Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Proza



Pierścień

            Mój dziadek nie trzymał konia. Mówiło się, że koń to darmozjad, że nie wypracuje tego, co zeżre. Po co koń, skoro są w domu silne zwierzęta, krowy. No i krowy były od wszystkiego. Od mleka, od cieląt, od ciągania niezliczonych wozów z sianem, snopkami, gnojem. Brało się parę krów, ustawiało z obu stron dyszla, wciskało ich karki w prostokątne jarzmo, zatykało z zewnątrz mocnym patykiem i już. Dziadek brał w jedną rękę łańcuch dyndający wokół rogów, w drugą kijek leszczynowy i rozpoczynał uroczystą pielgrzymkę w pole. Wóz skrzypiał i kołysał się, najpierw po trawsku porastającym okolice chałupy, wzdłuż plecionego płotu, pod parasolowatą jabłonią, potem podskakując, zsuwał się na gościniec. Terkotały wesoło koła po kamieniach, krowy oganiały się ogonami od much, świeciło i mrugało słońce jak wirujący, rozpalony pieniążek. Dziadek zgięty wpół, wyschnięty, w białej grubej koszuli ze złością poganiał krowy.

            Złościł się, bo się spieszył, pośpiech był święty, życie bez pośpiechu było godne pogardy. W świecie dziadków ludzie nigdy nie mieli czasu. „Casu” nie było nawet w niedzielę, dzień świąteczny zaczynał się od gorączkowej bieganiny w poszukiwaniu wyjściowego kabata, od czyszczenia butów, trzaskania drzwiami, pokrzykiwań i docinków. O przełknięciu czegokolwiek nie było mowy, „śniadało” się dopiero po powrocie, po zaliczeniu trzech kilometrów w stronę kościółka, po zaliczeniu mszy i trzech kilometrów powrotnego deptania gościńca. Potem w pośpiechu robiło się obiad, zjadało i biegło z krowami. W niedzielę można je było popaść wreszcie porządnie, po „brzysku”. Brzysk był stromym trawiastym pasem ponad polną drogą wiodącą za rzekę i w las.

            Dziecko we mnie nie potrafi zachować żadnej chronologii. Pachnący film przesuwa się labiryntami synaps, wolno jak wstążeczka puszczona na łagodny wiatr, czasem coś iskrzy i przeskakuje, pali się z sykiem fragment taśmy. Wielokrotnie puszczane sekwencje nabierają mocy i barw, inne, nie powtarzane, nie świętowane, bledną, nikną, zapadają się w ciemne groby. Już po was, nigdy, nigdy – jak śpiewają gołębie. Nie będzie was nigdy i dla nikogo.

            Dziś nie ma niedzieli. Jadę na tym wozie dziadka, wbita pomiędzy drabiny, wóz jest drabiniasty jak w szkolnej lekturze, przewiewny jak suchy szkielecik, przechodzi przez niego podśpiewywanie kur i aromat papierówki.

            Leżą przy mnie grabie i widły, pogrzechotują po swojemu, wszystko grzechocze: koła, drabiny, łańcuchy krów. Krowy rytmicznie machają ogonami, dziadek wymachuje witką leszczynową, obrał ją pracowicie z liści, ale na końcu jak zawsze zostawił parę listków dla elegancji i teraz drgają sobie zielono, kiedy pręt lata w powietrzu jak dyrygencka batuta. Kolebię się na wozie zanurzona w tym widowisku, muzyce, podjeżdżamy bliżej rzeki i dołącza się do nas stukot i szmery przelewanej po kamieniach wody, o, proszę!, mamy i ptaki, słychać je z wielozielonych obłoków gęstwy okalającej koryto. Teraz dziadek z irytacją szarpie łańcuch w prawo, pręt leszczynowy tremolo tłucze bębniaste zady krów, takie są ociężałe i tępe, zanim pojmą, że teraz muszą zrobić dosyć gwałtowny zwrot, wbić się w pole, podciągnąć wóz trochę pod górkę, pod szpaler wyczekujących zwózki pięknie wysuszonych snopów. 

            Nadbiega babcia, wielka i płaska, w sękatej dłoni dzierży kankę z wodą. Jej twarz, objęta chustką niczym białymi dłońmi, ma wystające, czerwone policzki, żyłki na tych policzkach rozbiegają się promieniście, migoczą rude piegi, takie same rude plamki nosi babcia w szarych tęczówkach. Pofukują na siebie; dziadek jak zwykle pobożnie nachmurzony, rzuca pod jej adresem kąśliwą pretensję: „Dopiero teraz leci, ciekawe co też robiła w domu? Grzebała się, jak zwykle!”; ona odburkuje. Zaraz zrobi się z tego żarliwa i gorąca piosenka, przysłuchuję się jednym uchem; piosenka podryguje jak powietrze nad wodospadem przy młynie, nerwowa, gęsta od siarczystych babcinych epitetów, wreszcie dziadek milknie jakby utonął.

            Wóz jęczy i kolebie się. Dziadek podprowadza zaprzęg pod szereg dostojnych mendli, teraz zsuwam się z wozu, muszę się zająć krowami, przejmuję z rąk dziadka łańcuch i kijek leszczynowy, krowy muszą stać spokojnie, kiedy trwa załadunek. Babcia pakuje się na wóz, będzie układała snopy. Snopy układa się pedantycznie, wachlarzowato z przodu i tyłu, fura ma przejrzystą strukturę,  tak układały jej mama, a przed mamą babcia, a przed babcią prababcia. Mężczyzna podaje snopy na wóz widłami, z początku jest lekko, nie trzeba wysoko dźwigać, potem coraz ciężej, sterta snopów rośnie wzwyż; dziadek, którego grzbiet przywykł już do zgięcia, teraz z jękiem otwiera się jak zardzewiały scyzoryk, za każdym podrzutem rąk w górę. Niedługo już tak będzie otwierał się z bólem, za jakiś czas zastygnie w krzyżu na kamień, nawet spał będzie taki zgięty jak szprycha ze zużytego koła.

            Krowa widziana z bliska ma długie, czerwonawe rzęsy, proste i sterczące. Rzęsy okalają okrągłe, bardzo wypukłe ciemne oko. Oko nie posiada białka, całe jest brązowe i błyszczące, szkliste, odbijam się błękitnawo w tym oku, kiedy zwierzę podnosi wyżej głowę. Krowy szarpią się, oganiając od much i bąków, pomagam im, płosząc owady leszczynową witką. Łańcuchy grają swoją muzykę, obijają się o jarzmo. Ciężko oddycha upał. Och, żeby tak już czmychnąć w zieloną puszczę porastającą koryto rzeki. Ale nie, jeszcze trzeba odstać swoje, potem dziadkowie pomagają wspiąć się na ogromną stertę na wozie, pojadę jak królowa.

            Świat widziany z fury jest oczywiście większy. Smakuje mi przestrzeń i powietrze, dziadek zrobił się mały, widać mu czubki uszu spod wyszmelcowanej czapki; marzę o tym, żeby zobaczył mnie na tej furze ktoś ważny, na przykład dzieciaki ciotki Milki. Miejsce na furze daje moc, można po drodze złapać i zerwać niedostępną na co dzień dębową gałązkę. Mogę dziś zmierzyć się z potęgą drzewa, dla chodzących po ziemi śmiertelników widoczne są tylko sploty konarów i wysoko, wysoko blade podszewki misternie krojonych liści. Zboże pachnie jak oszalałe, w snopie tkwią rozmaite zielska, każde z nich ze swoim aromatem, biegają niezliczone robaczki, coś kłuje, chrzęści, jestem tak blisko słońca, nie miałam takiego tronu nigdy potem. Potem urodził się mój brat, miłość dziadków rozsypała się na niezliczonych kuzynów; czyjeś dziecko, młodsze ode mnie, zajęło miejsce pod oknem w kuchni, najlepsze, z widokiem na ogródek, gościniec i studnię, dobre krzesło z gładkiego, ciepłego drewna.

            Ale póki co, jestem jedyna, niezwykła i jadę wielką furą pod nieboskłonem. Dziadek wścieka się na krowy, babcia podpiera widłami stertę, kiedy wóz turla się z górki i przechyla się na bok. Babcia jest silna i żylasta, jej piegowate, opalone ramię mogłoby podtrzymać cały mój świat, gdyby przyszło mu sturlać się po jakiejś stromiźnie. Kiedy babcia myje się dokładnie w sobotę i odpina zatrzaski koszuli, zaskakuje mnie wielka, oślepiająca białość ręki powyżej łokcia i innych miejsc, których nigdy nie ogląda słońce ani obcy człowiek. Białość jest porcelanowo krucha, nie pasuje do tej szorstkiej i silnej istoty. Nagle ogarnia mnie strach, że babcia ma inną stronę, miękką i ciepłą, pozbawioną pancerza, śmiertelną. Babcia bez zasłony bluzki łagodnieje, pluska się w ciepłej wodzie, myje włosy, a potem zaczesuje za uszy; będą w niedzielę puszyste, będą się wymykały spod  świątecznej chustki w róże. Bez cienia wdzięku, szorstko będzie je wtykała z powrotem, palcami spękanymi od ziemi.

            Moja babcia nie wiedziała, co to jest słoń. „Ruszasz się jak słoń!” – krzyknęłam kiedyś do Zośki od Śliwków, a babcia zaraz zapytała o tego słonia. Słoń? Normalny, z trąbą, z Afryki. „Z jakiej to Afryki?”, zapytała, a ja nagle zrozumiałam, że ona po raz pierwszy w życiu słyszy to słowo. Słowo Afryka, słoń, lew, pustynia. Słowa puste, pustynia bez piasku, próżnia. W jej głowie istniał tylko realny świat dostępny zmysłom, mało ją to wzruszało, nauczyła się doświadczać najbliższej okolicy, ludzi, wiatru, zapachu rzeki, umiała upiec chleb i suszyła grzyby. Trochę umiała czytać i pisać, trochę chodziła do wiejskiej szkoły, pisała fonetycznie, tak jak mówiła, a mówiła gwarą i nie znała innego mówienia. Nie czytała książki, nie oglądała filmów, nigdy nie chciała mieć telewizora. Widziała to okropieństwo u sąsiadki, coś tam „skokało” w pudełku, od czego „łocy się psujom”. I już. Babcia wzgardziła telewizją, nie przeczytała ani jednej książki i przeżyła tylko jedno życie – swoje. Jej wyobraźnia nie została zaludniona, nie zamieszkali w niej Odyseusz, Hamlet ani nawet Królewna Śnieżka i nigdy nie opowiedzieli jej swoich historii. Była czysta jak rzeka, płynęły w tej rzece myśli i obrazy jak lustrzane odbicia obłoków. Znała oczywiście historie biblijne, z kościoła. „Bez Boga ani do proga”, powtarzała memento polskich domów, nieświadoma swojej misji, powtarzała, co słyszała od matki, babki, prababki. Znała też wszystkie plotki z okolicy, chciwie nasłuchiwała pogwarek, coś tam dołożyła, podała dalej. Plotki były smakowite, dawały dreszcze, do domu wchodził świat. Nie ten obcy i wielki, nie świat medialnych ikon – babcia wpuszczała do domu świat bliski, choć nieoswojony, czasem straszny jak horror: mękę dwudziestopięcioletniej Kaśki, umierającej na raka, Jędrka, co się powiesił w lesie na Wierzkowinie, zagadkową śmierć ciężarnej zabitej nożem w porzeczkach u Józków. Od tych opowieści cierpiałam gorzej niż przez wszystkie strachy z filmów, odbierały mi sen, po suficie izdebki łaziły cienie zmarłych, snuły się po ogródku, postukiwały luźnymi dachówkami, a zza rzeki dochodziły okrzyki strasznych boleści Kaśki. Kiedy wreszcie umarła, babcia zabrała mnie na pogrzeb, wepchnęła w tłum i pracując łokciami, przedarła w pobliże otwartej trumny. Kaśka w białej dziewiczej sukni miała ciemną, jakby spaloną skórę, czarne, suche włosy i wyszczerzone zęby w sinych ustach. Moja pamięć dodaje szczegóły, których przecież nie mogło być: długi biały welon, gałązki mirtu, ślubny bukiet. I ogromne białe trzewiki celujące noskami w niebo. Nie miała chyba kości, była płaska jak szmaciana lalka, sukienka w niezliczonych i daremnych fałdach zapadała się w głąb trumny, baby zawodziły, trumnę zatrzaśnięto, stuknęła o próg domu, powędrowała na barkach braci i ojca najpierw na wóz, potem do żółtej dziury. Dzisiaj po Kaśce nie  ma  nawet krzyża, zapadł się sczerniały i spróchniały, zarósł zielskiem, splótł z ziemią. Kaśka leży sobie w mojej pamięci jak w kolebce, dobrze jej tu, ma muślinowy welon jak królewna, mirt się zieleni, zęby świecą, a od ślubnego bukietu pachnie lilijkami jak w ogródku Maryi Panny.

            Dziadek lubił słuchać radia. Kiedy człapiąc, pojawiał się w porze obiadowej, babcia obrzucała go nienawistnym spojrzeniem i zaczynała głośniej szurać garnkami po blasze; pojawiał się kot i ocierał o piegowate, muskularne podudzia, mógł dostać wtedy kopniaka, babcia była zła, miała święte prawo, bo przecież nie miała „casu”. Dziadek już czekał, makaron kipiał, pod blachą nie chciało się palić i dymiło „na dysc”, świnie kwiczały, ryczała niewydojona krowa. Dziadek sięgał suchą, brązową ręką do gałki radia i kręcił. Do szaleństwa południowych dźwięków dołączały się strzępy jazzu, gadania w różnych językach, szmery i trzaski, babcia wściekała się, w jednej chwili leciały soczyste gromy, spadała łyżka, kot czmychał z rozdzierającym miauknięciem, syczał kipiący garnek i zalewał blachę, produkując parę jak obłok. Dziadek zwykle dawał za wygraną, przekręcał gałkę, uciekał do swojej szopy i dłubał przy czymś, czekając na wołanie, że obiad na stole. Wtedy pojawiał się jeszcze raz, kładł czapkę, robił znak krzyża i zabierał za jedzenie. Jadło się makaron z mlekiem, makaron z serem, pierogi z serem, bób, zupę grzybową, ziemniaki z mizerią. Raz w tygodniu, w niedzielę, jakaś kura poświęcała życie dla rosołu; babcia bez sentymentów zanosiła wierzgający kłębek piór na pieniek i siekierą wykonywała egzekucję. Nie było rady na babcię, nie obchodziło jej, czy rani moje uczucia − śliczna i słodka kurka wędrowała najpierw na pień, a potem do cebrzyka z wrzątkiem.

            Parzyło się kurę z każdej strony, a potem taką jeszcze dymiącą obskubywało z pierza. Najpierw boczyłam się na babcię i powtarzałam, że wolę makaron z mlekiem − gasiła mnie jednym szorstkim i kpiącym zdaniem. Nie było rady, brałam się za wyrywanie gorących piórek, wyłaziły z kury w zabawny sposób, z pyknięciem, każde piórko miało ostry koniuszek, każde było miękkie i piękne. Na brązową kurę składały się tysiące wielobarwnych wachlarzyków, żadne nie było godne  porzucenia, a przecież babcia wylewała cebrzyk z piórami na gnój, zostawiam sobie parę najładniejszych, wrzucam na spód walizki. Moja osobista historia to trochę jak historia ocalania śmieci. Piórek, kamyków, suchych liści, zębów mlecznych, fantastycznych w kształcie korzeni, wszystko pospolite, a przecież unikalne w kształcie, barwie, żal, że musi się rozsypać. Jeszcze na chwilę ocalam, czasem na jeden dzień, czasem na długo.

            Dziadek nie miał wykształcenia, tak samo babcia. Lubił za to po chłopsku filozofować, za co zbierał cięgi od żony. Takie ciągoty do głośnych rozmyślań tkwiły chyba w genach dziadkowych, bo jego bracia też lubili snuć głośne monologi, z refleksjami dotyczącymi natury świata i człowieka. Rozmyślania te − czerstwe, zdrowe i twarde, nierozmiękczone żadną lekturą − były fascynujące dla uszu dziecka. Wisiałam oczami na wąsach dziadkowych braci, spod których wychodziły perory o porządkach kosmosu. Bracia mieli solidne kręgosłupy religijne, surowe jak belki podpierające strop kościółka, nad którym złowrogo wisiał cmentarz na górce. Kiedy podrosłam, lubiłam wtrącać swoje trzy grosze do tych rozmów; wujeczni dziadkowie uśmiechali się z przymusem, dzieciom nie wolno było się wtrącać, a już na pewno nie „dziopom”, dziopy miały swoje miejsce przy maselnicy, nie powinny pokazywać kolan, „w tych miastach to zepsucie i zgorszenie, będzie za to kara boska!”. „A człowiek to od małpy pochodzi” − wtykałam kij w mrowisko. Staruszkowie nadymali się złowrogo, a dziadek huczał: „Jo już tela lot żyja i nie słyszołech, by się jakasik małpa w cłowieka zmieniła! A pudzies ty, sralicko!”, brał mnie za kołnierz i wyrzucał z komnaty. Komnata była izbą ciemną, ogromna grusza za oknem, poczerniałe święte oleodruki, wino pykające w gąsiorze, barłóg, na którym samotnie spał dziadek. Najmłodszy z braci, który zdradził ziemię ojcową i mieszkał w mieście, pojawiał się w niedzielne popołudnia z długim, czarnym parasolem, z grzywą pięknych włosów. Miał bladą, uduchowioną twarz, bez wąsów, delikatne dłonie, lubił niezwykłe, romantyczne przyodziewki, jakieś peleryny, swetry w przedziwnych barwach. Któregoś dnia zapytał o książki na strychu dziadkowym, czy nie ma tam książek. Dziadek pozwolił wejść do tego pachnącego kurzem raju i już na zawsze zniknęły stamtąd błękitne tomy historii starożytnej, brat wrzucił je do walizki i zniknął; patrzyłam jak odchodzi ze swoją peleryną na wietrze. Jeszcze wczoraj leżały tam − ciężkie, w starym, podziurawionym kornikami szlufanku − nikt tego nie czytał, ja także nie, ale dotykanie ich to jakby nabożeństwo, trochę pogańska, a przecież żarliwa modlitwa. Zakradałam się na strych, w tajemnicy, bo nie było wolno, schody skrzypiały, wszędzie zapajęczone butelki, z pozapalanymi światełkami słońca lejącego się spomiędzy desek; butelki brązowe, zielone jak milion witrażyków, zapomniane pęczki dziurawca i rumianku, niepokój kociej mamy, znowu miała kocięta w stercie starych liści do ocieplania dachu. Cisza i lęk jak w kościele, złowrogie, milczące banie os; uroczyście otwieram księgę, złote litery na okładce, rozsypujące się trochę niebieskie płótno, żółte, sztywne karty. W środku aż kipi od zagadek, niby po polsku, a przecież nie po naszemu, dziwne rysunki o czarodziejskich liniach, małe sacrum, poczta z innego świata.

            Kochałam świat dziadków; był słoneczny, pachnący i prawdziwy, ale to był świat wakacji; wracałam po nich do bloku w mieście, a tam telewizja, rodzice do pracy, po pracy pranie, kolejka, telewizja, tata znowu zapije. Książki na strychu dziadków to było zmaterializowane przeczucie innego życia, jakbym za każdym razem nurkowała pod zielony kożuch na stawie i podnosiła z dna pierścień.

            Lepię dziś ten wodny pejzaż z pierścieniem, pejzaż na mój obraz i podobieństwo, dłubię w głowie jak w glinie na zmianę mroczne i jasne korytarzyki, niebezpiecznie umyka ode mnie logika. Trochę jak w obrazie Vermeera Ważąca perłę ważę z czcią każdy dzień, na drugiej szalce malutka modrzewiowa szyszka, firanki pęcznieją od słońca, jeszcze całego w uśmiechach i jabłkach antonówkach; otwieram okno domu, którego nie ma, drzwi ganku, furtkę, oczy. Pisze się tutaj moje milczenie.

autor: Dorota Podstawska