Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Wywiad



Poza kółeczkiem

Z Weroniką Murek rozmawia Katarzyna Bereta (wywiad ukazał się drukiem w lutowym "Śląsku" - nr 2/2016)

 

Bardzo lubię, gdy autor wynicowuje kreowany przez siebie świat i nagle stawia go na głowie, czasami za sprawą tylko jednego groteskowego zdania. W opowiadaniu W tył, w dół, w lewo pasażer autobusu zgłasza komiczne wręcz pretensje do kierowcy: „Proszę pana, ta pani jest martwa, niechże pan coś z tym zrobi!”. To zdanie zrodziło się chyba z podsłuchania ulicy, która pełna jest podobnych komizmów?

Cenię takie pisanie, które wytrąca czytelnika z jego przyzwyczajeń, sprawia, że musi zatrzymać się w swojej lekturze i przeczytać zdanie czy akapit raz jeszcze, aby się upewnić, że się nie przesłyszał czy nie przewidział.

Lubię też podsłuchiwać ulicę, często inspiruję się mową potoczną, automatyczną, utartą, taką, nad którą już się nawet nie zastanawiamy. Czasami zdarza się, że w takich odruchach mowy da się znaleźć coś, co okazuje się interesującą puentą czy bon motem. Jeśli przyjąć – a mnie się tak wydaje – że życie składa się z odruchów, nawyków, rytuałów, że działa swego rodzaju automatyką codzienności, to szczególnie cenne są wszystkie momenty przebudzenia.

Wspomniane opowiadanie to chyba nade wszystko mini traktat o tym, jak niewiele wiemy o umieraniu i o tym, co jest poza znanym nam światem. Jako komentarz do tej niewiedzy, którą często próbujemy wypełnić rozmaitymi wierzeniami, zabobonami, rytuałami, można by wskazać zdanie z opowiadania O prawdopodobnej śmierci polskiego kosmonauty: „Człowiek zbliża się do rozwiązania ważnej tajemnicy”. Czy zbliża się naprawdę? Pewną odpowiedzią jest ironiczny śmiech dyrektora po usłyszeniu tych słów.

To opowiadanie, tj. obraz, który się w nim pojawia, jest dla mnie metaforą tego, co sądzę właśnie o naszej duchowości: podbój kosmosu przy użyciu puchowej kurtki, flamastrów, zdjęć z „National Geographic” czy pompki do roweru. Nie zdecydowałam jeszcze, czy ta metafora jest dla mnie smutna, czy wręcz przeciwnie: daje nadzieję, że się próbuje cokolwiek zrozumieć, chociaż się wie albo przeczuwa, że te próby mogą tylko spalić na panewce.

W tył, w dół, w lewo to także opowieść o tym, że czasami nie potrafimy odnaleźć się w życiu, nie potrafimy odegrać roli żyjącego, żywego, więc próbujemy się odnaleźć w sytuacji diametralnie odmiennej. Wybieramy świadomie rolę umarłego. Czy tak?

To bardzo ciekawa interpretacja. Mam wobec pisania dwie obsesje: obsesję symetrii i obsesję kręgu, cyklu, pewnej powtarzalności, swego rodzaju wiecznego powrotu, takiego organizowania przestrzeni literackiej, która zakładałaby przesuwanie się po okręgu, nie po linii. Dla mnie opowiadanie W tył, w dół, w lewo nie jest opowiadaniem o śmierci, albo nie jest opowiadaniem tylko o śmierci, a raczej o apatii, o życiu, które jest trudne do naruszenia i w którym i śmierć niewiele zmienia. W opowiadaniu dużo się mówi o śmierci, ale całość nie kręci się tylko wokół niej, wokół jej przedmiotów osobistych, np. rytuałów.

Osobiście najbardziej przemówiło do mnie opowiadanie Organizacja snu w przedszkolu, być może ze względu na moje związki z oświatą. Mogę ze smutkiem potwierdzić, że pani obraz jest całkowicie zgodny z rzeczywistością. Jednak najważniejsze w tej prozie jest to, że obnaża ona rytualizację życia jako takiego, nie tylko zawodowego, społecznego czy oświatowego; ukazuje zastygnięcie ludzi w jakichś sztucznych pozach, podgląda wymyślone w biurokratycznym amoku gesty, obowiązki, nakazy i zakazy. W takim świecie nic nie jest naprawdę, a wszystko jest na pokaz, by zgadzało się w protokole. Czy tak pani postrzega rzeczywistość wokół siebie?

Rozumiem celowość porządku, według którego jesteśmy zorganizowani i szczerze ją doceniam, ale wyśmiewam w opowiadaniach wszystkie te sytuacje, w których to nie porządek zorganizowany jest wokół rzeczywistości, tylko rzeczywistość wokół porządku. Jest taka scena w książce K. Keseya Lot nad kukułczym gniazdem, w której nowo osadzony dziwi się, że nie można korzystać z pasty do zębów i szczoteczki poza wyznaczonymi godzinami. Gdy słyszy, że to po to, aby zapanować nad innymi pacjentami, odpowiada: „No, jasne. W przeciwnym razie ludziska co chwila lataliby szorować zęby, po prostu nie dałoby się ich odgonić od umywalki”.

W opowiadaniu Siwy koń w plamy kare napisała pani, że „świat jest wielkim zdumieniem”. Co zadziwia panią najczęściej i co najbardziej?

To zdanie jest kontrapunktem dla treści całej książki, w której dzieją się dziwne, niezdumiewające nikogo rzeczy. Główny bohater wypowiada je w taki sposób, jak gdyby wyszedł rano przed dom, przeciągnął się, splunął i pomyślał: przejaśnia się. „Świat jest wielkim zdumieniem” to komentarz czy refleksja tego typu. Ja sama dziwię się rzadko, ale nie jest to efekt blazy czy tego, że już w życiu wszystko widziałam, po prostu zawsze – cokolwiek by się nie działo – dopuszczam możliwość, że właściwie wszystko jest możliwe.

Jedna z postaci w sztuce Feinweinblein stwierdza: „Nie chcę być z myślami, ja chcę radia słuchać”. Bardzo dobrze podpatrzyła tutaj pani ucieczkę ludzi przed słowami, myśleniem, konfrontacją z drugim człowiekiem w jakieś uproszczone schematy zachowań, bo przecież pogłębiony odbiór muzyki czy dobrej audycji jest zachowaniem wartościowym. Ale można uciekać przed głębią życia w szum eteru, szum informacyjny, w jakiś jazgot. Często się pani z takim zachowaniem spotyka? Czy ono panią irytuje, martwi, jest obojętne?

Kiedyś skarżyłam się komuś na to, że irytuje mnie potwornie gadanie dla samego gadania, takie bicie piany, wzajemne zagadywanie się na śmierć, mówienie, które służy temu, aby niczego nie powiedzieć. I ten ktoś, komu się skarżyłam, zwrócił mi uwagę, że jestem zbyt surowa, bo ta cała wielka gadanina to może być nasz sposób na to, żeby dać sobie szansę, aby nam się coś wymsknęło: że w potoku słów czasami uda nam się stracić czujność i powiemy coś prawdziwego. Od tamtego momentu staram się podchodzić do tej naszej wielkiej językowej krzątaniny z większą wyrozumiałością, może i z czujnością. Fascynują mnie – co widać szczególnie w Feinweinblein – wszystkie te momenty, kiedy starając się bardzo o czymś nie mówić, praktycznie nie potrafimy przestać o tym gadać.

W sztuce tej trafnie ujęła pani problem potrzeby taniego naśladownictwa, jaką wywołują u odbiorców wszelkie media, a w Feinweinblein – radio. „Człowiek prosty patrzy, chce robić to samo”. Słowa te dobrze opisują także dramat współczesnych nastolatków, którzy nie mogąc być jak ich idole z telewizji, kina czy internetu, często popadają w depresję lub popełniają samobójstwo. Zresztą świetlicowa też się zabija, nie mogąc zaakceptować tego, że „u nas życie takie małe”. Czy trafnie to odczytałam?

Myślę, że to nie jest dramat nastolatków, tylko nasz wspólny ludzki problem. Interesuje mnie bardzo i często w pisaniu wracam do tematu „małego życia”, tj. „życia, którego nam nie starcza”, do podobnej tęsknoty, która pewnie trapiła panią Bovary, i do potrzeby tego, żeby w życiu coś się ważnego stało. Świetlicowa z Feinweinblein jest najpełniejszym utożsamieniem takiej tęsknoty, ale to ciekawe, że obstawia pani, że to właśnie ona się zabiła.

W Feinweinblein pada jeszcze jedno ważne dla mnie zdanie: „Na wojnie trzeba głupich”. Jest ono nośnikiem wielu znaczeń i możliwości odczytania. Jest też gorzką prawdą o świecie, o tym, jak ludzie sami go sobie zorganizowali. Skoro bowiem wojny trwają właściwie permanentnie, to zapotrzebowanie na głupców jest także nieustanne. Może dlatego zatem programuje się ludzi od dzieciństwa tak, jak opisała to pani w Organizacji snu w przedszkolu: „No, już. W kółeczko, tak? Jak zawsze. Myk, myk”? Może w tym świecie nikt z nas sobą nigdy nie będzie, bo świat nas takich nie potrzebuje? Potrzebuje zaprogramowanych głupców.

Nie wiem, jakich ludzi potrzebuje świat, ale zawsze dużą sympatię miałam do wszystkich tych dzieci, które nie chciały tańczyć w kółeczku, tylko chowały się gdzieś za szafkami, tyłem do świata i przodem do ściany. Do dzisiaj mam zresztą słabość do wszystkich twórców, którzy w takich okolicznościach i warunkach: bez łatwego łaszenia się, bez świętego spokoju, na granicy czytelności, muzyczności, wobec samego siebie, są gdzieś poza tym kółeczkiem.

 

Weronika Murek (1989) – urodzona w Bytomiu, absolwentka Wydziału Prawa i Administracji na Uniwersytecie Śląskim, aplikantka adwokacka, autorka debiutanckiego zbioru opowiadań Uprawa roślin południowych metodą Miczurina (Wydawnictwo Czarne, 2015), za który była nominowana do Paszportu Polityki, laureatka Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej w 2015 roku za sztukę Feinweinblein. Mieszka w Katowicach.

autor: Katarzyna Bereta