Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Publicystyka



Stolica golizny

Kiedy podczas meczu Górnika Zabrze na boisko wbiegł nagi kibic, Gliwice utraciły bezpowrotnie miano górnośląskiej stolicy golizny. Dotychczas bowiem najczęściej pojawiały się na łamach prasy informacje o paradowaniu golasów w centrum Gliwic. A to po ulicy Zwycięstwa biegał mężczyzna w stroju Adama, względnie po Placu Piastów spacerowała miejscowa Lady Godiva. Na ogół sensacyjne doniesienia nie podawały przyczyn demonstrowania golizny. Nie dowiedzieliśmy się, czy to o zakład z kolegami chodziło – jak w przypadku zabrzańskiego kibica − lub nadmiar alkoholu czy dopalaczy we krwi albo choroba psychiczna sprawiły, że po głównych ulicach miasta chodziły osoby rozebrane do rosołu.

Jednak pojawianie się nago wśród zgromadzenia przyzwoicie odzianych ludzi nie było wcale wynalazkiem ściśle gliwickim. Od co najmniej 40 lat na świecie znany był streaking, czyli od czasu gdy w USA po raz pierwszy przez tłum przebiegł – wywołując zdumienie, rozbawienie i zażenowanie − człowiek pozbawiony ubioru. W tym dość popularnym w swoim czasie zjawisku chodziło głównie o zademonstrowanie braku zahamowań w ukazywaniu swojego ciała i nie było w nim odrobiny ekshibicjonizmu, podobnie jak w powstających wówczas jak grzyby po deszczu – nawet w siermiężnych krajach demokracji ludowej − plażach dla nudystów.

Coś widocznie z tej światowej tendencji do prezentowania najbardziej intymnych zakamarków własnego ciała zawędrowało i do mieszkańców Gliwic, w końcu miasto to akademickie i bliskie światowym trendom. I właśnie w żakowskiej hucpie i zgrywie należy raczej dopatrywać się ochoty do świecenia golizną na głównych deptakach miasta. Źródło swoje ma ów rodzimy śląski streaking raczej w żakowskich wygłupach, rodem ze studenckich igrów, czy też w spektaklach studenckich teatrów, w których rozbieranki na scenie od lat nie są niczym nowym.

A na ten akademicki trop naprowadziło mnie pewne ciekawe wydarzenie, które zaobserwowałem w jednym z najstarszych schronisk studenckich Na Pietraszonce. Podczas górskich wędrówek zawitałem na nocleg do tej chatki prowadzonej przez studentów Politechniki Śląskiej i natknąłem się na przedziwną imprezę. Grupa studentów z okazji święta chatki urządziła Święto Lubieżnika. Z grubsza polegało ono na nieustającej zabawie z odrobiną alkoholu – głównie tańcach i śpiewach. Gwoździem programu było jednak, bez względu na pogodę, rozebranie się do rosołu i udział w nasiadówce pod gołym niebem do białego rana. Na szczęście towarzystwo – jak to na Polibudzie − było ściśle męskie i do naruszenia żadnego tabu płciowego nie doszło.

Za to nad ranem, gdy wszyscy zalegli pokotem do snu w śpiworach, usłyszałem najlepszy komentarz przypadkowo zbłąkanego w chatce turysty: „Rozumiem upić się, można. Pośpiewać też. Ale siedzieć na golasa do rana, to bezsens”. Chyba że chce się wygrać w zakładzie sporo pieniędzy, jak wspomniany kibic z Zabrza.

autor: Ryszard Bednarczyk