Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Proza



Opis krainy Gog (fragment)

Walka na przedmurzu trwa nieustannie. Może więc rację ma mój przyjaciel, Ryszard Stefańczyk, mówiąc mi, że najlepiej będzie dla Ukrainy zostawić ją na dziesięć lat w spokoju, by sama podjęła ważne decyzje i wybrała własną drogę. Coś w tym jest! Istnieje też dodatkowy czynnik, często pomijany: Ukraina jest prawosławna i Rosja jest prawosławna. Ta wspólność wiary to niewidzialny korzeń i ukryte podglebie wielu decyzji. To cóż, że się o tym nie mówi wprost, ale to niewypowiedziane jest niezwykle ważne. Swój to swój! U Gogola katolicy pojawiają się jako ludzie innej wiary, niemal niechrześcijanie, prawie niewierni, wiarołomni odstępcy od prawdziwej wiary (całkiem inną rzeczą jest, że prezydent Juszczenko to katolik: myśmy też mieli premiera Buzka, ewangelika).

Gdy się pójdzie w kierunku dworca, nie zbaczając, trafi się na rozległy plac. Stoi tam baraczek − maleńki kościół katolicki pod wezwaniem Bożego Miłosierdzia. Trochę dalej zielony skwer poświęcony ofiarom Czarnobyla. Po drugiej stronie, na murze sali przyjęć ślubnych, zawieszono płaskorzeźbę hetmana Daniły Apostoła. Kościółek jest prawdziwie biedny, rzeźba jest z fałszywego metalu. W rogu placu ukryła się „Nadzieja”, misja ewangelicka, wyglądająca znacznie lepiej niż kościół katolicki. To moje „lepiej” jest ludzkie, ziemskie i ewangelicznie oznacza „gorzej” − nie ma więc przyczyny do zmartwień. Wiele mógłby o tym powiedzieć Grigorij Skoworoda, niepokorny ukraiński filozof sprzed dwóch i pół wieku, który kilka razy był w Mirgorodzie. Ten pieszy mędrzec z Biblią pod pachą, znawca antycznej poezji i twórca własnej, piewca przyrody i wolności, przypomina mi trochę Thoreau i Whitmana, tyle że rodem z innego kontynentu i z innego wieku; dość że z chwilą, gdy bohater powieści Andrieja Biełego Petersburg zaczął czytać pisma Skoworody, dla otoczenia stało się to jednym z dowodów jego postępującej abnegacji − czy aby słusznie…

Krążę nieustannie po osi ulicy Gogola, teraz znowu muszę się wycofać w górę pod mój dom, pod sanatorium. Niedaleko brzegu rzeki Choroł jest duży i dobrze zaopatrzony sklep. Wszystko jak u nas, ale z jednym wyjątkiem − przy wejściu stoi spora gablotka ze zdjęciami. Gęby i gębki, smutni i weseli, w różnym wieku − to sklepowi złodzieje schwytani na gorącym uczynku. Mimo wszystko jest w tej wystawie jakiś rys postsowieckiego prawa z jego toporną pedagogiką, bez cienia refleksji, że można kogoś bardziej skrzywdzić, niż na to zasłużył. Wracam z powrotem − znowu pełno ludzi, oświetlone sklepy, ciemne chodniki, krzątanina, ruch… Myślę sobie, że chociaż Ukraińcy mają przed sobą wiele do zrobienia, to powinno im się udać. Ludzie się starają, jak mogą. A władze? Powinny dać dobry przykład. Jaki? Wielki i niewielki zarazem: prezydent Juszczenko winien natychmiast odebrać synowi drogie BMW i dać mu stare żyguli, a pani premier powinna sprzedać swoje superfutro na aukcji na rzecz jakiejś ochronki. Zaskakujące?! Bynajmniej. Nic nowego nie wymyślam − toż to stary postulat Gogola, który wzywał żony gubernatorów do skromnego odziewku, aby dając dobry przykład innym paniom, powstrzymały swoich mężów od brania łapówek na zakup drogich toalet. Zastanawiam się jednak, czy przy końcu tej książki premier Julia będzie jeszcze na urzędzie. Coś mi się widzi, że − tak czy inaczej − sukni nie sprzeda.

 

 

Fragment pochodzi z książki Opis krainy Gog, eseju-dziennika podróży autora po Ukrainie w roku 2007 roku wydanego przez warszawską "Więź" w roku 2011 i nagrodzonego w roku 2012 Literacką Nagrodą „Gdynia”.

 

autor: Marian Sworzeń