Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Proza



Kłusowanie na węgorze

Krew węgorza zawiera truciznę. Jest niebezpieczna dla ssaków i działa podobnie do jadu węża. Szkodzi sercu. Może wywołać drżenie mięśni, zatrzymać oddech, zakazić krwinki czerwone. W życiu wędkarza i jego rodziny nie ma to większego znaczenia. Po pierwsze - ichtioksyna ginie w 58 stopniach Celsjusza, po drugie - nigdy nie jemy żywych węgorzy, po trzecie - nie wysysamy im krwi. Węgorz to rarytas.

      Wędzimy, kroimy,

     odzieramy z czarnej skóry.

      Widelczykujemy białe mięso.

     Połykamy.

      Na języku zostaje smak.

    Kuzyn miał czternaście lat i mógł uczestniczyć w kłusowaniu. Mnie nie zabierano. Niestety chłopak miał płochliwą naturę i robił za duży rozgardiasz. To irytowało. Kłusowanie wymaga ciszy, a on potrafił kichnąć w najmniej oczekiwanym momencie. Zawsze się w coś zaplątał albo ni stąd, ni zowąd zaczynał chichotać. Zachowanie nie do przyjęcia. Wykorzystałam to. Jako jedyna dziewczynka w dzieckiej gromadzie wiedziałam - albo ja, albo - on. W ten sposób dostałam się do gabinetu dziadka. Do świata mężczyzn. Do zakazanego świata. Do tajemnic.

Węgorze łapie się na żywą rybkę. Najlepiej na ukleję (żyje najdłużej), ale może być stynka bądź krasnopiórka. W każdym razie musi to być rybka powierzchniowa, bo tylko taka „pociągnie do góry”. Zakłada się ją na przypon, powiedzmy, metrowej długości. Mocowanie żywca jest logiczne.

Najlepiej przebić rybkę igłą wzdłuż grzbietu. Delikatnie, żeby nie zeszła. Taka gwarancja, że węgorz połknie ją razem z haczykiem.

Przypon przywiązuje się (supełek) do sznura. Sznur kładzie na wodzie. Na dnie. Ma jakieś czterdzieści metrów. Co dwa metry przywiązuje się kolejny. Wychodzi w sumie dwadzieścia haków. I bywało tak, że wyciągaliśmy dwadzieścia węgorzy. Ale rzadko. W każdym razie taki był plan. Plan kłusowników.

Całą zmyślną konstrukcję lin, przyponów i żywych rybek na ich końcach rzucało się na noc i ściągało do świtu. Zaczynał się drugi etap. Etap ściągania węgorzy do pontonu. Potrzebny był specjalny podbierak. Pierwsze zdobywało się z NRD. Miały drobne jednocentymetrowe oczka. I właśnie przy ściąganiu lin Piotrek potrafił wszystko zepsuć. Kuzynie, sio!

Rzadziej, ale jednak, łowiło się węgorze na wędkę (dwie). To klasyka. Ciekawsza była metoda „na pupę”, czyli na „penczki”.          Pupy rzucało się na wodę. Góra dziesięć sztuk. Taki wewnętrzny regulamin z uwagi na konkurencję. Nie byliśmy jedynymi wakacyjnymi kłusownikami.

Zatem, do pupy przywiązywało się dziesięć metrów żyłki na okrętkę. Na jej końcu dryfowała oczywiście żywa rybka. Ale był problem. Pup trzeba było szukać. Ginęły. Nawet jeśli węgorz złapał się na nią, to ciągnął w trzciny. Tylko niektóre z pup dryfowały na środku jeziora. To w sumie gorzej. Bo były puste

Jakąkolwiek metodę by wybrać, kłusowanie i tak nie zacznie się bez żywca. W sumie to był największy problem. Nie ma trupa, nie ma węgorza. Dziesięć chłopa łapało po dziesięć żywców dziennie. To etap wstępny. Wiadomo, co było potem. Liny, pupy albo wędki. Wszystko nocą. Do świtu. A potem śmierć.

Węgorza nie jest łatwo zabić. Nawet wypatroszony potrafi uciec. Wrzucało się go do wiadra, zasypywało solą i nakładało dekiel. Strasznie wtedy piszczał. Ale to była najbardziej humanitarna metoda.

Wszystkie węgorze trafiały do wiadra. Wrzucaliśmy je po kolei. Wycierały się wtedy, trąc o siebie. To ważne. Tak miało być. Śliska powłoka znikała. Niektórzy zabijali inaczej.

Wystarczyło przyszpilić ostrzem między oczy. Ale nie każdy to potrafił. Było trudniej. Węgorz wyślizgiwał się. Zabity, trafiał do trawy. Ona wycierała, ścierała łuski. Można go było również zabić w piachu.

Koniec węgorza to ściąganie skóry. Nacięcie koło głowy i jeden szybki ruch. Skalp. Potem trafiał do marynaty albo pieczenia. Skórę na węgorzu zostawiało się tylko, aby go uwędzić. Takiego lubię najbardziej.

Węgorz był i jest pod ochroną. Obecnie każdy wędkarz może złowić tylko dwie sztuki na dobę (kiedyś cztery). Muszą mieć 50 cm długości. Nie wolno tego robić od 15 czerwca do 15 lipca. Teoretycznie w roku 1985 (ustawa o rybactwie śródlądowym) też miała obowiązywać. I zaczęła pod koniec lat osiemdziesiątych. Wtedy (oficjalnie) skończyło się kłusowanie. Skończyły się wyjazdy na węgorze. Przerzuciliśmy się na karpie.

      Tak czy owak, przygoda zaczynała się dopiero na jeziorach.

      Na sinych wodach, na molo, w łódce, w szuwarach.

      I cokolwiek by dodać, to były wakacje życia.

 

      Prawo człowieka stoi nad prawem węgorza.

autor: Ewa Olejarz