mnie: „Jak Ty to zrobisz, żeby ludzie wytrzymali półtorej godziny na przedstawieniu, w którym aktorzy nie będą ze sobą rozmawiać?”. Nie mogli uwierzyć, że naprawdę nie padnie ani jedno słowo.

   Chciałam tak opowiedzieć historię Polski, żeby w centrum był człowiek – ciekawiło mnie, jak on się zmienia pod wpływem pewnych zdarzeń historycznych. Najważniejsza w spektaklu stała się historia miłosna, historia ludzi, którzy pomimo zawirowań historycznych, burz, trudności –odnajdują się.

   Scenariusz do spektaklu napisała Justyna Tomska. Pracowałam też z fantastycznym choreografem Jakubem Lewandowskim, którego wyobraźnię po prostu uwielbiam!

   Nie ukrywam, że był to dla mnie najtrudniejszy spektakl, chyba trudniejszy niż Oliver.

 

A co było najtrudniejsze?

 

– Spektakl musiał być czytelny, by słów nie brakowało, a z drugiej strony chcieliśmy uniknąć jednowymiarowości. Oczywiście, w pewnym sensie jednoznaczność w Hotelu Nowy Świat była konieczna. Są w nim przecież fakty historyczne – takie, a nie inne i one w pewnym sensie determinują opowieść. Na przykład w scenie opowiadającej o Okrągłym Stole ludzie siedzą w okręgu, ale równocześnie szukaliśmy kontrapunktu, który pokaże nasz stosunek do tego wydarzenia.

 

– To niezwykłe doświadczenie dla widzów…

 

– Dla widzów tak, ale również dla aktorów. Oni bardzo bali się takiej formy, bo to wymagało od nich dużej pokory wobec materii i ogromnego wysiłku. W takim spektaklu nie ma głównych ról, tutaj każdy gra na rzecz całości. Zespół musi zrozumieć, że to praca zbiorowa, a to czasem trudne.

 

 

– Czy przygotowując ten spektakl – spektakl, w którym najważniejszy jest taniec i ruch – wykorzystałaś swoje doświadczenie filmowca?

 

– Spektakl składa się w zasadzie z samych obrazów. To taki film w jednym ujęciu. Miejsce się nie zmieniało, jedynie czas płynął. Było to niezwykłe doświadczenie.

 

- Opowieść o Polakach i polskiej historii ogromnie poruszyła także mieszkańców Turynu.

 

- Tak, zagraliśmy w prestiżowym teatrze „Astra”. Publiczność była włoska, nie polska, więc bardzo się baliśmy, czy nasz spektakl będzie dla niej zrozumiały. Jak tylko wybrzmiały ostatnie dźwięki muzyki, Włosi zaczęli przeraźliwie tupać. Najpierw pomyśleliśmy, że chcą nas przegonić z teatru, ale szybko wyjaśniono, że to wyraz największego uznania.

 

 

– Czy praca nad spektaklem Wizyta starszej pani w Teatrze Śląskim była dla Ciebie równie ciekawym wyzwaniem?

 

To trudny i bardzo wymagający tekst, więc była to prawdziwa teatralna gimnastyka. Przede wszystkim jednak niezwykłe było spotkanie z Anną Polony, która zgodziła się zagrać główną rolę. Lubię pracować z aktorami, od których mogę się czegoś nauczyć. Tak było w przypadku pracy z Anną Polony, i tak też było na planie Zbliżeń, w których rolę matki zagrała Ewa Wiśniewska.

 

 

− Jakie emocje towarzyszą Ci dziś, kilka dni przed pokazem Twojego nowego filmu w Gdyni?

 

− Mam tremę. I to im jestem starsza, tym większą. Do kina wracam po sześciu latach przerwy, ale wiem, że przez ten czas wielu widzów czekało na mój nowy film. Nie chciałabym ich zawieść. Cieszę się, że jadę do Gdyni. To tam odniosłam mój największy sukces i przeżyłam porażkę. Emocje sięgają zenitu!

 

[1] Reżyserka i scenarzystka filmowa i teatralna, doktor sztuki filmowej. W 2004 powstał jej debiut fabularny – Pręgi, oparty na prozie Wojciecha Kuczoka. Film zdobył główną nagrodę Złotych Lwów na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, był też polskim kandydatem do Oscara w 2005 roku. W 2008 roku powstała Senność, nagrodzona Złotym Klakierem (najdłużej oklaskiwany film). Magdalena Piekorz zrealizowała siedem filmów dokumentalnych: Dziewczyny z Szymanowa nagrodzone zostały Brązowym Lajkonikiem na XXXI Ogólnopolskim Festiwalu Filmów Dokumentalnych i Krótkometrażowych w Krakowie, Franciszkański spontan otrzymał Nagrodę Honorową Jury na II Małym Przeglądzie Form Dokumentalnych w Szczecinie, a Przybysze Grand Prix Festiwalu Euroshorts'99. Reżyserka Oliviera! w Teatrze Rozrywki w Chorzowie oraz Hotelu Nowy Świat w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej.

 

autor: Katarzyna Walotek-Ściańska