wtorek / 24 października 2017 Gtl Członkowie Miesięcznik "Śląsk" Partnerzy Kontakt
Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Proza



Nowa szkoła filozoficzna (fragment)

Żyjemy umarli. Obrotni, złośliwi, podstępni, uczynni, rozkładający się umarli. Znamy się dobrze wszyscy i znamy tę swoją tajemnicę. Podobno zbuntowani poeci i artyści w końcu XIX wieku uciekali do Afryki… A my możemy się buntować? Czy widzisz tych cichych ludzi z głupim wyrazem twarzy? To też wielcy buntownicy, ale nikt o tym nie wie. Są już spokojni, poskromieni, czekają na ulicy na znak milicjanta, na zielone światło. Czasem tylko pijani wymiotują i odgrażają się swoim wrogom, sztuce, Panu Bogu. Przeważnie wystarczają jakieś żony albo inne, żeby takich buntowników przywołać do rzeczywistości. Uciekali do Afryki, na wyspy Oceanu Spokojnego. A my gdzie uciekniemy? Może też na równik? Nie, my uciekamy do toalety. Tymczasem okazuje się, że w ubikacji nie jest już tak zacisznie, spokojnie jak dawniej. Wszyscy patrzą na siebie podejrzliwie. Kto zapłaci za naprawę? Wszyscy patrzą na siebie złym wzrokiem. Nie wiadomo, kto zostawia po sobie nieczystości. Więc może uciec w siebie? Ale lepsze już jest siedzenie w poczekalni III klasy na dworcu w Gorzkowicach niż siedzenie w sobie. My znamy nasze wnętrza, wnętrza ludzi współczesnych. Któż tam wytrzyma mężnie jeden samotny wieczór, jedną bezsenną noc? Życie moje zostało pozbawione sensu. W chwili próby walczyłem z bronią w ręku, „przelewałem krew”; jestem w porządku wobec siebie, ludzi, ojczyzny. Ale nie uratowałem sensu życia (…).

Kiedy tu przyszedłem, miałem nadzieję, że w tym nowym domu, wśród nieznajomych, znajdę człowieka, który pomoże mi wrócić do życia. Tymczasem oni płakali, wymiotowali, zwierzali się swoim kobietom. Prędko poczułem obrzydzenie. Później, przez wszystkie lata, omijaliśmy się.

Były to długie okresy, kiedy wszystko wydawało mi się nierealne. Ludzie byli dla mnie zrobieni tylko ze skóry i mięsa, podejrzewałem, że w środku nic nie mają; chodziło mi o duszę. Były to jakieś okropne przedstawienia. Widziałem literatów, których ciała były zakończone głowami. W głowach tych były usta, które się prawie nie zamykały, w tych ustach mieli oni przeważnie zepsute zęby. Wszyscy ci ludzie bardzo dużo w tym czasie mówili. Były to pierwsze lata po wojnie. Mówili tak dużo, że wreszcie to wszystko, co mówili, pomieszało się zupełnie. I przez całe lata, pod koniec każdej dyskusji (rozmowy), nikt nie wiedział, o co chodzi. Byli wśród nich katolicy, komuniści oraz tacy, co na oczach zebranych zmieniali się z katolików w komunistów; były też zwyczajne pluskwy, gąbki, diabli wiedzą co, starzy, młodzi, idioci, moraliści (…). W głowach ludzi, których w tym czasie oglądałem interesowały mnie oczy. Miały one często wyraz dziki, twardy, szyderczy i okrutny. Po obu stronach ludzie mieli uszy. Uszy wyglądały specjalnie komicznie u mężczyzn pod kapeluszem. Wyrastały te nagie, białe albo czerwone uszy po jednym z każdej strony głowy. Muszę się przyznać, że i nosy w pewnych chwilach wydawały mi się czymś niesłychanym. Wyrastały one nagle między oczami, kształt ich był jakby porzucony przez naturę. Nosy zbyt agresywnie wyrastały z płaskich twarzy. Poza tym ludzie mieli po dwie nogi i po dwie ręce. Nogami posługiwali się normalnie, skromnie, ale jeśli chodzi o ręce, to sprawiały im one wyraźny kłopot. Ludzie nie wiedzieli, co robić z rękami. Nawet bardzo inteligentni i wykształceni. Tymczasem albo je nosili w kieszeniach, albo splecione i złożone na zadku… Czasem podpierali się buńczucznie pod boki, ale i to nie miało wiele sensu. Niezłym wyjściem z tej kłopotliwej sytuacji było trzymanie w ręce gazety, rękawiczek, laski. Można tez było trzymać się pod rękę. Z chwilą kiedy ręce zostawały puste, zaczynał się znów kłopot i głupia plątanina. Ręce zwieszały się po obu stronach tułowia i często dyndały bez sensu (…). Próbuję opisać, wytłumaczyć te stany „ostrego widzenia” i widzę, że wszystko zaciemniam. Człowiek umrze i nie potrafi opowiedzieć rzeczy najważniejszych. Umiera się niemową (…).

autor: Tadeusz Różewicz