wtorek / 24 października 2017 Gtl Członkowie Miesięcznik "Śląsk" Partnerzy Kontakt
Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Proza



Widnokrąg (fragment)

Ten mały, chuderlawy człowieczek na fotografii, o wytrzeszczonych oczach, w gabardynowym, jakby za dużym płaszczu i przygnieciony jakby za dużym kapeluszem – to mój ojciec. Obok niego, w granatowym marynarskim ubranku z krótkimi majtkami, w marynarskiej białej czapce na głowie, w sandałkach i podkolanówkach – to ja. Matki nie ma z nami. Więc pewnie to niedziela. Nie byłbym zresztą w tym marynarskim ubranku.

Matka prawdopodobnie gotuje obiad, bo cóż by mogła innego robić w tę letnią, słoneczną niedzielę, jak to widać na prześwietlonej słońcem fotografii. Coś tam miesza w garnku, coś przestawia na fajerkach, podkłada szczapy pod kuchnię, gniecie ciasto na kluski, narzekając, że wciąż te gary i gary, za co ją tak Pan Bóg skarał, żeby nawet na spacer w niedzielę wyjść nie mogła. Zawsze w niedzielę chodziliśmy na spacery, miała lisa, kapelusz, torebkę, rękawiczki, pantofelki, wszystko w jednym kolorze, była panią, oglądali się za nią, a została kucharką. Może kłóci się z wujenką Martą, bo mieszkamy wszyscy na kupie u dziadków i o kłótnię nietrudno.

Nie tylko ciebie, nie tylko ciebie, łagodzi jak może wujenka Jadwinia, bo wujenka Jadwinia każdemu by nieba przychyliła i boli ją, kiedy kogo coś boli, wszystkich nas pokarał. Takie świnie i to pokolczykowali, niby twoje, karmisz, starasz się, rąk od tych kartofli już nie czujesz, jeszcze żarte to, a nie możesz zabić. Poczekaj, tylko wrzucę im do koryta, i pomogę ci.

Za to wujenka Marta nie daruje ani słowu matki. Panią! Widzieliście ją, panią! To po coś tu przyjechała? Trzeba było siedzieć w mieście, kiedy ci tak dobrze było. A lisa też mogę mieć, nie myśl sobie. O, pójdzie Władek, zastawi wnyka, da się Kaźmierskiemu do wyprawy i będę miała. Pójdziesz, Władziu?

Wujka Władka ten lis aż podrzuca. Czyś ty, chlero jasna, rozum postradała? I gdzie byś w tym lisie chodziła? Po wsi? Żeby żandarm się przyczepił, skąd masz lisa, i mnie za dupę potem? Albo żeby nas ludzie obgadali, żeśmy się zbogacili i może na Żydach jeszcze? Chryste Panie! No, nie durne to? Człowiek dnia ani godziny niepewny, a ta lisa! Lisa jej się zachciało! I dając upust wezbranej wściekłości, przedrzeźnia wujenkę Martę. Lisa! Lisa! Pójdziesz, Władziu? Sakramencka! Żyły wypruwasz na doktorów, to o tym nie pomyśli. Skąd wziąć na lekarstwa, nie pomyśli. Tylko lisa! Lisa idź jej złap!

Wujence Marcie oczy zachodzą szkliście, przysiada w milczeniu na ławie pod oknem i bierze się za wyszywanie makatki. Dobra gospodyni smaczną strawę czyni. W niedzielę wyszywasz? Mówi znad różańca babka. W niedzielę grzech. A wujek Władek długo jeszcze nie może darować jej tego lisa. Lisa! Lisa!

Dopiero dziadek trzepie się swoim zwyczajem w kolano i ucina. Spokój! A potem łagodnie, z wysokości już swojego wieku, sam zaczyna o lisach, jakby on jeden o lisach wiedział wszystko. E, nie widać jakoś teraz lisów. Trochę tam kuropatw, zajęcy. A lisy jakby poznikały. Czy ta wojna, czy co? Nie było niby przepowiedni na lisy. Na kuropatwy tak. Nie będzie kuropatw, nie będzie i Żydów. Nie słychać nawet, żeby komu lis kurę porwał. A dawniej nie było dnia. Nie kurę, to gęś, kaczkę. I nory pozapadane, ani śladów, żeby wchodziły, wychodziły. Może jaka zaraza? I na lisy to nie teraz, w lecie. Teraz byle co, nie futro. Raz, dwa by ci wyleniało, Martuś. To dopiero zimą. Zimą im gęstnieje. I włos się robi grubszy, dłuższy, połyskliwy. Trzyma się latami potem. Drut tylko trzeba by stalowy na wnyka. Jest tam kawałek na strychu. I wypatrzyć, którędy jaki chodzi. Ale to do zimy jeszcze ho, ho.

A skoro niedziela, to na obiad jest kogut. Dumny, karmazynowy, z purpurowym grzebieniem. Chodził co dopiero po obejściu, jeszcze widzę go, jak ze stada kur wybiera sobie tę kropiatą kokoszkę, podlatuje do niej, roztrącając na boki pozostałe kury, i hop! przygniata ją, potulną, do ziemi, po czym otrzepuje się i dalej chodzi dumny. Jeszcze krew kapie z jego odrąbanej szyi, znacząc ślad od pniaka do izby, gdy go wujek Stefan niesie za łapy w swojej wielkiej ręce, tłumacząc jak samemu sobie, nie rzucaj się, ty nagła, przecież już nie żyjesz. Ale kiedy staje w progu, kogut znowu rozpościera skrzydła, jakby chciał się nimi zaprzeć o futrynę. Trzymaj go, bo mi krwią ściany obryzgasz, krzyczy wujenka Jadwinia, a dopiero bielone. Ano, mówię mu, żeby się nie rzucał. Co mu mówisz?! Co mu mówisz?! Łeb mu uciąłeś i mu mówisz! Wujek ze złością ciska koguta do cebrzyka.

O, wielki kogut, ale to wielki kogut, dziadek pochyla się nad cebrzykiem, a kogut jakby słysząc, że go dziadek chwali, znów się pręży, trokuje. Dopiero gdy wujenka Jadwinia polewa go wrzątkiem z czajnika, kurczy się, flaczeje, i to jest jego wieczne odpoczywanie. A wujenka przepasuje się zapaską, podsuwa sobie stołeczek. Wyrwij mu ogon najpierw, przypomina dziadek. I wujenka całą garścią wyrywa ten ogon. Idzie wrzucić ten ogon pod kuchnię. Wydaje się, jakby pęk płomieni niosła, żeby ustrzec dom przed ogniem. Już łapie pogrzebacz, już zrywa fajerki. Wołam, wujenka nie wrzuca, zrobię sobie pióropusz! Będę Indianinem! Wujenka się waha, a masz, tylko sobie osusz. Po coś mu dała? Dziadek nie ukrywa niezadowolenia, chcesz, żeby się jeszcze dom kiedy spalił? A z czego sobie zrobi pióropusz, jak chce być Indianinem? Pawi u nas nie ma. Tam zabobon, miałby się dom przez ogon spalić. Widzicie ją, będzie z ogniem igrała.

Wujenka obraca koguta na plecy, na brzuch, rwie, aż pióra chrzęszczą. Zostaw, mówi matka, sama sobie poradzę, a ty ubieraj się do kościoła, bo na mszę chcesz, a na sumę nie zdążysz. Zdążę, wujenka zwija się, aż jej się chustka obsunęła na tył głowy i uwolnione włosy czarną chmurą przesłoniły jej twarz, a jak się trochę nawet spóźnię, to się Pan Bóg przecież nie spostrzeże. Nie po to na krzyżu wisi, żeby patrzyć, kto się spóźnia.

Ma wujenka bogate te włosy. Nie piękne, nie gęste, lecz bogate. Stara Smykowa, sąsiadka, mówi nawet, bogachne. Ależ to bogachne masz te włosy, Jadwiniu, bogachne. Nie dał ci Bóg dziecka, ale chociaż włosy dał ci za twoje złote serce. Inne i tego nie mają. A wujek Stefan nieraz pogładzi wujenkę po tych włosach, kiedy nikt nie widzi, i nie powie nic. Ale wujenka wie, co chciałby powiedzieć, i co sobota myje te włosy. Tylko deszcz zaczyna padać, podstawia wiadro pod rynnę i łapie deszczówkę na to mycie. Nawet z pola potrafi przylecieć, kiedy deszcz pada, żeby nałapać deszczówki. Pełno tej deszczówki stoi w blaszanej beczce pod ścianą i w drugiej dębowej, i w kotle, bo nie może jej zabraknąć na żadną sobotę. A przecież zdarza się, że deszcz długo nie pada, nieraz całe lato susza zalega nad wsią, nad polami, a deszczówka musi być na to mycie włosów w sobotę.

Toteż w soboty wujenka już nie chodzi w pole i wszyscy to ze zrozumieniem przyjmują. Choć na wszelki wypadek co sobota rano wujek Stefan przypomina, to Jadwinia niech zostanie, włosy musi sobie umyć. Jeden tylko dziadek, nie żeby miał co przeciw temu, bo lubi wujenkę Jadwinię, nie może się nadziwić, że tak co sobota. We żniwa, no, to prędzej, nakurzy się, ale teraz znów nie ma tak kurzącej się roboty. A wszów i tak się nie wymyje, tylko trzeba grzebieniem wyczesać. Co ojciec z tymi wszami? Wujek Stefan się obrusza. Jakich wszów? No, a jakich? Wszów. Zawsze mieli wszy we włosach. To już teraz nie mają? Oj, tata, tata, wujenka Jadwinia próbuje te wszy w śmiech obrócić, bym się chyba ze wstydu spaliła. A zostanę, bo trzeba dom trochę oporządzić na niedzielę, poprać, pozamiatać, obiad ugotować. I wujenka zostaje, żeby umyć te włosy.

Najpierw naciera te włosy naftą. Żeby miały połysk i nie wypadały. Potem obnażona do pasa, staje nad miednicą, piersiami prawie dotykając wody, bo i piersi ma wujenka bogachne. Chybaby się wypchnęły z miednicy, gdyby je obie naraz zanurzyła. Rozchodzą się na boki, tak im ciasno ze sobą. Obnosi wujenka te piersi po izbie, gdy dolewa gorącej wody do miednicy z sagana i gdy po pierwszym myciu chlusta mydlinami z sieni na obejście, i gdy drew podkłada pod kuchnię, czasem tylko podtrzymując je jedną ręką, żeby jej nie zatoczyły. Ale też nie musi się nikogo wstydzić, wszyscy w polu, ja pognałem krowy, i tylko Pan Jezus w Ogrójcu sam na sam z wujenką, ale też nie patrzy na wujenkę, bo się modli i ma oczy w górze. Toteż nawet w drzwiach nie przekręciła wujenka klucza, bo któż by mógł przyjść, najbliżsi sąsiedzi tak samo w polu i dalsi w polu, i cała wieś w polu.

Pochylona nad miednicą, ma wujenka całą głowę w pianie i zanurzonymi w tej pianie rękoma szoruje, jakby z miesiąc tych włosów nie myła, a piersi kołyszą się pod nią jak dwa dzwony w takt ruchów jej rąk. Nie widzi, nie słyszy, bo i oczy, i uszy ma zatkane pianą, a jeszcze szum szorujących rąk w głowie słyszy, gdy nagle jakby coś ją tknęło. Tak jak stoi nad miednicą, z rękami we włosach, nieruchomieje. Kto to? Ni to pyta, ni się płoszy, bo nie słyszała, żeby drzwi ktoś otwierał. A wujek Stefan swoimi wielkimi rękami podbiera te piersi wujenki wiszące nad miednicą, jakby szczenięta z barłogu podbierał. Wujenka udaje zdziwienie. Nie poszedłeś w pole? Wróciłem się, że niby osełki zapomniałem. Chodź. Co ci się ubzdurało? Nie widzisz, włosy myję? A jak kto wejdzie? To i co? Długo? Ale i na krótko może wejść. To niech wchodzi. Nie z cudzą, tylko z własną. Poczekaj, niech choć spłuczę. Przekręć klucz. Po co? Chodź. I podkasuje wujence spódnicę, sadza ją sobie na kolana i huśtają się. Wujenka raz po raz unosi się z wujka kolan i opada, unosi się i opada, wzdychając, o, Boże, o, Stefuś. I coraz szybciej, o, Boże, o, Stefuś. Wujek coraz mocniej obejmuje wujenkę za piersi, aż z wujenki włosów piana rozbryzguje się po całej izbie. Nagle wujenka wydaje cichy jęk i zwiesza się wujkowi w rękach, a wujek przywiera głową do jej pleców. I tak siedzą chwilę, zastygli. Może tym razem da Bóg, Stefuś. Ano, może da.

autor: Wiesław Myśliwski