Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Wywiad



Najważniejsza jest dla mnie poezja

Z Tadeuszem Kijonką rozmawia Katarzyna Bereta.

Rozmowa drukiem ukazała się w listopadowym, jubileuszowym numerze "Śląska".

 

 

W 1998 r. w raporcie o stanie kultury na Górnym Śląsku pisał Pan, że genetycznym piętnem kultury w tym regionie jest dramat jej niespełnienia, który trwa od wielu dekad. Kiedy wydawał się on głębszy – wówczas czy dziś?

To jest zdanie rozpoczynające mój drugi już raport, gdyż pierwszy powstał w 1981 r. na potrzeby Sejmiku Kultury Śląskiej, do którego niestety nie doszło z powodu ogłoszenia stanu wojennego. Uważam, że za każdym razem ów dramat niespełnienia miał inne podłoże i był innego rodzaju.

Ten z okresu PRL wynikał z ograniczonej wolności i suwerenności środowisk twórczych i artysty, natomiast nie było wówczas w kulturze tak wielkiego niedostatku jak teraz. Wbrew pozorom doszło też obecnie do zdominowania polityki kulturalnej przez wszechwładną administrację, zaś potwierdzeniem tego był II Kongres Kultury Województwa Śląskiego w 2010 r. Tu nie liczy się artysta, nie liczą się środowiska twórcze, nie mają znaczenia dokonania trwałe, czyli dzieła! Przed 1989 r. były jakieś pozory, że władza przywiązuje wagę do pozycji artysty, do organizacji spotkań z twórcami. Przypomnę na przykład taki fakt, że przez długi czas na początku stycznia Edward Gierek spotykał się w Katowicach po kolei ze środowiskami twórczymi. Była to z jednej strony oficjalna próba podkreślenia ich rangi, z drugiej zachęta do większej aktywności twórczej i społecznej. Wiele rzeczy było wówczas oczywiście niemożliwych ze względu na zamknięte granice oraz przynależność kraju do sowieckiego obozu, ale istniał szacunek dla artysty i dzieła. Kilar, Górecki, Duda-Gracz, Kutz, Szalonek wtedy właśnie doszli do swoich wielkich nazwisk.

Największy dramat niespełnienia oczekiwań i nadziei wiązał się z przełomem październikowym. Kiedy Katowice powracają w 1956 r. do swojej historycznej nazwy, już jako miasto otwarte. Wtedy to niebawem pojawia się duży tygodnik „Przemiany”, który ma nakład 55 tys. egzemplarzy. Na jego łamach prezentowana jest także awangardowa twórczość Zachodu. Wkrótce jednak wprowadzone zostają ponownie ograniczenia wolności i pismo pada po niespełna roku działalności. Ale samo jego pojawienie się na rynku było przejawem wyzwolenia ogromnych aspiracji oraz próbą nawiązania do tego, co działo się w świecie. Oczywiście na miarę ówczesnych możliwości, bo przecież nikt z nas nie jeździł wówczas za zachodnią granicę, poza Kilarem, który przebywał na stypendium w Paryżu. W tamtym czasie wyraźnie jednak odczuwa się nawiązanie do zachodniej kultury, zwłaszcza w muzyce i malarstwie, bo w literaturze rzecz miała się odmiennie. Dramat niespełnienia polegał zatem na tym, że na fali przełomu październikowego pojawiło się wiele nowych propozycji, które jednak nie mogły się rozwinąć.

O tym pisałem zarówno w raporcie z 1981 r., jak i w tym, który powstał na potrzeby Kongresu Kultury w 1998 r. Do zorganizowania wspomnianego kongresu doprowadziły środowiska twórcze, gdyż nie doszło do planowanego na 19 grudnia 1981 r. Sejmiku Kultury Śląskiej. Wypracowany przez Komitet Porozumiewawczy Stowarzyszeń Twórczych i Naukowych w Katowicach program kulturalny został gdzieś pogrzebany, pojawiła się więc potrzeba ponownego sięgnięcia do niego, aby podmiotowość artysty mogła znaleźć swoje potwierdzenie w aktywnym zbudowaniu nowego programu odpowiadającego potrzebom Śląska. I temu służył kongres w 1998 r. Natomiast ten z 2010 r. był już typowo biurokratyczny, zorganizowany z punktu widzenia instytucji administracji, która zdominowała program, i właściwie nic po nim nie pozostało. Panowało na nim ogromne samozadowolenie z tego, co udało się zrobić, a na marginesie znalazły się kwestie kluczowe dla pozycji kultury i sztuki oraz dokonań twórczych.

W ów dramat niespełnienia wpisuje się także zasiedziałość osób w administracji na kierowniczych stanowiskach. Decyzje są tak podejmowane, by te pozycje zachować i utrzymać. Natomiast twórca i artysta jako współautorzy programu kulturalnego są w tym układzie w zasadzie niepotrzebni. Ich głos w ogóle nie ma znaczenia. Liczy się bezkonfliktowa układność i towarzyska zapobiegliwość.

W raporcie z 1998 r. pisał Pan, że po wojnie Katowice zostały zdominowane przez spotęgowaną mentalność technokratyczną. To przyniosło smutne skutki w postaci białej plamy na mapie kulturalnego rozwoju regionu, zwłaszcza w okresie socrealizmu. Rozwijała się jedynie jako asemantyczna muzyka, czyniąc ze Śląska zagłębie talentów muzycznych. A dzisiejsze Katowice? Nadal dominuje technokratyzm, polityka i ideologia, czy też może zaczynamy doceniać kulturę?

Jest parę zjawisk, które są bardzo korzystne, zwłaszcza uruchomienie cyklu inwestycyjnego. W Katowicach bowiem nic się dotąd nie budowało. To się zmieniło w ostatnich latach dzięki środkom unijnym. Zmarnowano jednak wiele programów, które były niegdyś wypracowane. Mało kto pamięta, że już w 1949 r. miał zostać wzniesiony budynek Wielkiego Baletu, usadowiony tam, gdzie powstał gmach związków zawodowych. Potem Teatr Wielki miał stanąć w miejscu, gdzie obecnie stoi Spodek. To był wspaniały obiekt. Nikt nadal nie wie, dlaczego doszło do zepchnięcia tej inwestycji w niebyt.

Przez całe lata nic się u nas nie budowało. Teraz nastąpiło zdecydowane przyspieszenie i mamy to, co mamy, m.in. wspaniały gmach NOSPR i nowe Muzeum Śląskie. Dostrzegając te osiągnięcia, musimy jednak pamiętać o tym, że obecnie inwestuje się w nowe obiekty w całej Polsce – na przykład we Wrocławiu powstało Narodowe Centrum Kultury, w Szczecinie imponująca filharmonia, w Białymstoku Opera Podlaska, w Krakowie gmach opery. Musimy zatem postrzegać siebie w kontekście tego, co dzieje się w innych regionach Polski. Wszędzie próbuje się odrobić lata zapóźnień. Równocześnie trzeba pamiętać, że Katowice są od lat pozbawione prestiżowego wydawnictwa, choć sytuację ratuje Wydawnictwo Naukowe „Śląsk”, wydające coraz więcej literatury, choć jest to osobista zasługa przede wszystkim prezesa Tadeusza Siernego. Jest to również miasto bez gazety codziennej, gdyż „Dziennik Zachodni” wyjechał stąd do Sosnowca.

Generalnie jednak zaczynamy doceniać znaczenie kultury, ale straciliśmy ileś generacji, które do niej nie doszły. Działa tutaj oczywiście i szlachetny snobizm, ale potrzeba lat, by urodziła sie i wzrosła publiczność kulturalna – czytająca, bywająca. Jesteśmy więc w trakcie realizacji procesu odzyskiwania wpływów. Ale powiem też tak: gdy się bardzo cieszymy z sukcesów, to pamiętajmy o roku 1945, gdy tuż po wojnie niemal z dnia na dzień doszło do imponującego rozwoju życia kulturalnego i to od podstaw. W lutym pojawił się w Katowicach Witold Rowicki z grupą muzyków i powstała orkiestra radiowa, jeszcze nie Wielka Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia, gdyż ta uformowała się parę lat później, gdy Fitelberg przybył do Katowic. W tym czasie w oparciu o lokalnych muzyków Zbigniew Dymek powołał zespół, który przekształcił się następnie w Filharmonię Śląską. Bodaj w kwietniu Teatr Śląski dał swoją pierwszą powojenną premierę, wystawiając Zemstę. Gdy w sierpniu zjechał Teatr Polski ze Lwowa, Katowice dysponowały bodaj największym zespołem aktorskim w kraju. No i fakt wyjątkowy: 14 czerwca miała miejsce pierwsza w powojennej Polsce premiera Halki przyszłej Opery Śląskiej, jeszcze wówczas na scenie katowickiej. Momentalnie pojawiły się wydawnictwa. W pewnym okresie powojennym było ich tutaj 28. W lipcu Szewczyk uruchomił czasopismo kulturalne „Odra”. Trwała walka o uniwersytet, zrodziła się Politechnika Śląska. W kwietniu do egzaminów do konserwatorium stanęło 800 kandydatów. Proszę zobaczyć, co się tutaj działo! Dwa miesiące po wojnie! Jakie były ambicje i aspiracje! A przecież Katowice straciły swoją polską publiczność w wyniku roku 1939, rodzima inteligencja została wymordowana! Przyjechali jednak na Śląsk ludzie ze Lwowa oraz z innych utraconych miast, w tym ze zniszczonej Warszawy, i to oni zaczęli tworzyć klimat życia artystycznego. Powstaje miasto kawiarń, w których spotyka się przyjezdna i lokalna cyganeria. Katowice miały wówczas swój klimat, który się skończył wraz z nastaniem okresu stalinizmu. Wtedy padła „Odra” i Instytut Śląski. Ale zaraz po wojnie był tutaj ogromny potencjał.

Gdyby tamten pierwszy rozmach pełen planów został podtrzymany, Katowice mogły stać się innym miastem – jednym z centrów kulturalnych Polski. A tak zostały zepchnięte do funkcji szczególnie podporządkowanej władzy i zadaniom produkcyjnym.

Oczywiście budujemy na tym kapitale przeszłości – przede wszystkim na muzyce i plastyce, które przez cały okres powojenny stały na wysokim poziomie, skutecznie opierając się ideologicznym wpływom, by wspomnieć tylko grupę St-53. Dzisiejszy Śląsk kontynuuje te dobre tradycje, ale poza tym co nowego?

W twórczości wciąż nie tak wiele. Jeśli chodzi o dokonania najwyższej rangi, to, co osiągnęli Kilar i Górecki, to dokonania szczytowe w muzyce. Ale gdzie następcy, jeśli pamiętać o dorobku Eugeniusza Knapika? Można powiedzieć, że Lech Majewski, twórca rangi międzynarodowej, przejął pozycję, którą zajmował niegdyś Kutz. Są też środowiska, które mają niemały potencjał rozwojowy, ale czy odpowiednie warunki rozwojowe – a nic się z siebie nie bierze. Ten stan odpowiada stagnacji w polityce kulturalnej regionu, która sprowadza się do administrowania bez większych aspiracji i wizji rozwojowych.

Najtrudniej jest literaturze. Jest oczywiście dużo młodych, w większości poetów. Oczywiście pojawił się Twardoch, pisarz z miejsca uznany, który wziął się „sam z siebie”. To są jednak zjawiska indywidualne. Nie ma natomiast autentycznego życia literackiego z dyskusjami, z tym wszystkim, co tworzy środowisko twórcze, bo jakimi instytucjami dysponuje literatura i kogo jej rozwój tutaj naprawdę obchodzi? A przecież są już wpływowi krytycy, gdyż uniwersytet wytworzył całą grupę ludzi piszących o literaturze. Nie ma jednak dyskusji podstawowych dla literatury, bo nie ma prestiżowych wydarzeń czy ogólnopolskich imprez literackich. Nie udało się dotąd ustanowić chociażby nagrody literackiej miasta Katowic, jaką ma Gdynia, że już nie wspomnę o Wrocławiu. Literatura nie może liczyć na stypendia twórcze odpowiedniej wysokości, nie doszło do napisania zainspirowanej chociażby konkursem współczesnej wielkiej powieści o Śląsku, a są całe dziesięciolecia do rozliczenia ze względu na polityczne, historyczne i społeczne problemy. To wszystko wynika z trwałej apatii i braku środowiskowej energii, bo i kogo ten stan obchodzi z odpowiedzialnych władz. Ja sam próbowałem doprowadzić do uruchomienia literackich inicjatyw większego formatu, bez skutku, tyle że stałem się uciążliwym natrętem, który wciąż czegoś chce. Brakuje też liderów w poszczególnych środowiskach artystycznych. Dawniej grupy te spotykały się także towarzysko i próbowały coś zrobić same od siebie. Teraz tego nie ma, a administracja ich nie zastąpi, bo dla niej liczy się spokój, brak roszczeń i bezpieczna zasiedziałość.

Górny Śląsk nie miał po wojnie szczęścia do własnych pism. Zamykano kolejne ważne tytuły: „Odrę”, „Przemiany”, „Poglądy”, „Zaranie śląskie”. Skutki braku regionalnej prasy kulturalno-społecznej przy równoczesnej podaży takich propagandowych tytułów jak „Trybuna Robotnicza” doprowadziły do spustoszenia w światopoglądzie mieszkańców oraz odebrały ludziom na szereg lat możliwość wyrażania własnej tożsamości etnicznej i kulturowej. A jak postrzega Pan współczesny regionalny rynek prasowy?

Jest kiepski. Została właściwie lokalna „Gazeta wyborcza”. Ocalał „Dziennik Zachodni”. Ale tu było kiedyś kilkanaście tytułów, a przed wojną ponad dwadzieścia. W Katowicach nie ma już nawet drukarni prasowej. Tam, gdzie była zasłużona drukarnia Korfantego, są teraz zupełnie inne instytucje. Nie uratowano nawet legendy! Dawny rynek prasowy w szerszym zakresie nie będzie jednak do odtworzenia, bo Śląsk – nie licząc pojedynczych nazwisk – nie ma wielkich publicystów o ogólnopolskim prestiżu. Oczywiście z prasą jest wszędzie trudno, gdyż internet zrobił to, co zrobił.

W 1998 r. zwrócił Pan uwagę na kilka istotnych problemów środowiska literackiego na Górnym Śląsku: jego silne zantagonizowanie, zerwanie młodego pokolenia z tradycją oraz fakt, iż wokół pisarzy na Śląsku wyrósł mur regionalnego getta. Czy dzisiaj nadal mamy do czynienia z atomizacją, zerwaniem z tradycją oraz regionalizacją tematów?

Dzisiaj każdy może pisać, co chce i o czym chce. Oczywiście to się nie przerodzi zaraz w ważne książki. Nie doszło jednak do wzmocnienia własnymi siłami środowiska literackiego o nazwiska o dużym dorobku i potencjale. Rozwój pisarza to z reguły lata, ważną rolę spełniają w tym warunki i tradycje środowiska. Kto na przykład może zająć po Feliksie Netzu, pisarzu jakże wszechstronnym, jego pozycję? To był dorobek kogoś, kto od debiutu utalentowanego poety był związany z Katowicami. Brakuje nam dziś prestiżowych, symbolicznych nazwisk, do których można by się odwoływać. Wcześniej doszło do odejścia całej generacji, która rozpoczęła swoją twórczość jeszcze w okresie przedwojennym. Mam na myśli Hierowskiego, Szewczyka, Baranowicza. Oni się później pojawili w 1945 r. i zorganizowali życie literackie od podstaw, zwłaszcza pierwszy i drugi. Śmierć Wilhelma Szewczyka w czerwcu 1991 r. stanowi jakby zamknięcie procesu odchodzenia tej formacji, która należała do generacji ciągłości i miała szczególne poczucie związków z regionem, wynikające także z procesów historycznych. Z tych pisarzy, którzy przez dziesięciolecia tworzyli tutaj zrąb środowiska, nie ostał się już nikt. Osobne miejsce przez wszystkie lata twórczego życia zajmował oczywiście Gustaw Morcinek, który stał się symbolem śląskiego pisarza i śląskiej literatury. W tym modelu ważne miejsce zajmowały powinności społeczne, obywatelskie.

Muszę też stwierdzić z żalem, że narosła od lat niechęć do podejmowania działań społecznych, ale to nie tylko w tym środowisku. Na to nie ma rady. Czasem gdzieś się pojawi jakiś niespokojny duch, coś na krótko zaczynać się dziać, a tymczasem to powinien być proces, to powinna być norma, wynikająca z odpowiedzialności osobistej. Do tego modelu pisarza i funkcji literatury nie ma już chyba powrotu.

Taką próbą zaktywizowania i scalenia środowiska literatów było powołanie do życia Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego?

Tak. Wraz z odejściem Wilhelma Szewczyka skończyła się pewna epoka. On przez lata organizował życie literackie Śląska, miał w sobie ów nerw społecznikowski i swoją działalnością wyrażał misję pisarza, który nie tylko tworzy, ale jest także działaczem kulturalnym, wypowiada się jako publicysta, uczestniczy w życiu publicznym z tego tytułu, iż ma autorytet, który pisarz zawsze w Polsce miał. Fenomen Szewczyka później jednak już się nie powtórzył. Ponadto po 1989 r., gdy padła RSW „Prasa”, znikło ogromne wydawnictwo o potężnych możliwościach technicznych, administracyjnych i finansowych. Odtąd nie było na rynku prasy kulturalno-społecznej o wysokim nakładzie i zasięgu. Upadek koncernu RSW „Prasa” spowodował likwidację wielu ważnych tytułów w Polsce, m.in. nie udało się uratować „Życia Literackiego” w Krakowie. To spowodowało zniknięcie naturalnych dla twórców miejsc, w których mogli publikować, w których omawiane były ich kolejne książki i toczyły się ważne dyskusje literackie. W ten sposób zaginął pewien model czasopisma kulturalnego i związane z nim tradycje. Tego się już nie odtworzy. Taki jest ogólnopolski stan. Są oczywiście różne niszowe wydawnictwa, o których jednak wie zazwyczaj niewielkie grono.

Poza tym w okresie stanu wojennego zniszczono Związek Literatów Polskich, który stał się polityczną ofiarą konfrontacji z władzami opozycji literackiej. Powstałe później od podstaw Stowarzyszenie Pisarzy Polskich miało czystą kartę. Pomiędzy tymi dwiema organizacjami doszło jednak do wykopania głębokich rowów. W Katowicach nie mieliśmy na szczęście tego problemu, miałem natomiast świadomość, że po 1989 r. otwiera się możliwość uruchomienia potencjału regionalnego. Rozważałem więc, co tu zrobić, żebyśmy w Katowicach nie poddali się mechanizmowi degradacji i samosądów, ale wpisali się w nowy, rodzący się model kultury policentrycznej. Przypadek zdarzył, że znalazłem w swoich szpargałach informację o tym, że w 1892 r. w Bytomiu powołano Górnośląskie Towarzystwo Literackie. Uznałem, że nadarza się wspaniała okazja, by w setną rocznicę powołania tamtego Towarzystwa stworzyć nowe o tej samej nazwie. Przygotowałem projekt statutu, odbyłem szereg rozmów z osobami o odpowiednim autorytecie i tak na dzień 19 grudnia 1992 r. zwołałem zebranie założycielskie z udziałem pisarzy Opola, Bielska-Białej oraz środowiska cieszyńsko-zaolziańskiego. Przede wszystkim przekonałem do tej idei Renatę Zwoźniakową, pisarkę związaną z opozycją, przewodzącą gronu członków SPP, co pozwoliło z założenia stworzyć organizację ponad podziałami. W kolejnym roku zostały załatwione wszelkie prawne formalności i tak GTL trwa już blisko 23 lata i liczy obecnie ponad 150 członków. Niestety w ostatnim czasie życie literackie w granicach Towarzystwa także straciło swoje mocne tętno. Udało nam się jednak utrzymać miesięcznik „Śląsk”, okręt flagowy GTL.

Pismo, które – choć z wielkimi trudnościami – trwa już 20 lat.

Tak. To było główne zadanie GTL, aby powołać stabilny tytuł o ponadregionalnym zasięgu, o otwartej formule, poszerzonej, nie tylko regionalnej. W ten sposób narodził się miesięcznik „Śląsk”, który objął całe środowisko humanistyczne w regionie. Pierwszy nakład 5 tys. egzemplarzy, zasięg rzeczywiście dość szeroki, kontakty otwarte i często prestiżowe. Członkami honorowymi GTL byli przecież Henryk Markiewicz, Tadeusz Różewicz, Florian Śmieja, Henryk Bereska, Wiesław Myśliwski i pastor Rudolf Baron, nieżyjący już Ślązak osiadły w Niemczech, służący cennymi kontaktami. To było odwołanie się do pewnych autorytetów, które bardzo wspierały i pismo, i organizację w różnych zakresach działalności. Różewicz drukował niemal do końca życia swoje liczne utwory w „Śląsku”. Bywał w redakcji częstym gościem. I tak „Śląsk” doczekał się już 240 edycji.

Odkąd pojawił się 1. numer w listopadzie 1995 r., pismo nieprzerwanie ukazuje się do dzisiaj, mimo iż w ostatnim czasie przeżywa szereg narastających trudności, głównie ze względów finansowych. Jest to więc już tytuł z dwudziestoletnią historią. To jest wielki dorobek! Powstaje zatem pytanie, kto chce, a nawet powinien, to pismo godnie wspierać tu na miejscu, aby ono się nie zapadło? To pytanie pozostawiam otwarte.

Odczuwamy jednak ogromną satysfakcję z dotychczasowego dorobku, bo powołując „Śląsk”, nie mieliśmy zupełnie nic, nawet własnej kartki na stole. Byli natomiast ludzie! Zespół, jaki powstał u zarania, był świetny, znakomity. Feliks Netz, Marian Kisiel, Krzysztof Karwat, Jan Lewandowski, niezawodna Wiesia Konopelska, którą wypatrzyłem i przekonałem, że podoła. Oni stworzyli „Śląsk”. A od pierwszego spotkania do wydania pierwszego numeru mieliśmy ledwo dwa miesiące. Wyłożony w tym listopadowym numerze program, zatytułowany Po pierwsze: Śląsk, okazał się do dzisiaj wiążący.

„Uprawianie sztuki i zawodów artystycznych na wysokim poziomie stało się kosztownym luksusem (...)” – to zdanie z 1998 r. jest nadal zaskakująco aktualne. Dziś chodzi jednak już nie tylko o zubożenie środowisk twórczych, ale także o duchową, estetyczną, a nawet etyczną implozję, która wynosi na piedestał i nadaje miano dzieła wszelkiej produkcji, legitymizuje kicz, grafomanię i amatorszczyznę jako estetyczny ideał. Jaką rolę w tej legitymizacji kiczu spełnia współczesna prasa kulturalno-społeczna?

Dziś zajmuje się przede wszystkim informacjami. I jest oczywiście ważne, by one się pojawiały. Natomiast w mniejszym stopniu informacje te są hierarchizowane, szerzej opisywane, bo to wymaga refleksji większego formatu, z pewną perspektywą historyczną. I tego niestety brakuje. Niedocenianie twórczości w polityce kulturalnej jest jednak katastrofalnym błędem. Przyjęło się, że autor nie musi mieć honorarium. Stało się regułą, że poeta dokłada do wydania własnego tomiku, tak jakby był osobą majętną, którą stać na samofinansowanie się. Jest to zatem twórczość biedaków, a przez to traktowana jako czwartorzędna.

35 lat temu zawiązał się Komitet Porozumiewawczy Stowarzyszeń Twórczych i Naukowych w Katowicach, który przygotował Raport o stanie kultury i sztuki w województwie katowickim. Czytamy w nim, że województwo katowickie zostało przekształcone w swoisty obóz pracy: „Tu pracuje się (...) najciężej, żyje w warunkach najbardziej uciążliwych (...). Stan kultury jest w takich warunkach fragmentem globalnej polityki społecznej w tym regionie oraz określonego stosunku do wyższych aspiracji człowieka, (...) minimum potrzeb mogło mieć tylko społeczeństwo całkowicie podporządkowane, zdezintegrowane i niedoinformowane, a więc nieświadome prawdziwego stanu swojej upokarzającej sytuacji społecznej. Tylko określony typ człowieka, osoby zdominowanej, bezwolnej i bezrefleksyjnej, wskutek obciążenia najcięższą pracą, mógł przystać na życie w tych warunkach”. To brzmi jak opis współczesnej Polski z umowami śmieciowymi i kulturą tandety serwowaną przez media! Po 35 latach niewiele się de facto zmieniło.

To jest cytat z raportu, którego byłem autorem. 6 listopada 1980 r. przy Warszawskiej 37 w Katowicach zawiązał się KPSTiN, którego Kutz został przewodniczącym, a ja wiceprzewodniczącym. Mieliśmy przygotować Sejmik Kultury Śląskiej, przed którym trzeba było opracować raport opisujący stan kultury w województwie. Ostatecznie redakcję tego tekstu Kutz powierzył mnie. Nie został on jednak przedstawiony publicznie, gdyż nie doszło do Sejmiku w grudniu 1981 r. Myślę, że gdyby to spotkanie się odbyło, wykrystalizowałby się inny rodzaj zadań i pozycji środowisk twórczych jako partnera władzy, możliwe byłoby też podjęcie generalnej dyskusji i sformułowanie realnego programu kulturalnego dla tego regionu.

Przedstawiona w cytacie opinia dotyczyła natomiast województwa katowickiego, zdominowanego wówczas przez myślenie technokratyczne, propagandę sukcesu i nieczułość na indywidualnego człowieka. Śląsk w tamtym czasie przypominał wewnętrzną kolonię, o czym mówiłem podczas sejmowej komisji kultury, a także z trybuny sejmowej. Poseł Stanisława Giecewicz-Pilarska podkreśliła, że o fatalnym stanie kultury w województwie katowickim sejmowa komisja słyszała głównie z moich ust i to w bardzo żarliwej, uzasadnionej formie. Doprowadziłem nawet w 1988 r. do dwudniowego, wyjazdowego posiedzenia sejmowej komisji kultury w Katowicach, aby można było pochylić się nad problemami dramatycznego niedorozwoju kultury na Śląsku. Równocześnie w tych dramatycznych warunkach żaden wcześniejszy program kulturalny nie został zrealizowany, a często nawet uruchomiony. Kończyło się wszystko na napisaniu pustego dokumentu i zatwierdzeniu go na jakiejś egzekutywie. Powstała więc atmosfera braku zaufania, że cokolwiek da się zrobić. Coraz częściej pogłos tego myślenia daje się niestety zaobserwować obecnie.

W historii każdego pisma szczególnie ważne są numery jubileuszowe. W grudniu 1999 r. ukazał się numer 50., w lutym 2004 – 100., w kwietniu 2008 – 150., a w czerwcu 2012 – 200. Na pewno ważny był numer 1., a później te wydawane w 5., 10., 15. i 20. rocznicę pojawienia się „Śląska” na rynku prasowym. A który numer jest najważniejszy dla Pana?

Pierwszy, dlatego że bez niego nie byłoby następnych. To w nim też został wyłożony program. Nim jednak powstał ten numer, trwały wytężone działania, by pismo o takim tytule mogło powstać. W końcu z komisji likwidacyjnej RSW „Prasy” otrzymaliśmy bezpłatnie prawo do używania nazwy „Śląsk”. Następnie poszukiwaliśmy środków finansowych, które obiecano nam w urzędzie wojewódzkim, ale niestety obietnicy nie dotrzymano. Przez trzy miesiące na początku działalności mogliśmy natomiast liczyć głównie na dobre reklamy prestiżowych firm na czele z Węglokoksem. Bardzo silnego wsparcia udzieliła też pani minister Blida, która wyjednała nam u ministra kultury Dejmka największą w historii pisma jednorazową dotację, wynoszącą 120 tys. złotych.

Kiedy w grudniu 2012 r. po zredagowaniu 216 numerów odchodziłem wyłącznie z przyczyn osobistych z redakcji i spoglądałem wstecz, byłem pewny, że wydarzył się niewątpliwy cud w śląskich warunkach, ale jego początkiem był numer 1., dlatego on jest najważniejszy.

Ks. abp Damian Zimoń zwrócił uwagę na wielowymiarowość Pana osoby. Łączy Pan bowiem w sobie temperament dziennikarski z osobowością społecznika oraz wrażliwością i refleksyjnością liryka. Kim czuje się Pan najbardziej?

Poetą. W domu za sprawą mamy, która miała ogromny szacunek do słowa pisanego, czytywaliśmy wieczorem książki przy kolacji. Już w technikum pisywałem młodzieńcze sonety. Decydujący był jednak klimat domu. W Rybniku nie było przecież żadnego życia literackiego. Będąc już studentem, czułem, że poezja jest bardzo indywidualną formą wypowiedzi i należy poszerzać swoją publiczną obecność. Kiedy pojawiły się „Przemiany”, wydrukowałem w nich pierwszy reportaż. Potem drukowałem reportaże i artykuły publicystyczne we „Współczesności”, „Odrze” i innych pismach. Był to nawet sposób zarobkowania studenta polonistyki, ale poezja była zawsze sprawą główną. Ona wyrabiała we mnie pewien rodzaj wrażliwości i reagowania na świat. To, że uprawiałem także inne rodzaje wypowiedzi, sprawiło z kolei, iż mogłem być przydatny w redakcji. Kiedy więc Szewczyk zakładał „Poglądy” w 1962 r., zaproponował mi etat. To było wielkie wydarzenie. Najważniejsza była i jest dla mnie jednak poezja.

44 sonety brynowskie to tomik, w którym poszukuje Pan życia w śmierci, nadziei w rozpaczy i istnienia w niebycie. Próbuje Pan zmierzyć się niczym Syzyf z kamieniem filozofii i wepchnąć go na górę zrozumienia. Czy ten zbiór pomógł Panu zbliżyć się choć odrobinę do szczytu, czy pozwolił zajrzeć za zasłonę przybytku?

Ja się nie nastawiałem na pisanie sonetów, one się jakby wysypywały ze mnie. Pojawiło się w ostatnim czasie kilka ważnych esejów na temat tego zbioru, które zwracają uwagę na to, że ukształtował się w nim nowy typ sonetu, który ma specyficzną cechę, jako że sam sonet stał się w nim moim alter ego. Doszło tu więc do przekazania prawdy wewnętrznej w dialogu z sonetem.

Życie jest sztuką bez prób, od razu premierową. Wyraził to Pan dobitnie w sonecie Bez świadków: „(...) Zmierz się z sobą skazaniec własnej wyobraźni, / Sam na sam – lecz czy życie można unieważnić?... / To nie sonet po czasie spisany na nowo”. Zapytam zatem przekornie, co spisałby Pan na nowo w swoim curriculum vitae, gdyby było to możliwe?

Przede wszystkim nie marnowałbym w życiu aż tyle czasu. Moje społecznikostwo to było także ogromne rozdrabnianie się, a często i branie na swoje barki spraw ponad siły. Dokonywało się to kosztem poezji, która na szczęście okazywała się zawsze bardzo wyrozumiała i mogłem liczyć na jej wsparcie w sytuacjach krytycznych.

autor: Katarzyna Bereta