wtorek / 24 października 2017 Gtl Członkowie Miesięcznik "Śląsk" Partnerzy Kontakt
Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Proza



Alfabet Śląski (fragment)

Cyganeria

 

Prawdziwą kawiarnią artystyczną w Katowicach była „Cyganeria” przy ulicy Wieczorka (obecnie Staromiejska), ale tylko w tym okresie, gdy prowadziły z niej reprezentacyjne schody na Scenę Kameralną mieszczącą się na pierwszym piętrze. Po ich zlikwidowaniu zaczęła ulatniać się atmosfera twórczego nieróbstwa, a lokal począł podupadać, ponieważ jej właściwa klientela powoli dawała dyla, szukając innych przystani dla swych rozwiązłych języków.

Najpierw porzucili ją literaci, którzy zawsze chadzają własnymi drogami, potem zdezorientowani plastycy, wreszcie osamotnieni aktorzy i śpiewacy oraz ci wszyscy snobujący się na „koneserów sztuki” mieszczanie, co to przychodzili, żeby zobaczyć jakiegoś Holoubka czy Morcinka, albo nie mniej zabawnie sławnego plastyka. Niektórym ludziom sprawia bowiem przyjemność, gdy na ich oczach zachlewa się ktoś ze świecznika chociażby z kręgu pewnej ubogiej i zestresowanej muzy, albo gdy pod wpływem wzmocnionej aqua vitae rzuci wieloznacznym słowem.

Stamtąd wynoszono dowcipy i kawały, produkowane taśmowo przez podchmieloną brać artystyczną oraz głośnym szeptem układane bon moty, w których celował malarz Jasio Dutkiewicz. A dowcipy? W pierwszą noc po mianowaniu kolejnego ministra kultury i sztuki z awansu, żona mówi do niego w łożu: „Czy ty kiedy myślałeś, że będziesz spał z ministrową?” I ta sama pani do swoich bliskich koleżanek: „Odkąd mąż został ministrem dostajemy ogromną ilość zaproszeń. Ostatnio na wesele jakiegoś Wyspiańskiego. Kazałam posłać tort”. A gdy zaczęto sprzedawać alkohol dopiero od godziny trzynastej, obowiązywało hasło: „Kto przed trzynastą zamoczy dziób, ten jest orzeł a nie drób”. Któregoś dnia pewien podchmielony literat starej daty zbierał podpisy pod petycją do Sejmu, który powinien podjąć uchwałę o mianowaniu literatów. − Czynie to w imieniu naszego sekretarza propagandy − powiadał − który słusznie twierdzi, że skoro można mianować docentów, to tym bardziej artystów.

Pod ścianą przy drzwiach wejściowych po lewej stronie mieli swoje stoliki: Jan Baranowicz z towarzyszącym mu wiernie spikerem radiowym Jurkiem Szczawińskim; dalej Bolesław Surówka, oblegany przez kolegów dziennikarzy i plastyków, wśród których rozpoznawalni byli − Rafał Pomorski, Janusz Łonicki, Jan Dutkiewicz, rzeźbiarz Marcinow i inni.

Nie opodal też rozpierali się Aleksander Baumgardten z Lipczyńskim, którzy − jak nie nucili starych szlagierów − to napadali zgryźliwie na Baranowicza i innych gryzipiórków. Do tego stolika podbiegał Andrzej Hiolski, gdy pojawiał się w Katowicach. Trzeba nam bowiem wiedzieć, że ci trzej panowie i jeszcze jeden ich przyjaciel tworzyli swego czasu wzięty chór rewelersów.

Naprzeciw, nie opodal drzwi do kuchni, przesiadywał reżyser Edward Żytecki, bez przerwy nagabywany przez podstarzałych aktorów, których pomijał przy obsadzie ról. − To starcza złośliwość − krzyczeli i czynili nieprzystojne aluzje. Tuż obok pisarz robotniczy Jan Brzoza, który prowadził „lwowski stolik”, lubił czasami głośno dawać znać o sobie.

Odnosiło się wrażenie, że bywalcy tego lokalu wiedzieli wszystko o zbierającej się tutaj artystycznej ferajnie, bo żywo reagowali nawet na przytłumiony dowcip, czy głośny szept. A kiedy pojawiał się Jóźko, czyli Nacht-Prutkowski, szła bomba w górę: zaczynał się kabaret. Już od drzwi rozpoczynał skeczową improwizację. Głośno witał znajomków, ale li tylko po to, żeby ich natychmiast ośmieszyć. Któregoś dnia, gdy znany satyryk pokazał swoją roześmianą gębę w drzwiach kawiarni, Brzoza, chcąc uprzedzić atak − Prutkowski zawsze od niego zaczynał − zapytał głośno: − Ta, Jóźku, jak si ma twój półroczny syn?

− Dobrze, koleś − odpowiedział tubalnym głosem Prutkowski − już si sam onanizui.

autor: Bolesław Lubosz