Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Proza



Rozdroża (fragment)

Wzdłuż głównej ulicy stoją ludzie. Ojcowie z dziećmi na ramionach, sąsiedzi, kobiety w odświętnych sukienkach. Wszyscy tworzą rozdyskutowane grupki.

Już z daleka dostrzegam Trudi. Ma rozpalone emocjami policzki.

– Jak wychodziliśmy z kościoła po sumie, ktoś krzyknął: od Panienki Niemcy idą! – relacjonuje, obejmując mnie. – Stanęłyśmy więc z matką. Od pomnika Najświętszej Matki Panny nadeszło trzech. Młodzi chłopcy. Mówię wam, szli samym środkiem ulicy, z giwerami zwisającymi z ramienia. Uśmiechali się i pozdrawiali przechodniów. Przyszliśmy tu za nimi.

Nie wiem, czy to sama obecność przyjaciółki czy jej pełne otuchy słowa działają na mnie tak uspokajająco. Zaczynam wierzyć, że wszystko skończy się szybko, bez żadnego wystrzału.

Nie obchodzi mnie, w jakim języku każą nam mówić i kto będzie na banknotach, jeśli i tak prawie nigdy nie mamy pieniędzy. Ważne, że Władek wróci.

Zastanawiam się, czy grzeszę radością, która mnie ogarnia. Jest tak, jakby wszystko wokół kazało się cieszyć.

Kwiaty i kolorowe chustki w rękach dziewcząt zakrywają codzienną szarość miasta.

Pierwsze strzały nie wywołują popłochu, raczej ciekawość.

Ktoś wskazuje na chłopaka biegnącego po dachu pobliskiego budynku.

– Flaga na magistracie płonie – krzyczy mężczyzna w zielonym kaszkiecie. Na ramionach trzyma małego chłopca.

Podnosi rękę i pokazuje dziecku kierunek, w którym ma spojrzeć. Jak gdyby obserwował pokaz fajerwerków.

Ludzie ruszają w stronę rynku. Bezmyślnie idziemy wraz z nimi.

Kolejne strzały.

Kilka kobiet ucieka do bramy. Ojciec stawia na ziemi kilkulatka.

Patrzę na strzępy spadającego materiału. Nie potrafię odnaleźć w sobie nic prócz odrobiny podniecenia.

Panika zaczyna się, gdy żołnierz w niemieckim mundurze bezwładnie zsuwa się po czerwonych dachówkach ratusza.

Ludzie rozbiegają się, chowają w sklepach i na podwórkach domów. Ulica pustoszeje w kilka sekund.

Gdzieś z na wpół otwartych okien słyszę przekleństwa rzucane pod adresem tych, którzy przyszli powitać niemieckie wojska. Biało-czerwona flaga powiewa już na miejscu spalonej. Próbuję nie patrzeć na ciała leżące na bruku. Wmawiam sobie, że ci chłopcy wciąż żyją i wstaną, gdy tylko znikniemy za rogiem ulicy.

Biegniemy do domu. Trzymamy Helenkę za ręce. Z jej kolana cieknie cieniutka strużka krwi. W zamieszaniu nie zauważyłam, kiedy się przewróciła. Pierwsza rana wojny. Będzie ich więcej, już nie mam złudzeń. Nadzieja prysła, bo jeśli nawet tutaj powstańcy nie poddają się bez walki, to co dzieje się tam, gdzie są wojsko i Władek.

 

Fragment powieści Rozdroża (Muza, 2014).

autor: Sabina Waszut