Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Wywiad



Śląsk jak pokrzywa

Z prof. Aleksandrem Nawareckim rozmawia Katarzyna Bereta (wywiad opublikowano w marcowym numerze "Śląska" z 2016 roku)

 

W zbiorze esejów pt. Pokrzywa zapisał pan: „Pokrzywowe smagnięcie niszczy (...) stereotypy: narodowe, rasowe, klasowe, patriotyczne, literackie. Uwalnia od różanego mitu nasyconego niedotykalnym ideałem (...), kłamstwem ufundowanym na wizjach i omamach”. Czy literatura o Górnym Śląsku i tu powstająca nie potrzebuje takiego smagnięcia pokrzywą? A może już je otrzymała?

Ale mnie pani trafiła – w samo serce. Faktycznie, uczę się od pokrzyw, a zaczęło się to dwadzieścia lat temu; w środku zimy, w środku Katowic, w środku budynku polonistyki, w środku wykładu zobaczyłem nagle na parapecie zapomnianą donicę z wyschnięta ziemią, a w niej – pokrzywę. Młoda, zielona, żywa, zjawiła się jak duch. Pomyślałem, że chciałbym spojrzeć na świat z jej perspektywy. No i jakoś poszło; a że był to okaz gatunku urtica, który wyrósł na Placu Sejmu Śląskiego, należy zatem do śląskiej flory, więc świadczy też o Śląsku. Piękna i brzydka zarazem, paląca w dotyku, cierpka w smaku, a rośnie tam, gdzie ludzie. Na terenach cywilizowanych, także na industrialnych i postindustrialnych, a nawet „postludzkich”, o czym pisze Miłosz w wierszu Oset, pokrzywa, łopuch, belladonna. To były lata dziewięćdziesiąte XX wieku, dojeżdżałem do Katowic z Chorzowa na rowerze i widziałem likwidowane huty, kopalnie, opuszczone familoki, tę brzydotę, którą pani utrwaliła w wierszu o chorzowskim targu na ulicy Wolności, ale w tej zdegradowanej przestrzeni zieleniła się pokrzywa…

To bolesny obraz.

No tak, Zbigniew Kadłubek, powtarza jak mantrę: „Śląsk mnie boli”, tak jakby go coś zraniło...

…smagnęło...

...a nawet sparzyło, bo to namiętne dotknięcie, ale autor Listów z Rzymu mówi też: „Śląsk jest moją miłością”. A wiemy przecież, że urtica uśmierza i leczy rozmaite dolegliwości.

Czyli pokrzywa jest metaforą Śląska?

Dokładniej mówiąc – metonimią, dlatego że ta roślina jest realnie złączona z naszą glebą. Porasta hałdy, ale trafia też do kuchni i domowej apteki; ba!, niechciana wyrasta na klombach i trzeba ją plewić. Przypomnę ten „zielony” paradoks, że Katowice naprawdę są „miastem ogrodów”. To najbardziej zalesione miasto wojewódzkie w Polsce, jego obrzeża otulają wypustki Puszczy Pszczyńskiej; Rybnik jest oazą zieleni, parki są chlubą Gliwic itd. Bo ziemia u nas żyzna. Z tego gruntu w prozie Twardocha wyszły drachy – smoki, potwory, mroczne duchy podziemne, a u mnie pokrzywa, która także bywa surowa, z jej włókien tkano mocne, zgrzebne płótna, a sznur dla wisielca też by się uplotło.

W swych naukowych wędrówkach wybiera pan profesor Wschód – ks. Baka, Mickiewicz, Słowacki itd. W 2014 roku Stasiuk wydał eseistyczną opowieść nomen omen zatytułowaną Wschód, z której wynika, że na owe przepastne obszary nicości ciągnące się za naszą wschodnią granicą „nigdy nie nadciągnie spokój, ponieważ w żyłach tych ziem, w jej podziemnych rzekach krąży narkotyk, który podsyca szaleństwo, i dostaje się zawrotu głowy od ogromu przestrzeni”. Dlatego zapewne twórczość pisarzy z tamtego regionu jest taka szeroka, nieokiełznana, ale i pełna niepokoju i niedającej się przezwyciężyć melancholii. Śląsk wydaje się być przede wszystkim przestrzenią zamkniętą – dominują ramy modalne miast, kopalń, hut. Dlatego w literaturze tutaj powstającej wydaje się dominować kompleks ucieczki przed zamknięciem i drugorzędnością oraz usilne nadawanie czasoprzestrzeni kulturotwórczego sensu. Czy dobrze rozumiem te różnice?

Opozycja między rozmachem Wschodu a zamkniętą, małą, a nawet klaustrofobiczną przestrzenią Górnego Śląska sama się narzuca. Kiedy Mickiewicz spotkał się z Cooperem w Rzymie, to szybko się dogadali, że mają podobne źródło inspiracji – prerię amerykańską i stepy ukraińskie. Seweryn Goszczyński porównywał ów bezkres stepów z wzniosłością Tatr. Z fascynacji ogromem dzikiej i okrutnej przestrzeni powstała tzw. szkoła ukraińska i wielki polski romantyzm. Stąd jest Słowacki, potem Sienkiewicz, Iwaszkiewicz, Odojewski, mój ukochany podolski Haupt i legion innych. I to się czyta! A jakie książki wyrosły w zagęszczonej strefie nowoczesnych śląskich miast i fabryk? Ze szkolnych lektur pamiętam Łyska z pokładu Idy, całkiem fajną czytankę, ale gdzież jej do Naszej szkapy Konopnickiej! Po Morcinku, pewnie pochopnie, niczego dobrego się nie spodziewałem, i Bogu niech będą dzięki, że szkoła nie zmuszała nas do czytania regionalnych produkcyjniaków. W domu często mówiło się o Stanisławie Ligoniu, ale jego Berów i bojek nie znałem. Teraz wiem, że w przestrzeni Górnego Śląska powstawała też proza Eichendorffa, Scholtisa, Janoscha, Bienka, lecz w latach 60-tych i 70-tych nie była tłumaczona, ale nawet gdybym znał niemiecki, to też bym nie dotarł do tych książek, bo w PRL-u były niedostępne i niechybnie też zakazane.

Gotthold Ephraim Lessing w traktacie estetycznym pt. Laokoon 250 lat temu zapisał wyznanie, że poznał całą dostępną mu ówcześnie ludzką myśl na temat literatury i malarstwa. Czy w dobie nadprodukcji literackiej i naukowej, a także badawczego hiperrozdrobnienia, można jeszcze poznać wszystko i w swoich badaniach uwzględnić cały dorobek? A może już na zawsze jesteśmy skazani na bycie pająkiem, który snuje swą własną nić, nie mając pojęcia o innych pajęczynach?

Sama pani właściwie odpowiada na to pytanie. Żyjemy w świecie nadprodukcji, przynajmniej w tej części globu. Są oczywiście obszary nędzy, ale naszym problemem jest nadmiar. Także literatury. Jako juror Literackiej Nagrody Gdynia otrzymuję co roku ok. 300 książek i to już przebranych, najlepszych. Powieści tam może i sto, a pamiętam czasy transformacji, kiedy na rynku pojawiało się w prozie ledwo kilka tytułów. I żaden z nich nie miał nic wspólnego ze Śląskiem. Byłem wtedy przekonany, podobnie jak Kutz czy Szymutko, że Śląsk jest „wielkim niemową”. O przyczyny spierałem się ze Stefanem; on twierdził, że Ślązacy nie chcą pisać, bo wolą się śmiać, mnie zdawało się, że brakuje nam mitu. Ale potem Szymutko napisał Nagrobek ciotki Cili, a Kutz Piątą stronę świata, więc sami przemówili. Dziś książek pisanych o Śląsku i nawet po śląsku jest tak wiele, że nie nadążam z lekturą. I ten nadmiar mnie cieszy, nawet gdyby przeważały chwasty. Czasem ilość przechodzi w jakość.

Gdy mówimy o tym ogromie literackiej produkcji, to trzeba zauważyć, że wyłania się nam jeszcze jeden problem. Wszystko, o czym piszemy, już zostało omówione przez innych, jak twierdzi Bachtin, wszystko jest déjà dit – „już powiedziane”, jak nazwał tę sytuację Barthes. Czyli Koheletowskie nihil novi sub sole? To co my właściwie robimy na tej ziemi?

Bachtin to świetny przykład, chwalił wielojęzyczność, polifonię, dialog. Na Śląsku mieliśmy przed wiekami wielką literaturę łacińską, ale też czeską, niemiecką, polską, ostatnio także pisaną po śląsku. Każda jest inna. Problemem nie są zatem powtórki, a raczej słabość korespondencji między tymi światami, na szczęście duch dialogu nie zginął. Choćby w wierszach Ewy Parmy układanych na jednej kartce po polsku, na drugiej „po naszymu”, czasem dialogujących jeszcze z obrazkami Grzegorza Chudego. Odwrotnie dzieje się w antologii przekładów Dante i inksi, wszystkie wiersze brzmią tu co prawda po śląsku, ale Mirosław Syniawa przetłumaczył je z greki, łaciny, niemieckiego, rosyjskiego, hiszpańskiego, włoskiego i czuje się, jak pod naszą godką pulsuje rozmaitość. Innego rodzaju niespodzianką jest premierowa właściwie książeczka Mariusza Jochemczyka Wobec tradycji. Śląskie szkice oikologiczne, wydana przez Uniwersytet Śląski w serii „Bibliotheca: Alia Universa”. W tej samej serii przed 15 laty ukazał się Nagrobek ciotki Cili. Warto je porównać, bo podobieństwo okładki, ilustracji, układu tomu, ale też tematów i motywów jest uderzające, bo zamierzone. Dedykacja „Oli i Stefanowi” przywołuje – jak się domyślam – żonę autora oraz jego nauczyciela, mistrza i przyjaciela, jakim był Szymutko. A zatem hołd, ale też dialog i spór. Gdyby ktoś powiedział, że publikacja Jochemczyka podoba mu się bardziej, to wcale bym się nie zdziwił, bo więcej tu kolorów, fantazji, więcej poezji i natury. Jochemczyk brawurowo wchodzi na Stefanowe ścieżki, wdziera się nawet w jego rodzinne Mysłowice, w których wypatrzył grupę Łemków, Chopina, Dumasa, Sebalda i kogo tam jeszcze. Każe nam wspinać się na górę Hugona, wędrować z biegiem świętej rzeki… Rawy, zaprasza do swojego Domu z piasku i mgły, który okaże się dawnym chorzowskim wulchauzem, a wreszcie Na smyntorz, żeby wśród mogił wybuchnąć tyleż Bachtinowskim, co Stefanowym śmiechem. Niepowtarzalna powtórka!

W pewnym sensie odpowiedział mi pan już na pytanie, czy można napisać jeszcze coś nowego o Śląsku. Od jakiegoś czasu bowiem mam nieodparte wrażenie, że uczestniczymy w literackiej metempsychozie. Wciąż pojawiają się te same wątki, tylko z szafy kostiumów wybierane są różne kreacje – od nudnych i stereotypowych po szokujące i karnawalizujące.

W XIX wieku w każdym zamożniejszym dworku wisiał widoczek z Neapolu, w XX pojawiły się obrazki z Paryża, bo wtedy jeździło się tam jak do Mekki, podziwiało te same miejsca i przywoziło te landszafty. Stereotyp, klisza, banał. Z obrazem Śląska bywa podobnie: hałdy, familoki, krupnioki, fuzbal, orkiestra górnicza, a w wersji hard – wieża spadochronowa, obóz na Zgodzie, pomnik ofiar Wujka. Ale tak działa mit miejsca, zaś kultura popularna i przemysł pamiątkarski to powielają. W ważnych, węzłowych i atrakcyjnych punktach świata niezawodnie czeka na nas stragan, a tam miniaturowa wieża Eiffla, Statua Wolności, widok Wezuwiusza albo Giewontu, lecz zapewniam panią, że Tatry są naprawdę piękne (śmiech).

Oczywiście w pełni zgadzam się z opinią o naszych górach. A skoro już tak wysoko mierzymy, to chciałabym wspomnieć wybitną postać, gdyż ona wskazuje chyba na jeszcze jedno zagrażające nam niebezpieczeństwo. Któż bowiem może o sobie powiedzieć, że jest jak prof. Henryk Markiewicz, o którym do dzisiaj na krakowskiej polonistyce krąży legenda, że poznał wszystko, co zostało napisane?! A jeśli nie możemy zbliżyć się do tego ideału, to czy nie jesteśmy skazani w przytłaczającej większości na dyletanctwo?

Nikt spośród dzisiejszych polonistów nie ma takiego umysłu i nie jest to tylko kwestia talentu, ale też pamięci, której się nie ćwiczy. Ale dziś mamy skanery, dzięki nim dowolny tekst wprowadzamy do osobistego komputera czy iPhona i mamy wszystko pod ręką za jednym kliknięciem. Dzięki urządzeniom elektronicznym, a zwłaszcza przeglądarkom, docieramy do takich informacji, które były niedostępne nawet dla prof. Markiewicza – i to błyskawicznie. Przedwczoraj byłem w Zamościu, przed nosem zamknęli mi kościół Franciszkanów, zły byłem, ale po chwili pomyślałem, że zobaczę to sobie spokojnie w Internecie. Poza tym nie musimy posiąść całego świata.

W eseju Zmurszałość pisze pan, że przeznaczeniem książki jest śmierć. Czy losem Logosu również jest thánatos? Czy słowo murszeje, rozpadając się na ledwo rozpoznawalne resztki, fragmenty, odpryski, molekuły, które zapełniają nasze telefony i skrzynki mailowe, redukując komunikację do poziomu ikonograficznego?

Wystrzegam się tanatycznego dyskursu o śmierci książki, autora, uniwersytetu, Polski, Europy. Być może dlatego, że za młodu fascynowały mnie „umieranki” ks. Baki i ta nekrofilia przejadła mi się na śmierć. Teraz wolę myśleć i pisać o życiu, więc jeśli nawet zbliża się kres książki papierowej – to zastąpi ją elektroniczna albo jakaś inna. Osobiście nie przepadam za papierem i pisaniem, wolę gadać i wykładać, a najlepiej byłoby śpiewać. Ze studentami lubię czytać manifest Wiktora Szkłowskiego pt. Wskrzeszenie słowa, napisany na początku XX wieku w aurze rewolucyjnej. Autor zauważył, że słowo potoczne się wyciera, ale poeci, zwłaszcza awangardowi, nie pozwalają mu zastygnąć, obumrzeć. Drugim źródłem jego odnowy, właściwie odwiecznym, są religijne glosolalia, pozaumnyj jazyk, „święte gaworzenie”. Więc jedno źródło jest charyzmatyczne – Duch Święty rozpala słowo, a drugie artystyczne – bo sztuka też daje ożywcze tchnienie. Dlatego właśnie rozmawiamy w „świątyni sztuki”, czyli w Akademii Muzycznej, gdzie słychać głosy ludzi i instrumentów, gdzie powstają arcydzieła.

A co jest groźniejsze: zamilknięcie czy zatracenie się w Benjaminowskim Geschwätz?

Z tego miejsca nie widzę niebezpieczeństw, o których pani mówi. Mam nieodparte wrażenie śląskiej prosperity. Pięćdziesiąt metrów stąd, w Muzeum Historii Katowic, mieliśmy historyczną wystawę najwybitniejszego zapewne katowiczanina, Hansa Bellmera; za naszymi plecami znajduje się Muzeum Organów Śląskich, fenomen stworzony przez prof. Juliana Gembalskiego, a obok nas przechodzi w tej chwili Eugeniusz Knapik. Piętro wyżej mamy salę koncertową Akademii Muzycznej z genialną akustyką, chyba nie gorszą od słynnej, pod niebo wynoszonej siedziby NOSPR-u. Obydwa budynki są autorstwa Tomasza Koniora, który obok Roberta Koniecznego zdaje się najciekawszym w Polsce architektem. W uszach wciąż słyszę ostatnią edycję Off Festivalu, a dosłownie parę dni temu odkryłem dla siebie zjawiskową Joannę Bronisławską (Asi Mina) i jej brata, którego osobliwe wydawnictwo Mik Music od 21 lat promieniuje z Katowic na cały świat. Tyle aktualności.

W swej najnowszej książce Parafernalia cytuje pan Jarosława Marka Rymkiewicza, który w Kinderszenen pisze, że „cały Peerel (...) był poza historią Polski, był (...) jakimś kawałkiem historycznie pustym”. Osobiście jestem bliska takiej ocenie, ale równocześnie nie sposób się nie zgodzić ze zdaniem Wiesława Myśliwskiego i prof. Stanisława S. Niciei, którzy na łamach „Śląska” stwierdzili, że to były czasy bardzo dobrego kina, teatru, a także w wielu przypadkach i literatury. Jak to zatem jest z tym Peerelem? Czy da się już o nim rozmawiać bez nienawiści, a zarazem unikając języka idealizacji oraz rozmaitych prób folkloryzacji?

Bez nienawiści o totalitaryzmie? Nie wiem czy potrafię. Jestem antykomunistą, bo żyłem w tamtym świecie i nic mi się nie podobało. Wnioski z pani doktoratu nawet wyostrzają tezę Rymkiewicza, bo socrealizm trwający w kraju parę sezonów zniknął jak bańka mydlana, a na Śląsku utknął na dwadzieścia lat z okładem i to „nic” kompletnie zatkało i zatruło nam literaturę. Owszem, filmy Kutza były wspaniałe, ale pamiętam jak on wtedy – w Klubie Filmowca czy w Pałacu Młodzieży – przeklinał Grudnia, Gierka, partię i całą resztę. W okropnej architekturze też bywały wyjątki, jak choćby Hala Kapelusz w Parku Kultury, która zdaniem prof. Chojeckiej zwiastowała europejski postmodernizm. Miesiąc temu byłem na benefisie jej twórcy, Jerzego Gottfrieda, cudowny człowiek, skromny, pogodny, uśmiechnięty, choć z ciężkimi ranami wyszedł z powstania warszawskiego. Nie mówił nic o PRL-u, bo nie ma po co, i tak wiadomo, że gdyby nie system, to on i Buszko, czyli „Zielone Konie”, byliby gwiazdami światowej architektury. A skoro rozmawiamy w budynku Akademii Muzycznej, to przywołam jeszcze Szymona Laksa, oryginalnego kompozytora, który jako więzień grał w orkiestrze na terenie obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Na szczęście nie słychać opinii, że w Auschwitz też powstawały rzeczy wartościowe.

W Parafernaliach omawia pan również projekt wystawy autorstwa Ewy Graczyk, który w nigdy niezrealizowanym zamiarze miał objąć w sposób totalny PRL – od smaków i zapachów barów mlecznych po atmosferę pokojów przesłuchań w SB. Projekt ten wydaje się niemożliwy do zrealizowania, wręcz dziwny i bezzasadny, nawet nie wiem, czy potrzebny.

Jeśli ja mówię pryncypialnie – „PRL był więzieniem”, to Graczyk dodaje, OK, ale ile osób siedziało w celi? Prycze wygodne były? Z klawiszami się rozmawiało? O czym? Żarcie ciepłe dawali? Smakowało? A co najbardziej? Czytać wolno było? Ale co? Żarówka, ile miała wat? To są bardzo ważne pytania, bo opisują codzienność, w której siedzimy po uszy, ale ona umyka historykom skupionym na bohaterstwie i martyrologii. W tych drobinach jest przecież prawda, czasem piękna, czasem straszna, zwykle niewysłowiona i ją się zapomina najszybciej.

Zakończmy tę rozmowę-esej zagadnieniem tyleż samo językowym i kulturowym, co chyba biograficznym. Łączy pan bowiem w sobie dwa żywioły – wschodni i śląski. Może pan zatem roztrząsnąć kwestię, ile bałaguły jest w lajermanie i lajermana w bałagule?

Bałagułami nazywano w XIX wieku „rozwydrzoną” młodzież szlachecką, która w stanie upojenia alkoholowego gnała na złamanie karku w lekkich konnych zaprzęgach (to prekursorzy gangów motocyklowych). Ale pod koniec wieku tym samym słowem określano poczciwych żydowskich furmanów, którzy drzemiąc na koźle, w żółwim tempie wozili ludzi i towary, zatrzymując się na każde życzenie. Podobną dwuznaczność znajdziemy w „lajermanie”; to odpowiednik niemieckiego Der Leiermann i polskiego lirnika, czyli wędrownego artysty, natchnionego romantycznego wagabundy. W wersji śląskiej, bardziej nowoczesnej, lirę korbową zastąpiła katarynka, więc muzykant-włóczęga stał się u nas symbolem „kataryniarstwa”, czyli obracania w kółko tego samego – jałowości, lenistwa, bezproduktywności. Takie to słówka powykręcane, sprzeczne w sobie, podobnie jak pokrzywa, na którą lud mówi „koprzywa”. Mam nadzieję, że we mnie to bałagulstwo i lajermaństwo wzajemnie się nakręcają.

 

Aleksander Nawarecki - profesor zwyczajny na Uniwersytecie Śląskim, teoretyk i historyk literatury, prekursor literaturoznawczych badań mikrologicznych, członek Kapituły Nagrody Literackiej Gdynia, autor takich książek, jak: Czarny karnawał, Rzeczy i marzenia, Pokrzywa, Mały Mickiewicz, Lajerman oraz Parafernalia.

autor: Katarzyna Bereta