Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Wywiad



Nie jestem apologetą Sosnowca

Z prof. Zbigniewem Białasem rozmawia Katarzyna Kuroczka (Bereta) (wywiad opublikowano w majowym numerze "Śląska" z 2016 roku)

 

Jest pan urodzonym sosnowiczaninem...

Jestem z urodzenia sosnowiczaninem, ale przez pomyłkę. Moi rodzice nie mieszkali w Sosnowcu, ja natomiast urodziłem się w tutejszym szpitalu tylko dlatego, że jestem dzieckiem z konfliktem krwi i gdyby trzeba było mi przetoczyć po urodzeniu krew, to w sosnowieckim szpitalu było to po prostu możliwe. Moja mama jest z pochodzenia siewierzanką, a więc z Zagłębia, a tato jest spod Świerklańca, czyli z pogranicza śląsko-zagłębiowskiego. Ja z kolei całe dzieciństwo i okres młodzieńczy mieszkałem w Porębie, do liceum chodziłem w Zawierciu i dopiero na studia przybyłem do Sosnowca. Każdy zaś myśli takim skrótem, że skoro urodzony w Sosnowcu, mieszka w Sosnowcu i pisze o nim, to jest sosnowiczaninem z dziada pradziada. Nie wyprowadzam z błędu mieszkańców, którzy sądzą, że skoro urodzony tutaj, to znaczy nasz, swój.

Liczy się metryka.

Tak. Z tego powodu może bardziej mnie lubią, cieszą się mną jako ich pisarzem.

Wchodząc zatem głębiej w pana życiorys, zapytam, czy zamiłowanie do opery, wędkarstwa i krajów skandynawskich ma jakiś mianownik wspólny ze służbą wojskową na Bliskim Wschodzie?

Nie. Natomiast ma wspólny mianownik ze sobą. Okres fascynacji Skandynawią mam już trochę za sobą, obecnie częściej jeżdżę do Turcji, zapuszczając się w swych wędrówkach aż pod jej wschodnią granicę z Armenią. Uważam natomiast, że zarówno opera, wędkarstwo, jak i poznawanie wielkich, ascetycznych przestrzeni skandynawskich łączy potrzeba wewnętrznego wyciszenia i jakiegoś totalnego skupienia się na tym, co w danym momencie się robi. Nie można bowiem słuchać opery czy łowić ryb, zajmując się równocześnie czymś innym. Dla mnie wędkarstwo nie jest sportem, ale bardzo intensywnym przeżywaniem natury. Gdy jadę na przykład samochodem, mogę wymyślać kolejne części książki, ale gdy siedzę w operze lub wędkuję na jakimś pustkowiu, to nie mogę planować dalszych rozdziałów. Lubię więc robić te rzeczy, bo one mnie zmuszają do odsunięcia wszystkiego na dalszy plan i skupienia się tylko na nich. Natomiast z Bliskim Wschodem nie ma to nic wspólnego. Można wręcz powiedzieć, że Bliski Wschód jest zupełnym odwróceniem idei spokojnego skupienia. Tam było rozproszenie, bombardowanie licznymi bodźcami, nie wspominając o działaniach wojskowych. Jest to zaprzeczenie tego, czego szukam w samotności i ciszy wędkowania czy w wewnętrznym skupieniu, które chłonie muzykę w operze.

Ma pan zatem naturę kontemplatora...

Zdecydowanie tak. Nie lubię tego mówić, ale jest to nawet natura kontemplacyjnego romantyka, oczywiście w rozumieniu, jakie nadali romantykowi angielscy poeci. Najpierw przeżywa się naturę, a dopiero potem przeprowadza spokojną refleksję. Zdecydowanie oddzielam samo przeżywanie natury od późniejszego myślenia czy zapisywania. Przygotowuję teraz nową książkę do druku, mój amerykański dziennik sprzed piętnastu lat. Widać w nim, że to, co robiłem przez dziesięć miesięcy w Stanach, to było głównie samotne jeżdżenie samochodem. Jestem więc medytacyjnym samotnikiem, chociaż przyszło mi żyć w czasach, które zupełnie takie funkcjonowanie uniemożliwiają. Niemniej to wewnętrzne pragnienie we mnie tkwi i myślę, że jest to częsta cecha pisarzy.

Moim marzeniem jest zaszyć się gdzieś w skandynawskiej głuszy z wędką i dobrymi operowymi płytami. Mógłbym tam siedzieć latami.

Doskonale rozumiem tę potrzebę. Wróćmy jednak do rzeczywistości takiej, jaka jest. Służba w wojskach ONZ miała z pewnością wiele wspólnego z pana pracą tłumacza literatury angielskiej, amerykańskiej i nigeryjskiej na język polski. Ja jednak chciałabym przywołać przekornie w tym lingwistycznym kontekście cytat z Pana powieści Puder i pył: „Trzeba tłumaczyć poezję angielską na język polski. Szczególnie jeśli się człowiek znalazł w Sosnowcu. Tutaj nikt nigdy nie będzie się posługiwał językiem angielskim”. Oczywiście odczytuję w tym pana wyśmienity żart, a może nawet ironię, ale równocześnie chcę zapytać, jak to jest dzisiaj z językami obcymi w Sosnowcu? Jak się odnajduje tutejszy Wydział Filologiczny UŚ w dobie globalizacji?

To jest fragment, na który czytelnicy rzadko zwracają uwagę, jeśli nie wiedzą o anglistyce w Sosnowcu i o całej ironii tego, że to miejsce tutaj jest. Z jednej strony to dziwne, że na Pogoni znajduje się prężny Wydział Filologiczny z wszystkimi neofilologiami, i że słyszy się tutaj obce języki na ulicy; ale z drugiej strony to piękne, że niejako wbrew logice udało się stworzyć naprawdę silną anglistykę, o której, gdzie nie jadę, słyszę dobre rzeczy. Nasza anglistyka liczy się nie tylko w Polsce, ale i w Europie.

Jednak ten cytat wiąże się dla mnie jeszcze z czymś. Kiedy napisałem Korzeńca, moi koledzy w pracy uważali, że jest to powieść z kluczem, czyli że naprawdę opisałem wykładowców z anglistyki pod pozorem opowiadania o różnych postaciach historycznych. Kilka osób podeszło do mnie z pytaniem, czy dobrze siebie odnajdują w którymś z bohaterów. Tłumaczyłem im, że to nie jest powieść z kluczem, i widziałem, jak jest im trudno uwierzyć, że to tylko powieść, coś zupełnie fikcyjnego, a nie paszkwil na własny wydział. W pewnym momencie zdałem sobie jednak sprawę z tego, że moi koledzy i studenci, dla których jestem przede wszystkim pracownikiem naukowym, uważają, że napisanie przeze mnie powieści jest w jakimś sensie rozliczaniem się z tym, co mnie otacza wokół. Dlatego pisząc Puder i pył, mogłem już sobie pozwolić na takie mrugnięcie w stronę kolegów z pracy, na neofilologiczną wycieczkę – nie ironiczną, ale żartobliwą.

Ale Sosnowca już pan nie oszczędził... W Korzeńcu zapisał pan, że Sosnowice mają złe powietrze i nic porządnego tu nigdy nie wyrośnie, że mało kto chce tutaj zostać na dłużej i że „całe to miasto, cały naród to jedna tragiczna pomyłka”. W Pudrze i pyle natomiast czytamy, że „jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś coś w Sosnowcu zostawił, a po powrocie odnalazł to na miejscu”, że nie wspomnę o przypominaniu niechlubnej historii sosnowieckiego truciciela w Talu. Czy w ten sposób odzywa się w panu krytyka własnej ziemi, która zwykle pojawia się jako kolejny etap po okresie fascynacji „małą ojczyzną”? Czy też może to próba uporania się z pewnymi stereotypami poprzez nadanie im wyraźnego ironicznego wydźwięku?

Poruszyła Pani kilka ważnych kwestii. Po pierwsze, rzeczywiście nie jestem apologetą Sosnowca i nigdy nim nie byłem. Dziwi mnie czasami miłość, którą sosnowiczanie mnie otaczają jako sosnowieckiego kronikarza. Być może nie czytają moich książek zbyt uważnie. Parę osób nawet pytało mnie, za co w Sosnowcu mnie tak lubią, skoro wcale nie mitologizuję tego miasta. Ja sam nigdy nie miałem okresu fascynacji Sosnowcem, więc powiedziałbym inaczej. Obraz, który przedstawiłem w powieściach, jest i tak dużo cieplejszy od tego, co nosiłem w sobie wcześniej. To nie jest zatem tak, że wyimaginowałem sobie jakieś piękne wyobrażenie Sosnowca, z którym teraz walczę. Wręcz odwrotnie, mój portret tego miasta był czarny, a to, że teraz jest czarny z elementami komicznymi i momentami sympatycznymi, jest efektem wielu lat walki, aby zaakceptować Sosnowiec jako miejsce, o którym mogę pisać. Na szczęście zacząłem do niego dorastać w takim wieku, że nie popadam już ze skrajności w skrajność. Zainteresowałem się sosnowiecką historią po czterdziestce, czyli po kryzysie wieku średniego, więc nie musiałem kochać albo nienawidzić tego miejsca. Zauważyłem wówczas, że chociaż jest to przestrzeń o trudnej urodzie i trudnych dziejach, to jest w nim bardzo interesująca dla pisarza historia. To znaczy, że miasto położone tam, gdzie Sosnowiec, w tamtym czasie było jakimś Klondike, ziemią obiecaną. W tym sensie widziałem tutaj pewien potencjał, ale widziałem go jako literaturoznawca, a nie esteta. Nigdy natomiast nie zachłysnąłem się Sosnowcem, dlatego wydaje mi się, że moja trylogia pokazuje całe Zagłębie jako ciekawe, ale równocześnie brzydkie i trudne. W każdym razie moje powieści nie są sosnowieckimi laurkami i nigdy nie było moim zamiarem, aby się komukolwiek podlizywać. Równocześnie nie mam potrzeby zemsty na tym mieście za cokolwiek.

Może po prostu prawdą jest to, co zapisał pan w Pudrze i pyle, że „Sosnowiec nigdy nie słynął jako miasto prostych zależności”, i to tłumaczy całą jego zawiłość.

Naprawdę tak napisałem? To zgadzam się sam ze sobą (śmiech).

Ostrze pana pióra wychodzi jednak poza Sosnowiec. W Korzeńcu podkreślił pan, że „choroba podejrzliwości była przypadłością endemiczną w tym regionie”, pani Zimorodzic przypisał pan większą podatność na „mikroba prostackiej nieżyczliwości wiszącego w zagłębiowskim powietrzu”, opisał pan również straszne zagłębiowskie dzieci, na widok których przechodzień ucieka na drugą stronę ulicy. Z kolei Andrzej Niemojewski nakreślił obraz ludzi Zagłębia jako „cyklopów”, „ludzkich kolosów” czy „dziejowych olbrzymów” poczętych w żywiole ognia, którzy przechodząc „przez płomieniste morze pracy”, wytrzymują „ogniową próbę”. Jacy zatem są naprawdę Zagłębiacy?

Chyba prawda, jak zwykle, leży pośrodku. Twardymi ludźmi są, cyklopami może mniej. Ja widzę dużo negatywnych cech w „charakterze zagłębiowskim”, a Zagłębie znam dość dobrze poprzez pryzmat wielu małych miejscowości, a nie tylko Sosnowca. I ogólnie nie mam sentymentu do tego rodzaju mentalności. Nie wchodząc w szczegóły, chciałbym jedynie podkreślić, że opisałem rzeczy, z którymi się spotkałem w rzeczywistości. Naprawdę musiałem przechodzić na drugą stronę ulicy na widok grupy dzieci. Bałbym się wszystko potępiać w czambuł, bałbym się też mityzować jak w cytacie o cyklopach, bo tu byli bardzo różni ludzie w bardzo różnych momentach dziejowych. Nie wiem na przykład, co Zagłębiacy rozumieją pod pojęciem Zagłębiak. Jeśli bowiem mówimy o okresie, w którym umieszczone są fabuły moich powieści, to mówimy i o Żydach, i o Niemcach, i o Polakach, i o Rosjanach, i o fabrykantach, i o szwarcownikach, i o handlarzach, i o artystach itd. Oni nie mieli jednej wspólnej cechy charakterologicznej, bo byli z różnych miejsc, z których przywozili własne rysy. Zagłębie jest więc, moim zdaniem, konglomeratem tych wszystkich grupowych właściwości, i jeślibym zgodził się z tym, że kiedyś gdzieś coś się przetopiło, to przez ileś tam lat może rzeczywiście wykształciły się jakieś cechy wspólne. Ale mówienie o sobie, że skoro się pochodzi z dziada pradziada z Sosnowca, to ma się wielkomiejski charakter, jest według mnie śmieszne, bo cztery pokolenia wstecz nie było tu żadnego miasta, ale wioska, w której tonęło się w błocie.

Zagłębie z jednej strony ma taką dużą masę ludności napływowej, że to musi rozmywać spójność charakterologiczną, a z drugiej strony mnóstwo ludzi wyjechało stąd lub zniknęło podczas wojny, więc jest to bardzo doświadczony region, co pewnie nie wpływa najlepiej na zaufanie do ludzi. Zatem część z tych negatywnych właściwości wynika nie tyle z jakichś „zagłębiowskich genów”, co z atmosfery braku stałości, z jakiejś niepewności jutra oraz własnej tożsamości – czym my właściwie jesteśmy, już miastem czy jeszcze wsią? Inaczej rzecz się ma w miejscach takich, jak Kraków czy Poznań. Tam nikt nowy się nie wciśnie, jest pewna stałość, więc jakieś cechy krakowskie czy poznańskie mogły się przez wieki wykształcić. Tutaj natomiast jest wieczna fluktuacja.

Cieszę się, że mówi pan o tej fluktuacyjności, bo to doskonale koresponduje z tym, co Krzysztof Kłosiński pisze o powieści Stefana Żeromskiego Ludzie bezdomni, iż odsłoniła ona „piętno tymczasowości” Zagłębia. Jak na co dzień odczuwa się tę prowizoryczność, swego rodzaju simulacrum?

Odczuwa się dziwnie, dlatego że pomimo tej fluktuacyjności i tego, co powiedział pan prof. Kłosiński, Zagłębiacy, czy raczej sosnowiczanie, doszli w pewnym momencie do wniosku, że jednak mają głęboką, odrębną, definiującą ich i stabilną tożsamość i że powinni z niej być dumni i powinni ją pielęgnować. Ale gdyby kogoś zapytać, na czym ona miałaby polegać, to pewnie w odpowiedzi usłyszelibyśmy: wierność Zagłębiu Sosnowiec, trzy razy oglądanie Korzeńca w Teatrze Zagłębia i to chyba na tyle. Z czasów studiów pamiętam, że region ten wstydził się tej dziwnej, nie do końca zdefiniowanej tożsamości, a dzisiaj – nadal nie wiedząc dokładnie, czym ona jest – podkreśla, że ją posiada. Na przykład jadąc z Katowic do Sosnowca, można zauważyć tablicę z napisem „Witamy w Zagłębiu Dąbrowskim”, tak jakby się przejeżdżało do innego stanu w Ameryce. I to się pojawiło po Korzeńcu. Ktoś mi nawet mówił, że dzięki mnie Zagłębiacy odzyskali poczucie własnej tożsamości. A ja mówię: mnie w to nie mieszajcie! Ja z tym nie chcę mieć nic wspólnego, z tym odgradzaniem się. Najpierw Zagłębie miało żal do Śląska, że ten śmieje się z niego, iż jest za granicą, a teraz samo postawiło znak na Brynicy. Kto się więc i od kogo odgradza? Oczywiście w tym zainteresowaniu historią jest wiele pozytywnego, bo ludzie zaczynają grzebać w archiwach, jeździć na wycieczki i dzięki temu dostrzegają, że mają u siebie wiele interesujących rzeczy. Z drugiej strony jednak rodzi to typowe dla Polaków zachowanie, że gdy zaczynamy myśleć pozytywnie o sobie, to automatycznie zaczynamy myśleć negatywnie o innych. I tak to postrzegam, że uwolniło się niebezpieczne myślenie, że skoro my jesteśmy Zagłębiakami, to patrzmy z góry na tych, którzy nimi nie są.

To jest fundowanie własnej tożsamości na opozycji do czyjejś inności.

No, właśnie! O to mi chodziło, że istnieje niebezpieczeństwo budowania na opozycji. I to mi się nie podoba.

To, o czym mówimy, doskonale koresponduje z tym, co Ewa Kosowska napisała 14 lat temu, że przed Sosnowcem rysuje się następująca alternatywa: albo, chcąc stać się miastem tradycyjnym, stworzy sobie mit, albo nauczy się wykorzystywać atut braku tradycji. Którą z dróg wybrał według pana?

Chyba rzeczywiście zaanektował Korzeńca jako swój mit założycielski. Przy czym dokonało się to nie tyle poprzez książkę, bo z tą mniejsza liczba osób się zetknęła, co poprzez inscenizację w Teatrze Zagłębia. Oczywiście stało się to poza moją wolą i świadomością. Przystępując do pisania Korzeńca, chciałem po prostu zapełnić wolny czas, jaki pozostał mi wieczorami, a że nie oglądam telewizji, zacząłem pisać. Ale nie miałem agendy, że zrobię Zagłębiu coś takiego. Nie miałem zamiaru budzenia ani tworzenia zagłębiowskiej czy sosnowieckiej tożsamości. Generalnie źle się z tym czuję, ale zdaję sobie sprawę, że z tych dwóch opcji Sosnowiec wybrał łatwiejszą drogę – zbudowania mitu, na dodatek trochę fałszywego. Bo to jest tylko fikcja, chociaż osadzona w realiach topograficznych i historycznych, ale jednak fikcja. Dlatego martwię się, gdy Zagłębiacy biorą te powieści jako prawdę objawioną o Sosnowcu, zauważając głównie te elementy, które im odpowiadają.

Może więc dlatego trudno w Sosnowcu stworzyć tradycję, kulturę, bo został on założony nie na salonach, ale „na hałdzie i na nasypie”, jak stwierdził pan w Korzeńcu? Upodabnia go to do Stalowej Woli, która „wyrosła na piecu martenowskim”. Oba miasta istnieją przede wszystkim jako sypialnie dla przemysłu. W sypialni zaś się tylko śpi.

Zgadza się, tylko że dawniej te miasta rzeczywiście funkcjonowały jako sypialnie przy zakładach pracy i wtedy ludzie nie martwili się zagadnieniem tożsamości. Mieli pracę i wszystko jakoś toczyło się do przodu. Problem umocowania się w kulturze, zakorzenienia w czymś pojawił się, gdy te zakłady padły. Tu już nie ma żadnych kopalni i nie można powiedzieć, że te wszystkie bloki to są sypialnie dla istniejących fabryk, bo to jeszcze jakąś rację bytu by miało. Problem polega na tym, że człowiek budzi się w tej nikomu niepotrzebnej sypialni i nie wie, co ma ze sobą zrobić. Pojawiła się więc potrzeba zmitologizowania tego, co było. Wytworzyły się dwa konfliktujące się ze sobą mity. Pierwszy mit dobrobytu za Gierka głosi, że w jego dekadzie, szczególnie w Sosnowcu, było fantastycznie. Drugi mit, że za Gierka było źle. A potem ukazał się Korzeniec jako alternatywa dla tych dwóch mitów i ludzie uwierzyli, że w czasach Korzeńca to dopiero było fantastycznie! Ale jeśli się przyjrzeć bliżej postaciom tej powieści, to mamy dobrą fińską bonę, niemieckich fabrykantów z wizją i polskich szwarcowników. To z kim się identyfikują dzisiejsi sosnowiczanie?! Natomiast występujący w książce artyści i dziennikarze są jedynie marginesem tamtej społeczności. To nie jest tak, że Sosnowiec na początku XX wieku był tętniącym życiem miastem redaktorów i kulturalnych gazet.

Gdzie więc szukać tego mitu założycielskiego? Czy w tym, co car zbudował na hałdzie, czy w tym, co Gierek zbudował po tym, jak porozrzucał stare chałupy i postawił w ich miejsce bloki? Nie ma takiego jasnego punktu w dalekiej przeszłości, w którym by można wszystko umocować. Jest potrzeba mitologizacji, ale w praktyce wygląda to średnio.

Czy poszumy industrializacji, które tak fascynowały epokę modernizmu mogą jeszcze dzisiaj wywołać podobną ekscytację? Czy człowiek współczesny słyszy w tym jeszcze muzykę, jak Kostrzyń z powieści Kadena-Bandrowskiego Czarne skrzydła, który stwierdził, że żaden kwartet świata nie odda takich szmerów? A może dla nas to już tylko irytujący szum informacyjny, cywilizacyjny jazgot, który anektuje w naszym życiu resztki autonomii, jaką jest cisza? Jak pan to postrzega jako miłośnik muzyki operowej i autor powieści, w których nota bene nie słychać modernistycznej fascynacji przemysłem?

Jestem człowiekiem, który nie znosi hałasu, więc wszystkie odgłosy tętniącego miasta, przemysłu, hut, kopalni itd. są mi raczej obce, męczą mnie. Cisza i Skandynawia są moją odskocznią od tej głośnej rzeczywistości. Ale jeśli już jakieś dźwięki, to muszą one być bardzo mocno uporządkowane i tworzyć estetyczną całość, jak w operze. Hałas w sensie chaosu zupełnie do mnie nie przemawia. Mam świadomość tego, że napisałem trzy książki o mniej więcej pierwszych czterdziestu latach istnienia Sosnowca, w których jeśli pojawiają się kopalnie czy fabryki, to w absolutnym tle. Oczywiście muszą się pojawiać, bo byłbym naiwny, gdybym tego nie przedstawił. Natomiast staram się je tak bardzo wyciszyć, jak to tylko możliwe. W pewnym sensie schowałem przemysł pod ziemią, bo nie interesuje mnie modernistyczne hasło „miasto, masa, maszyna”. Przemysł występuje w moich powieściach jako podszewka Sosnowca. Jest gdzieś pod spodem i tam sobie bulgocze niczym solfatara, ale nie ma go na powierzchni i w centrum mojej uwagi.

W swoich powieściach wyszedł pan oczywiście daleko poza region, podejmując się trudnej, ale w moim odczuciu słusznej krytyki naszych narodowych wad. Gdy bohaterowie Korzeńca zastanawiają się, jaka Polska ma się odrodzić po latach niewoli, pada pytanie: „Ta, o której już Kochanowski pisał, że stoi nierządem i przekupstwem”? W innym miejscu jedna z postaci konstatuje, że „Polak z Polakiem się nie dogada” i wreszcie pod koniec powieści podsumował pan: „Jakie to wszystko smutne. Jakie żałosne. I zawsze takie samo”. Nic dodać, nic ująć. Nie uczymy się na błędach. Jesteśmy, jakby powiedziała Szymborska, „uczniami najtępszymi w szkole świata”.

W pełni się zgadzam. Uważam, że jesteśmy niezbyt bystrym narodem. To przekonanie pogłębiło się we mnie pod wpływem lektury przedwojennej prasy potrzebnej mi do Korzeńca, Pudru i pyłu oraz Talu. Uderzyło mnie, że nic się nie zmieniło w naszej mentalności od tamtych czasów. Nadal mielimy te same rzeczy! Świat ruszył do przodu, a my nie tylko niczego się nie nauczyliśmy (bo gdybyśmy się nauczyli, to może zrozumielibyśmy, że czas mówić na jakieś inne tematy, a nie w kółko obracać to samo), ale nawet nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków z tego międlenia! Mnie to oczywiście boli i wolałbym, żeby było inaczej, ale jest jak jest.

Czy planuje pan eksplorować jeszcze jakieś wątki sosnowieckie, zagłębiowskie? A może teraz nastąpi zwrot w jakimś zupełnie innym kierunku? Może czytelnicy chcieliby podejrzeć pana oczami Bliski Wschód lub Nigerię?

Najpierw mnie podejrzą, i to już jesienią, z amerykańskiej perspektywy. W październiku ukaże się Nebraska, mój dziennik podróży po Stanach. Podczas prawie dziesięciomiesięcznego pobytu zjeździłem Amerykę samochodem, robiąc przy tym notatki, z których czytelnicy będą mogli mnie poznać trochę bliżej. Dzienniki z natury rzeczy bardziej obnażają autora, niż powieści, chociaż staram się, by Nebraska była o Ameryce, a nie o mnie.

Później mam w planie czwarty tom kronik. I wtedy nie będzie już trylogii sosnowieckiej, ale kwartet zagłębiowski. Intryguje mnie historia Rutki Laskier, naszej Anny Frank. W 1943 roku napisała zeszycik, który następnie ukryła. Został on odnaleziony i sprawa bardzo się nagłośniła. Już zacząłem pracę nad tą powieścią. Z jednej strony muszę bowiem poruszyć temat wojny w Zagłębiu, bo to był bardzo bolesny czas dla tego regionu, a z drugiej – historia nastoletniej Żydówki z Będzina po prostu mnie zafascynowała. Przede mną stoi teraz niezwykle trudne zadanie. Muszę cofnąć się o cztery poziomy od tego, kim jestem naprawdę, by zrozumieć, jak mogła czuć się dziewczyna, nastolatka, Żydówka i to jeszcze podczas wojny. Mam nadzieję, że mi się to uda, bo bardzo bym chciał, aby to była duża epicka opowieść.

W swym pisarstwie nie skupiam się już zatem tylko na Sosnowcu. Myślę jeszcze o napisaniu czegoś w rodzaju zbioru esejów i przewodnika literackiego po wschodniej Turcji, którą ostatnio dość często odwiedzam. Mam już sporo materiałów o miejscach pod armeńską granicą, które nie są powszechnie znane i odwiedzane przez turystów, ale które zostały utrwalone w literaturze, jak Kars w Śniegu Orhana Pamuka. Zwiedzałem to miasto właśnie z tą powieścią w ręku, podobnie jak niektórzy przyjeżdżają do Sosnowca z Korzeńcem pod pachą. Chciałbym zebrać te moje medytacje nad literaturą i Turcją w jeden tom, swego rodzaju przewodnik czytelniczo-kulturalny. W ten sposób chcę wrócić do motywów, które zawsze lubiłem, czyli do samotnych podróży w dziwne miejsca.

 

 

Zbigniew Białas (1960) – anglista, literaturoznawca, profesor nauk humanistycznych, pracownik Instytutu Kultur i Literatur Anglojęzycznych Uniwersytetu Śląskiego, autor powieści, których akcja umiejscowiona jest w Sosnowcu: Korzeniec (2011), Puder i pył (2013) oraz Tal (2015).

autor: Katarzyna Kuroczka (Bereta)