Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Proza



Finis Silesiae (fragment)

(…) Ludzie jakby się zmówili, by schodzić się tam wieczorami. Może było im po drodze zajrzeć do „Zimmermanna”. A nawet trochę nadłożyć, aby tam wpaść. Na chwileczkę. Czasem na dłużej. Skryć się przed miastem. Uciec od prozy świata. Później wyjść stamtąd prosto w światła latarni. Na nogach rozmiękczonych siedzeniem nad kufelkiem lub przy butelczynie. Z językiem obezwładnionym od nadużywania; z kopcącym niedopałkiem cygara przed sobą jako znakiem bojowym; w nastroju zwycięstwa nad rzeczywistością filistrów. Tak było niegdyś. Bo dziś, to już inne towarzystwo. Tamci rozjechali się po świecie. Interesy pchnęły ich na nowe tory. Niektórzy, dorobiwszy się, zmienili „Zimmermanna” na lokale droższe i bardziej eleganckie. A i sam właściciel jakby stracił wigor. Już nie siadywał przy fortepianie na prośbę klientów. Kiedyś grał wspaniale.

Dawni bywalcy rekrutowali się spośród obywateli średniej kategorii. Lub nawet ciut niżej. Dla Zimmermanna byli bardziej kompanami i znajomymi niż dojną klientelą. Portfele nie rozpychały się w ich kieszeniach. Niejeden zdawał się w ogóle nie mieć portfela. Nie szkodzi. Należał do paczki z „Zimmermanna”. Ale właściwie nic − poza tą przynależnością − ich nie łączyło. Najwyżej jakaś słabość do wzajemnego podglądania się, strojenia przed innymi odpowiednich min, właściwych niespokojnym duszyczkom. A też i trochę prowincjonalnym artystom przez skromne „a”. Początkującym aktorom, którzy w przyszłości będą krawcami. Malarzom do grobowej deski malującym coraz gorzej. Przyszłym − być może − rzeźbiarzom. Architektom, a jakże. Dziennikarzom właśnie powstających lub dopiero co upadłych pism. A przede wszystkim poetom i pisarzom. Bo tych zawsze najwięcej (…).

Tak było kiedyś. Później wszystko przeminęło jak niegroźna epidemia. Wierszokletom wywietrzały z marzeń laury. Malarze z wielkimi czuprynami pozapijali się na śmierć. Aktorzy zapowiadali pociągi na dworcu. Pisarze gdzieś rozjechali się bez słowa. Przyszły inne czasy. Zmieniła się klientela. Tym, co z psią wiernością dalej tam wysiadywali, już obrzydły rojenia o zdobyciu świata. W trzydziestym ósmym wczesnymi popołudniami zaczęły się tam pojawiać osoby w czarnych mundurach. Powód był prosty. Zaraz za rogiem znajdował się sztab 23. SS-Standarte. Kufel piwa, szybki posiłek, jeden lub dwa kieliszki czegoś mocniejszego, i już nie było takiego gościa. Lecz nawet przelotna wizyta kładła cień na resztkach dawnego blasku knajpy (…).

 

Fragment powieści Finis Silesiae (2003).

autor: Henryk Waniek