wtorek / 24 października 2017 Gtl Członkowie Miesięcznik "Śląsk" Partnerzy Kontakt
Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Wywiad



Nie ma materii martwej

Fot. T. Sylwestrzak. Z archiwum Teatru Banialuka

Fot. T. Sylwestrzak. Archiwum Teatru Banialuka.

 

Małżeńska rozmowa Lucyny i Ryszarda Sypniewskich 

 

Czy nadal uważasz z perspektywy 35 lat, że teatr jest twoim miejscem?

Kiedy nie potrafiłem się odnaleźć w ciasnym świecie biura, zacząłem szukać miejsca, które pociągałoby młodego wtedy człowieka swoją magią i tajemniczością. Jedynym takim miejscem wydawał mi się teatr. Dzisiaj inaczej na to patrzę. Wiem, że magia i tajemnica pojawiają się na scenie tylko czasem. Jednak jest osiągalna… To mnie tak bardzo przyciąga do teatru.

Wybrałeś teatr lalek, w którym głównym środkiem artystycznego wyrazu jest lalka, przedmiot, maska. Czym dla Ciebie jest praca z lalką?

Dawniej zdarzało się, że jedna lalka „grała” w kilku różnych sztukach. Dzisiaj jest to niemożliwe. Każda nowa sztuka wymaga nowego opracowania scenograficznego, nowego spojrzenia na tekst, nowego pomysłu reżyserskiego, nowej interpretacji tego samego utworu literackiego. Jeszcze nie tak dawno lalka niepodzielnie królowała na scenie, a aktor niewidoczny dla widza poruszał się i działał za parawanem. Dzisiaj lalka-postać pojawia się na scenie razem ze swoim animatorem-aktorem. Doszliśmy do dwoistości postaci. Aktor plus lalka to jedna postać. Zadaniem aktora-lalkarza staje się udowodnienie widzowi, że ma do czynienia z jedną i tylko jedną osobą. Niemożliwe?

Aktor musi udowodnić, że obecność lalki jest niezbędna, że jest jego emblematem.

To aktor jest niezbędny, ponieważ może sprawić, by lalka zyskała duszę i mogła żyć własnym scenicznym życiem. Naszym najważniejszym działaniem jest skierowanie uwagi widza na lalkę. Raz aktor gra w jej cieniu, innym razem jakby jej partneruje.

Wrażenie u widza powinno pozostać takie – to jedna postać…

Jedna postać ze swoim bogactwem środków wyrazu. Żywy człowiek plus materia (owa lalka). Pięknie ten problem ujął Bruno Schulz w swoim Traktacie o manekinach. Nie ma materii martwej. Martwota jest jedynie pozorem, za którym ukrywają się nieznane formy życia, czekające na ożywcze tchnienie ducha. Jesteśmy już blisko magii. Reszta pozostaje w rękach aktora.

I oczywiście w rękach reżysera. Każda Twoja rola jest zauważana i doceniana przez widzów, krytyków teatralnych. Jak wygląda u Ciebie proces twórczy i osiąganie takiego, a nie innego efektu?

Praca nad rolą to podstawa zawodu aktora. Aktorstwo jest moim zawodem wybranym, z którego pragnę czerpać przyjemność. To w pewnym sensie sposób na życie. Wolałbym więc określić to tak – rola pracuje we mnie, a nie ja nad rolą. Zanim publiczność premierowa zobaczy ostateczny efekt, musi nastąpić cały proces twórczy, któremu poddają się aktorzy wraz z „maszynerią teatralną”.

A przecież efekt jest zawsze wielką niewiadomą?

Tak. Tajemnica, którą muszę odkryć jest dla mnie i dla moich kolegów aktorów najważniejszym ogniwem, nazwijmy to, współtworzenia. Wróćmy do początku procesu twórczego, procesu powtarzalnego, ponieważ za każdym razem, kiedy podchodzimy do kolejnej nowej roli, ta „ścieżka” jest identyczna. Spotkanie z reżyserem, wyznaczanie zadań aktorskich, czyli obsadzanie ról, pierwsze czytanie tekstu – tak wygląda każda początkowa „próba stolikowa”.

Reżyser jest więc…

Siłą twórczą. To on daje pomysł na wizję sceniczną tego konkretnego tekstu. Jego prawą ręką jest scenograf, lewą kompozytor. Tak „uzbrojony” przychodzi do dyrektora teatru… Spotkanie z aktorami to kolejny etap rozplanowanego przez niego procesu twórczego. Teraz nastąpi wdrażanie jego pomysłu już na scenie. W tym momencie aktorzy wchodzą na plan, stając się przyszłymi współtwórcami spektaklu.

Schulz pisał: „I właśnie dla jednego gestu, dla jednego słowa podejmujemy się trudu powołania ich do życia na tę jedną chwilę, do tej jednej roli…”

Cudowny moment „powoływania do życia, do roli”. Reżyser – „trzecie oko” – jest z nami aktorami. On nauczył mnie, jak mówić swój tekst, teraz poprowadzi mnie po tajemnych miejscach znanej mi przecież przestrzeni sceny. On mnie zbeszta, potem pochwali, a ja szukam. Pomaga mi intuicja. Na początku błądzę, ale nie boję się. Na widowni siedzi „trzecie oko”. Nasza współpraca polega na zawierzeniu sobie. Dochodzę do momentu, kiedy mówię tekstem postaci ze sztuki. Postaci działają, współgrają z innymi postaciami. Nasza „robota” zmierza ku oczekiwanemu finiszowi.

Wiem, że praca nad rolą jest przyjemnością, ale i dużym wysiłkiem fizycznym oraz psychicznym. Mówisz o tym za gładko, tak jakby nie pojawiały się żadne problemy.

Są problemy. Doskonale o tym wiesz, bo przecież od kilkunastu lat godzisz zawód aktorki z zawodem reżysera, stanowisz przecież tę drugą, podstawową siłę w tworzeniu, nie tylko ról, ale całości dzieła scenicznego, jakim jest spektakl teatralny. U mnie problemem jest przyswajanie pamięciowe tekstu. Idzie mi to opornie, odczuwam wtedy brak komfortu, niepewność. Nie lubię tego momentu. Ale to tylko kolejna bariera, którą muszę pokonać.

A kiedy już ją pokonasz?

Wtedy postać rozgaszcza się na dobre w ciele aktora, w jego głosie. Kostiumolog dopełnia efektu wizualnego. Rola osadza się we mnie. Dekoracje postawione na scenie stanowią przestrzeń dla mojego scenicznego bycia. To jest teraz mój świat, znajome dźwięki, znajoma muzyka. Nie chcemy grać, chcemy być w tym naszym świecie, już, natychmiast. Potrzebujemy tylko jednego – publiczności. Dla niej stworzyliśmy to wszystko.

Tuż po premierze reżyser wyjeżdża…

I wtedy każdy z aktorów powinien w sobie wypracować „trzecie oko”.

Co przez to dokładnie rozumiesz?

Jest to wewnętrzna kontrola narzucająca dyscyplinę aktorowi, a jednak nie pozbawiająca go spontaniczności.

Próbowałeś swoich sił na scenie jako reżyser

To było moje marzenie – sprawdzić się jako reżyser. Powstał spektakl Takie Coś według wierszy z Księgi Nonsensu. Nawet z umiarkowanym sukcesem. Jednak w swoim przekonaniu poległem. Powziąłem wówczas jedną z życiowych decyzji – pozostać przy aktorstwie, bo ono daje mi wolność i prawdziwą radość. A jeżeli robisz coś z przyjemnością, robisz to lepiej.

Niewątpliwie spotkanie dwóch osób – Jerzego Zitzmana i FrancoisLazaro – zaważyło w pewnym sensie na losach teatru Banialuka.

Mogę czuć się człowiekiem szczęśliwym, iż dane mi było znaleźć się w Banialuce we właściwym momencie, w ostatniej dekadzie dyrekcji Jerzego Zitzmana (lata 1980-1991). Był moim pierwszym dyrektorem. Należał do minionej epoki, w której królował szarm, dowcip i niezwykła erudycja. Kiedy znalazłem się w jego skromnym gabinecie, czułem się onieśmielony. Swoim zachowaniem przypominał dyplomatę. Uderzyła mnie jego błyskotliwość, dar słuchania i życzliwość płynąca z jego oczu. Przez cały ten okres czułem w nim życzliwego i wyrozumiałego opiekuna, który nie narzucał, a raczej próbował kierować. Ja wierzyłem jemu, on chyba uwierzył we mnie, skoro obdarzył mnie wyjątkowymi rolami i proponował współpracę ze znakomitymi ludźmi teatru, m.in. Janem Dormanem (Harnasie), Bogusławem Kiercem (Tajemnica ,Wyspa Ariela) czy wreszcie Francoisem Lazaro.

Samotność najgłośniejszy spektakl Banialuki…

Według prozy Bruno Schulza, z adaptacją i reżyserią Lazaro, scenografią Jerzego Zitzmana, muzyką Bogumiła Pasternaka. Premiera odbyła się 14 maja 1988 r., spektakl był w repertuarze teatru przez ponad 20 lat. Dla Francuza – młodego wtedy artysty i intelektualisty – odkrycie nieznanej literatury „o niespotykanej urodzie” to była nie lada gratka.

Jaka była w tym Twoja rola?

My, aktorzy dopełniamy jedynie dzieła, stanowiąc elementy pewnej całości. Ważna okazała się moja rola Józefa. Rola, którą dopiero po premierze konfrontowałem ze słynnym Józefem Jana Nowickiego w filmie Wojciecha Hasa Sanatorium pod klepsydrą. Rozumiałem i poczułem świat, który zaproponował na scenie Francois. Przyznam, że trochę zaskoczyły mnie reakcje publiczności. Byliśmy oklaskiwani na stojąco na premierze i później, kiedy pokazywaliśmy nasz spektakl festiwalowej publiczności, złożonej z lalkarzy ze świata. Paryż, Awinion, Edynburg, Nowy York, Jerozolima, Teheran. Obok wspomnień przywoziliśmy znakomite recenzje. Znaleźliśmy się na liście „The Independent” dziesięciu najlepszych spektakli w Edynburgu-Fringe (około 400 spektakli festiwalu). Pamiętam słowa wyjęte z jakiejś recenzji po Samotności: „to czarny diament wśród reszty spektakli off-u…”.

W latach 90-tych Teatr Lalek Banialuka podjął kolejną współpracę z Francoisem Lazaro. Trwające kilka miesięcy próby w systemie warsztatowym, w międzynarodowej obsadzie doprowadziły do powstania spektaklu Martwe słowa.

Ta wielomiesięczna praca w Marsylii, w Bielsku-Białej i Arras stanowiła dla nas znakomitą szkołę aktorstwa i lalkarstwa zarazem. W polskich szkołach przyszli adepci sztuki lalkarskiej przyuczani byli do „grania z lalką” na scenie. W teatrze Lazaro aktor jest świadomym tłem, to lalka jest najważniejsza. To ona tańczy, mówi, żyje. Ty nie powtarzasz tego, co robi lalka, nie zabierasz uwagi widza zwróconej na lalkę. Aktor i tak zostanie zauważony. To było dla nas Polaków doświadczenie odkrywcze.

Wiele się wydarzyło od tego czasu, pożegnaliśmy Jerzego Zitzmana, dyrektora teatru i przyjaciela.

Ale pozostały niezrealizowane jego pomysły twórcze. Chciał przecież jeszcze zrealizować Ubu Króla Alfreda Jarry’ego.

Inscenizacja Król umiera Ionesco wyraźnie nawiązuje do Ubu króla.

Tak. Podobnie jak król Ubu, Berenger jest uosobieniem terroryzmu i przemocy tamtego świata. To ostatnie minuty monarchy, który walczy z nieuniknionym. Porażająca opowieść zwykłego człowieka, który nie może, nie chce „przekroczyć progu”. Jest w tym wszystkim żałosny i jednocześnie tragiczny. Pusta przestrzeń sceny i towarzysząca muzyka są znakomitym dopełnienie słów, haseł, idei i przesłań, które nam zostawił Ionesco. Dla mnie Król umiera, zrealizowany dziesięć lat po śmierci Zitzmana, jest złożeniem mu hołdu i podziękowaniem w imię przyjaźni artystycznej.

Za rolę Berengera otrzymałeś wiele nagród teatralnych, m.in. nagrodę Prezydenta Miasta Bielsko-Biała Ikar 2009.

A spektakl Król umiera otrzymał Złotą Maskę 2010 za najlepszy spektakl teatralny Województwa Śląskiego. To duże wyróżnienie dla nas, dla teatru, wyróżnienie, które tym bardziej zobowiązuje…

 

Rozmowy Lucyny i Ryszarda Sypniewskich wysłuchała Katarzyna Walotek-Ściańska.

autor: Lucyna i Ryszard Sypniewscy