wtorek / 24 października 2017 Gtl Członkowie Miesięcznik "Śląsk" Partnerzy Kontakt
Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Wywiad



Liczy się to, co wyjątkowe, osobne

Z Henrykiem Wańkiem rozmawia Katarzyna Bereta (wywiad ukazał się drukiem w numerze 8/2015 "Śląska").

 

Czy znalazł Pan już swój krajobraz-uniwersum, malowidło wszechświata?

O niewielu rzeczach mogę powiedzieć, że je znam dobrze, ale jedną z nich jest Śląsk, również jako krajobraz. W każdym razie to, co o nim już wiem, potwierdza tylko, że każda Yoknapatawha może być wszechświatem. Tak, moim krajobrazem jest Śląsk, w całej jego rozciągłości geograficznej i historycznej − od niegdyś utraconych księstw w Zatorze i Oświęcimiu, po stosunkowo młody Śląsk w Górnych Łużycach. Mogę go więc nazwać moim krajobrazem-uniwersum, co nie powinno zaskakiwać osób znających przynajmniej z grubsza moją twórczość. Przez cały czas próbuję go poznawać jeszcze dokładniej, ale końca nie widać. Jest to bowiem zadanie na dłuższą metę; na całe życie.

W Finis Silesiae zapisał Pan: „Pamięć kochająca ma w sobie fotograficzną trwałość. I jest tak samo czarno-biała”. Doskonale koresponduje to ze zdaniem Kazimierza Wyki o „krajobrazie centralnym”, który każdy z nas nosi w sobie, a który jest utrwalonym w dzieciństwie obrazem ziemi-kołyski. Jakie są zatem Pana czarno-białe odbitki Śląska z lat dziecięcych i młodzieńczych?

Nie wiem czy tylko czarno-białe, ale z pewnością rozległe i wielorakie, właściwie panoramiczne, bo taka jest przestrzeń Śląska. Panoramiczna jest także ich dramaturgia, bo otwierają ten obraz doświadczenia dzieciństwa, na które nakładają się późniejsze. Pamiętam na przykład końcówkę II wojny światowej. Byłem wówczas trzylatkiem w Oświęcimiu. Zapamiętałem amerykański nalot na miasto, które – zamiast docelowego IG-Farben w Monowicach – bardzo ucierpiało. W tym kościół salezjanów, gdzie spłonęła moja metryka urodzenia. Gdy szedłem do szkoły podstawowej, to świadkowie przed sądem zeznali pod przysięgą, że się faktycznie urodziłem i na tej podstawie sąd wystawił mi metrykę. To byłby pierwszy, najstarszy obraz. Niejako wstęp do późniejszej reszty.
Dalsze części tego obrazu są już wyraźniejsze, o tyle czarno-białe, że istotnie bardzo kontrastowe. Na przykład widok Katowic, które w okolicach rynku były jak wypalona wioska. Od 4 roku życia mieszkałem w katowickim śródmieściu i to był mój początkowy punkt widzenia. Czasami byłem deponowany u krewnych, na przykład u brata matki w Bytomiu. Pamiętam, jaki był Bytom w latach 1945-1947. Mam stamtąd straszne wspomnienie, które często powraca. Do piwnic tamtejszego starostwa zrzucono niemiecką bibliotekę muzealną na spalenie. Kiedyś mnie wuj tam zabrał i uratowałem z tej piwnicy dwie księgi, które wpłynęły na resztę mojego życia. To dla nich nauczyłem się czytać szwabachę i one w pewnym sensie ukształtowały mój smak. To były albumy Wilhelma Buscha, przyjaciela Schopenhauera, twórcy komiksu o Maksie i Morycu. I mimo że dopiero poznawałem pismo, doświadczenie to było dla mnie wstrząsające. Ten widok stosów książek, oczekujących w kolejce do pieca! Był to również obraz symboliczny dla całego Śląska, którego niemieckość, należącą do obrazu jego kultury, skazano na unicestwienie.
Niektóre infantylne przygody i obserwacje spożytkowałem po sześćdziesięciu latach, pisząc książkę o Katowicach. Bo były one moim placem zabaw i miejscem pierwszych wtajemniczeń. Podobnie rozpoznawał Katowice Felek Netz, tyle że był nieco starszy i zobaczył je nieco później. On też się urodził gdzie indziej, chociaż ja przez rodzinę ojca byłem rdzennym Ślązakiem. O ówczesnych Katowicach myślę, że dla dziecka stanowiły dobry poligon poznania. Rzeczywistość złożona, wielopiętrowa. Naziemna i podziemna. Fikcja zmieszana z faktami. Można za Goethem powiedzieć – Dichtung und Wahrheit.

W Finis Silesiae wskazuje Pan wojnę jako cezurę śmierci krajobrazu? Czy mógłby Pan rozszerzyć tę myśl?

Pierwsza wojna światowa dokonała spustoszenia tylko w ludzkim krajobrazie Śląska, bo same działania wojenne tutaj nie dotarły. Ale ta druga przejechała się bardzo solidnie również po fizycznym krajobrazie regionu i objęła Śląsk w całej jego rozciągłości. Wystarczy wspomnieć Racibórz, Nysę, Głogów, Wrocław i niezliczone miasta, które zdewastowała, już to za sprawą wojsk niemieckich, już to sowieckich, a w końcu też powojennego szabru. Nie mówię już o latach późniejszych, gdy wbrew pokojowej gospodarce, krajobraz Śląska był nadal traktowany jak coś wrogiego.
To przecież oczywiste, że wojna zawsze pozostawia w krajobrazie swoje fatalne znamię. A pamiętajmy, że krajobraz to zapis wiekowych tradycji oraz zamieszkujący go ludzie – pojedynczy i w masie.

W jednym z numerów „Fabryki Silesii” pisał Pan, że krajobraz Śląska po 1989 roku należy określić jako rozszarpany. Co to oznacza dla „krajobrazu centralnego”, jaki Pan nosi w sobie? Czy powstały w nim jakieś wyłomy? W Katowice-blues, czyli Kattowitzer-Polka wspomina Pan np. o zburzeniu domu przy ul. Młyńskiej. Czy takich „wybuchów”, które unicestwiły przeszłość, było więcej?

Zaryzykuję metaforę, że Katowice od mniej więcej stu lat, choć jako miasto istnieją niewiele dłużej, są miejscem zakonspirowanej, ale nieustającej wojny. Można w tym widzieć jakieś fatum, mające swój początek chyba w fakcie, że pierwszy burmistrz Katowic, niejaki Herr Diebel, okazał się defraudantem. Jego następcy nie byli lepsi, choć na ogół bezkarni. W swej niedługiej historii Katowice sześciokrotnie zmieniały swą nazwę. Inne były na początku. Inne w czasach przedwojennych, gdy Katowice stały się polskie. Podczas drugiej wojny były miastem hitlerowskim. Później lata tak zwanego komunizmu. A po 1989 roku, chyba za sprawą tzw. niewidzialnej ręki rynku, są dalej deformowane. Zamiast harmonijnej ciągłości, ciągła rewolucja. Dziś przyjeżdżam tu rzadko i z coraz większym trudem rozpoznaję to miasto. Widzę tylko, że dominuje duch radykalnych zmian, lekceważący tych niewiele obiektów, które mogłyby być pomnikami jego dziejów. Katowice są jedynym znanym mi miastem, w którym nie przybywa zabytków, a przeciwnie – ubywa. Z tym kultem nowości i modernizacji, które bywają pułapką, byłbym ostrożniejszy. Bo nic się tak szybko nie starzeje, jak moda. Miasto winno dojrzewać mądrze, a nie stroić się w pstre piórka i pysznić się entuzjazmem klakierów. Obecnie wynika to z faktu, że Katowicom, a raczej ich śródmieściu, doskwiera brak obywatelskiej społeczności. Bo ta malejąca garstka jego mieszkańców, cóż ma do gadania? Wolę nie myśleć, że to jedynie patologiczny brak miłości i zrozumienia miejsca, w którym się żyje. No tak, Katowice zmieniły się w coś dla mnie zupełnie obcego. Obrazy dzieciństwa są bardziej trwałe niż fizyczny krajobraz, ale z czasem stają się tylko nostalgiczną przeszłością.
To mam mniej więcej na myśli, mówiąc „rozszarpany”. A w gruncie rzeczy chodzi o to, że po 1922 roku usiłowano Katowice zamienić w rdzennie polskie miasto, wbrew temu, że były tworem niemieckim i żydowskim. To głównie niemieccy Żydzi tworzyli je od początku, czule obchodząc się z ich niedawną wiejskością. Nawet, gdy tutejsze dziewiętnastowieczne kamienice stroiły się w monumentalizm, zważano na równowagę między naturą a kulturą. Dzisiaj trochę to powraca, chociaż w karykaturalnym koncepcie „Miasta Ogrodów”. Kiedyś rzeczywiście tak było. Czy może być jeszcze? Miejmy nadzieję.
Już przedwojenna polityka urbanistyczna wniosła do Katowic kontrast różnych i nie dających się pogodzić światów. W latach okupacji Katowicom prawie nic nie przybyło. Zniknęła tylko okazała synagoga i niedokończony gmach Muzeum Śląskiego. Po 1945 roku zaczęły się nowe operacje architektoniczno-urbanistyczne, od Sasa do lasa. Nie wiadomo, czy miały przywrócić, odzyskać czy też kreować nową tożsamość miasta. Co sezon zmieniały się trendy, koncepcje i mody. Kto umie czytać przestrzeń miasta, ten zauważy, że Katowicom brak integralności. Widać wyłącznie szarpanie się i szarpanie krajobrazu.

Która ziemia stała się Pana Templum Salomoni, o którym pisze Pan w Opisie podróży mistycznej z Oświęcimia do Zgorzelca 1257-1957. Śląsk czy Brwinów? A może inna ziemia wyobrażona, świat (nie)możliwy?

Brwinów to dla mnie szczególny przypadek. Opuściwszy Katowice, zamiast zameldować się w Warszawie, wybrałem podwarszawski Brwinów. Nie tylko dlatego, że sama nazwa była mi bliska. Kiedyś mieszkałem w katowickim Brynowie, który jeszcze na osiemnastowiecznych mapach był zapisywany jako Brwinów. Ale ten mazowiecki, zbiegiem okoliczności, też ma w sobie wiele śląskiego. Na przykład, wiele budynków przed I wojną światową wzniosły tam ekipy budowlane Ślązaków. W wiosce Moszna pod Brwinowem (co kojarzy się z Moszną Tiele-Wincklerów) jest zaniedbany cmentarz z nagrobkami, na których są takie miejsca narodzin, jak Gliwice, Toszek czy Sośnica. Ci rzemieślnicy mieli w okolicach Brwinowa własne cegielnie, stolarnie, zakłady ciesielskie. Prawie cały Milanówek został wybudowany przez tych Ślązaków, którzy podczas okupacji hitlerowskiej wpadli w pułapkę narodowościową. Dlatego niemal wszyscy po 1945 roku opuścili to miejsce. A w latach współczesnych na brwinowskim cmentarzu został pochowany w górniczym mundurze honorowy górnik PRL − Jarosław Iwaszkiewicz. W Brwinowie mieszkał już zmarły dyrektor Teatru Śląskiego − Henryk Baranowski. Kupił tam również dom Kazimierz Kutz. W Brwinowie mieszka Leszek Engelking, literaturoznawca z Bytomia. I wiele innych osób, tak czy inaczej związanych ze Śląskiem. Powiadam czasem, że żyję na Śląsku, choć mieszkam w Brwinowie, pełnym symbolicznych powiązań ze Śląskiem.
Co zaś do świątyni Salomona, muszę się posłużyć szczyptą poezji. Używam tego symbolu w sensie, jaki mu nadał Guillaume Apollinaire. W jednym ze swych poematów określa Templum Salomoni nie jako budowlę, a pewnego rodzaju twór niematerialny, niemający określonej formy, mogący istnieć wszędzie. Ostatecznie może to być nawet kącik w czyimś pokoju. Cały Śląsk jest dla mnie symbolem świątyni Salomona, bo ten kraj postrzegam jako mityczną, trudną do zdefiniowania przestrzeń świętą.

W Dziadach berlińskich pisze Pan, że świat przypomina deliryczny fresk. Czy coś w tym fresku uległo zaostrzeniu lub zblednięciu? Świat w 2015 roku jest bardziej czy mniej deliryczny niż ten sprzed 1989 roku?

Muszę wyjaśnić, że napisałem tę książkę w szczególnych okolicznościach i w odpowiedzi na to, co zobaczyłem w niemieckich miastach, które odwiedzałem w latach siedemdziesiątych. W porównaniu z innymi krajami, Niemcy wydawały się deliryczne, możliwe że wskutek niestrudzonego oddziaływania NRD. Dziady powstały więc w odpowiedzi na świat zachodni, który przybyszowi z kraju komunistycznego, gdzie paszport się dostawało jak nagrodę i tylko na chwilę, wydawał się czymś egzotycznym i trudnym do zrozumienia. Nadal go tak postrzegam. Nie wszystko w świecie tzw. demokracji jest mądrze urządzone. Dziady napisałem więc trochę z nudów, a trochę by odciąć się od tamtej zachodnioniemieckiej rzeczywistości, z jej lewactwem, Rote Armee Fraktion, hippisami, dobrobytem, alianckimi bazami wojskowymi, poczuciem winy, zranioną dumą. W sumie było to tyleż groźne, co groteskowe. Trochę podobnie, jak teraz u nas. Ale tylko trochę, bo choć mamy pewne zalety, to jednak nie jesteśmy Niemcami.

W Finis Silesiae stwierdził Pan, że fotografia to zaklinanie czasu, rodzaj pamięci. Można by poszerzyć to zdanie i objąć nim całą sztukę, zwłaszcza malarstwo i literaturę. Ile z tego zaklinania czasu jest jeszcze w dzisiejszej sztuce? A może bardziej próbuje ona zanegować czas, stworzyć jego alternatywę?

Obawiam się, że bardziej to drugie. Niegdyś pojęcie sztuki było jasne. Dzisiaj wydaje się czystą uzurpacją. Nie umiem powiedzieć – co to takiego sztuka? Czy przypadkiem artystą nie ten, który kupuje gitarę elektryczną i przy odrobinie tupetu, tak się określi? Niewiele wie o tajnikach kunsztu, nie odróżnia wartości od blichtru, nie znajduje sensu w pracy. Zresztą, któż go dzisiaj znajduje? Bez przerwy słyszę, że ktoś tam – polityk, prezes rady nadzorczej, menadżer, czy pierwszy lepszy darmozjad – ciężko pracuje. Ideałem obecnej „kultury” jest od razu zostać mistrzem świata lub gwiazdorem. Bez wysiłku, bez pracy, bez wizji, w jakimś pędzie ku iluzorycznej karierze, tonącej w morzu masowych, a często urojonych, sukcesów. Nie wiem, czym jest dzisiaj sztuka.
Za mojego życia dokonał się gruntowny upadek wszystkich aksjologii. Świat kultury pozornie trzyma się kupy. Sam sobie wystawia dyplomy uznania i sobą jest zachwycony, ale widać przecież, że jest w zupełnej rozsypce. Jest to pewnie zjawisko globalne, głównie za sprawą amerykanizacji, ale najbardziej bolesnym dla mnie jest jego rozdział polski. Ileż prowincjonalnych kompleksów pomieszanych z megalomanią; wtórności; tandety przypisującej sobie genialność. Siedzimy w skądinąd okrzyczanym już gmachu NOSPR, więc mógłbym powiedzieć, że takie uczucie towarzyszy mi przede wszystkim w kontakcie z muzyką współczesną, ale wcale nie jest lepiej z literaturą, teatrem, filmem, plastyką. Odnoszę wrażenie, że pod powierzchnią tego wszystkiego, co chce dziś uchodzić za sztukę, istnieje przepastna pustka. Taka epoka.
I to jest natura czasu, o którą pani pyta, czyli te próżne mniemania na temat rozwoju, postępu i sublimowania form kulturowych. Czas to proces, w którym nie tylko starzejemy się, tracimy siły i złudzenia, ale również wielka entropiczna moc niszczenia świata. W każdym razie dzisiaj sztuka jest już wyłącznie schronieniem przed niewygodną prawdą, a niegdysiejsza konstatacja katowiczanina Hansa Bellmera, że rzeczywistość jest skandalem, okazuje się nad wyraz aktualna.

Finis Silesiae to dla mnie wielki traktat o fotografii, także o jej metafizycznym sensie, to książka, która wyrosła z fotografii, swego rodzaju ekfraza. Potwierdza ona też, że odbite kilka lub kilkanaście dekad wcześniej światło ma nadal moc wywoływania w nas emocji. Jakby zaklęta przez obiektyw energia chwili i osób udzielała się oglądającym i pobudzała do własnej aktywności twórczej. Pisze o tym również Roland Barthes w doskonałym traktacie Światło obrazu. Czy tak to Pan odczuwa?

Tak, tylko na niższym poziomie filozoficznym. Bo w gruncie rzeczy fotografia (pomijając jej walory estetyczne) jest protezą, wspomagającą pamięć. To przecież mechaniczny zapis faktu, którego byliśmy świadkami albo właśnie jesteśmy, oglądając fotografię. Stąd pamięć, która bywa zawodna, znajduje oparcie w fotografii, choć też nierzadko wprowadza ją w błąd. W ogóle, w kulturze pamięci ważnym czynnikiem jest ostrożność, to znaczy krytyczna gotowość do oddzielania ziaren od plew, to znaczy – faktów rzeczywistych od złudzeń, które często przybierają postać niewzruszonych przekonań i chcą uchodzić za prawdę.

We wspomnianej powieści dokonał Pan również analizy tego, jak fotografia staje się służebna wobec propagandy, politycznej manipulacji, kultu narodu, jednostki itd. Wiemy, że podobną „służbę” narzucono całej powojennej sztuce w Polsce Ludowej. Jaka jest dzisiejsza kondycja artysty? Czy jest naprawdę wolny? A jeśli nie, to jakie są jego granice, cenzury?

To odwieczny problem relacji między władzą a dworem jej pochlebców. Estetyczna fasada, w którą stroi się każda polityka, jest jej równie potrzebna, jak policja, wojsko i inne narzędzia nacisku. Już freski w starożytnym Egipcie służyły zapewne urabianiu karności i od tamtego czasu niewiele się w istocie zmieniło. Chyba nie ma takiej aktywności ludzkiej − kulturowej, czy pozakulturowej − której by nie wykorzystano dla celów politycznych, komercyjnych czy w jakikolwiek sposób nikczemnych. Nic nie jest niewinne w naszym świecie. Oczywiście bywają enklawy, jakieś obrzeża rzeczywistości społecznej, gdzie obszar wolności wydaje się większy, czasem warto zaryzykować ich wybór. Mogło tak być nawet w czasach Polski Ludowej, sam tego wraz z przyjaciółmi próbowałem. Bo artystą jest się na wiele sposobów i pani pytanie raczej zachęca, by dociekać, czy wolność to nie przypadkiem slogan bez solidnego pokrycia? Jej granice są tylko prowizoryczną i zmienną ramą, w której rozpychają się nasze czyny. Ale ogólnie żyjemy w świecie grzechu i w biologii, przed którymi nie ma ucieczki.

W Finis Silesiae napisał Pan dość znamienną diagnozę: „A przed nami jest najgorsze. Wariaci odrzucą pędzle i sięgną po bomby. Artystami zostaną rzeźnicy, a filozofami szewcy”. Walter Benjamin wyraził podobną myśl następująco: „Ludzkość, która ongiś u Homera była obiektem oglądania dla bogów olimpijskich, stała się nim teraz dla samej siebie. Jej autoalienacja osiągnęła ów etap, na którym musi przeżywać własną destrukcję jako rozkosz estetyczną pierwszej rangi”. Czy pozostała nam wobec tego jedynie sztuka autodestrukcji i rzeźniczych perwersji?

To jest jedna z ewentualności. Diagnozę, o której pani wspomina, wypowiada w powieści domniemany Stanisław Ignacy Witkiewicz. W tej scenie umieściłem luźne cytaty z jego wypowiedzi. Z artykułowaniem myśli miał on większe problemy niż Walter Benjamin, bo też Witkacy był raczej jednoosobowym kabaretem z akcentami tragicznymi. Ale to skojarzenie Witkacego z Benjaminem wydaje się całkiem inspirujące. Nikt dotąd ich nie zestawiał. Bo jakkolwiek Witkacy był żartownisiem i mistyfikatorem, to wiele rzeczy zbliża go do Benjamina, którego praca doktorska była wyraźnym żartem z promotorów. Ciekawe, że profesor Hans Cornelius, który odrzucił dysertację Benjamina, był bardzo cenionym przez Witkacego filozofem. Obaj, Witkacy i Benjamin eksperymentowali z narkotykami, obaj zmarli śmiercią samobójczą w reakcji na zagrożenie wojenne. Benjamin dokładnie rok po starszym od niego Witkacym. Te dwie różne osobowości żyły w obliczu podobnej rzeczywistości, pełnym głosem mówiącej, że dotychczasowy świat się kończy i nie będzie już taki sam. Z jednej strony jest to pogląd pocieszający, choć z drugiej przygnębiający. Chcemy przecież żyć w dobrze nam znanej wygodzie, w przewidywalnej organizacji życia, gdy tymczasem rzeczywistość wcale ku temu nie zmierza. Można dodać optymistycznie, że na zgliszczach starego zawsze powstaje coś nowego. Być może lepszego. Nie mnie być jednak sędzią w tej sprawie.

W przywołanej przed chwilą powieści zauważył Pan, że powstaną „fabryki twarzy szlachetnych”. Dziś możemy skonstatować ich istnienie w formie programów upiększających czy działań mediów, które kreują nieistniejące kanony piękna. Czy zniknie zatem naturalne piękno człowieka?

Choć ryzykownie to zabrzmi, to jednak Witkacy – chyba od niechcenia – bywał proroczy. Tylko ukrywał swe jasnowidztwo (czy raczej czarnowidztwo) pod maskami żartu i kpiny. Przewidział, że sztuczność stanie się ideałem. Dzisiaj (ale czy tylko dzisiaj?) jest to schorzenie powszechne i w ramach tej sztuczności kreujemy się na lepszych niż de facto jesteśmy. W naszym świecie prawda i autentyczność nie są artykułami pierwszej potrzeby, bo to tylko psułoby nam humor.

Simulacrum?

Tak. Tyle, że symulakry – jak to rozumiał Baudrillard – są naśladownictwem czegoś istniejącego, choćby wyidealizowanego, a tu mamy do czynienia z tworami ekscentrycznymi, wymyślanymi dla ślepej próżności, bez oglądania się na ideały urody, dobra, piękna. Bez cienia pamięci o platońskim trójpodziale wartości.

W jakimś sensie śmiercią sztuki portretu jest niepohamowana potrzeba robienia sobie selfie i przedstawiania ich w sieci. To jest smutny obraz dzisiejszych czasów, gdyż autokreacja przestała człowieka rozwijać, a zaczęła doprowadzać do jego duchowej implozji. Czy ten proces nie zagraża także współczesnym artystom, którzy muszą sami siebie wydawać, sami siebie promować itd.?

Nigdy nie przyglądałem się bliżej fenomenowi selfie. Myślę, że to raczej sezonowa moda, która ustąpi przed inną. Gdyby się przyjrzeć temu dokładniej, to narzuca się, że życie ludzi współczesnych, pozbawionych poczucia tożsamości, a nawet pewności istnienia, jest w dużej mierze małpowaniem mediów. Każdy chciałby być postacią z bilbordu, z serialu czy reklamy kosmetyków, czyli niekoniecznie sobą. Jeśli tak jest rzeczywiście, to należy się temu najwyższe ubolewanie. Ale przecież właściwie nie wiem, co jest pisane naszemu gatunkowi i na co on zasługuje naprawdę!
Już wielokrotnie o tym pisałem, że w historii człowieczeństwa liczy się nie to, co typowe, bo typowość jest nudna, ale to, co wyjątkowe, osobne; to, co odbiega od potocznej codzienności, może, choć niekoniecznie musi, być czymś ratunkowym dla kultury, społeczeństwa, ludzkości. Ale czasy są takie, że wszyscy robią to, co inni, z czego wynika homogeniczna jednostajność. Lecz to chyba jedno z typowych kalectw duchowych naszego gatunku. Pięknie to wyraża chińska przypowieść zapisana w Prawdziwej księdze południowego kwiatu z VI wieku przed Chrystusem: „Strażnik bramy Jen po śmierci rodziców zaczął umartwiać się i zawodzić, za co spotkały go liczne nagrody i zaszczyty. Widząc to, jego sąsiedzi również zaczęli umartwiać się i zawodzić tak, że większość z nich umarła”.

autor: Katarzyna Bereta