Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Proza



Przerwana taśma

Nie potrafię sobie przypomnieć, co wtedy robiłam. Może uczyłam się na sprawdzian z fizyki, może wkuwałam matmę. Przeklęte funkcje, na wspomnienie których do dzisiaj oblewają mnie zimne poty. Albo leżałam na tapczanie i przy pomarańczowym świetle papierowego kinkietu czytałam kolejną część "Sagi o ludziach lodu", którą co miesiąc kupowałam w kiosku przy dworcu. Pożyczałam ją potem koleżankom z klasy, ustawiała się cała kolejka. A może ukazał się właśnie nowy tom "Panien i wdów"? Mogłam też oglądać telewizję albo gadać przez telefon z przyjaciółką. To jednak mniej prawdopodobne. Z Agatą wolałam się spotykać, siedziałyśmy w zaciszu mojego pokoju albo włóczyłyśmy się po Kozłowej Górze bez celu, gadając, gadając, gadając.

Nie pamiętam, co robiłam tamtego wieczoru, wiem jednak, czego z całą pewnością nie robiłam. Nie stałam przy oknie z nosem przyklejonym do szyby. Nie spoglądałam nerwowo na zegarek. Nie martwiłam się, dlaczego rodzice tak długo nie wracają. A przecież dawno już zapadł zmierzch, a oni wyjechali po obiedzie. Kiedy wróciłam ze szkoły, zastałam pusty dom i jeszcze ciepłą zupę ogórkową na piecu.

Kiedy usłyszałam zgrzyt klucza w zamku, jak zawsze wybiegłam rodzicom naprzeciw.

- Gdzie mama? - Nie wiem, czy zadałam to pytanie, pewnie tak, przecież pojechali razem, a tata wrócił sam. Musiało mnie to zaskoczyć.

Gdybym spisywała zmyśloną historię, teraz pewnie pojawiłby się opis twarzy ojca. Bladej, skurczonej, z zapadniętymi policzkami. Ale się nie pojawi, bo nie mam pojęcia, jak wtedy wyglądał. Chyba normalnie, nic mnie nie zaniepokoiło. Nawet to, że trzymał w ręku wrzosowy płaszcz mamy, jej czarną torebkę i kozaki.

Długo nic nie mówił. Zdjął buty, potem założył papcie. Skórzane, z dziurkami. Stanął na środku korytarza, przodem do mnie. Tak, to pamiętam dobrze. Ten jego półobrót, uważne spojrzenie spod krzaczastych brwi. I brązowe, przybrudzone papcie wsunięte na czarne skarpety.

- Mama została w szpitalu – powiedział.

- Dlaczego? - spytałam, wciąż jeszcze bez strachu.

- Tomograf wykazał, że ma guza mózgu.

- Guza mózgu? - nie zrozumiałam.

- Bardzo złośliwego guza mózgu. Mama ma raka.

Nie wiem, czy pojęłam grozę sytuacji po tym pierwszym zdaniu, czy tata musiał mi je powtórzyć kilka razy, wbijać do głowy jak tabliczkę mnożenia tępemu uczniowi. W końcu jednak dotarło. Rozlało się niczym smoła po całym ciele, zabrało oddech.

Nie wróciłam już do pokoju. Do otwartej książki, włączonego telewizora. Narzuciłam kurtkę na ramiona, włożyłam buty. Zbiegłam po schodach, a potem przez uchyloną bramę wypadłam na ulicę.

Nie pamiętam, jaka była pogoda. Czy spadały na mnie grube krople deszczu, czy może wczesny październikowy śnieg. Czy spotkałam kogoś po drodze, czy w oknach sąsiadów paliły się światła. Czy szczekały uwięzione za wysokimi ogrodzeniami psy. A może w powietrzu rozległo się nagle dudnienie kościelnych dzwonów? Może w oddali przejeżdżał pociąg i usłyszałam jego rytmiczne szuranie? Nie pamiętam. Wiem tylko, że biegłam. Na łeb, na szyję. Do utraty tchu.

Kolejną scenę znów widzę wyraźnie. Stoję na betonowych schodach bez poręczy. Naciskam dzwonek, wpatrując się w dwuskrzydłowe, drewniane drzwi z zardzewiałą klamką, które po chwili otwierają się z głośnym skrzypnięciem. Na progu staje Agata. Ma włosy związane w wysoką kitkę, oczy mocno podkreślone kredką. Fioletowy, ażurowy sweterek i dżinsy. Z wnętrza domu bucha ciepłe powietrze, w tle słychać telewizor i babcię przyjaciółki nucącą jakąś kościelną pieśń.

- Moja mama ma raka – mówię.

Tu wspomnienie się urywa. Nie wiem, czy poszłyśmy nad zalew czy do parku przy kościele. Nie wiem, czy w ogóle gdziekolwiek poszłyśmy. Nie pamiętam, czy mnie przytulała, pocieszała, czy udźwignęła ciężar, z którym do niej przybiegłam.

Nie pamiętam też powrotu do domu, pierwszej nocy bez mamy. Czy płakałam, modliłam się, czy pytałam jeszcze o coś tatę. A może czytałam, aż nie zaczęły kleić mi się oczy.

Wyraźnie widzę za to kolejny dzień. Jazdę do Tarnowskich Gór zapchaną do granic możliwości "piątką", szybki marsz przez rondo, Sobieskiego, Opolską. Gwar szkolnych korytarzy. I słowa Asi, mojej najbliższej klasowej koleżanki:

- Martwię się, że źle napiszę sprawdzian z fizy...

Milczę, więc po chwili niespokojnego przestępowania z nogi na nogę, odchodzi ode mnie, idzie martwić się z kimś innym. A ja siedzę – widzę to jakby zdarzyło się dzisiaj – siedzę oparta o ścianę pokrytą w połowie żółtą emalią i patrzę na nich. Na Asię, Sonię, Kasię. Opowiadające sobie w drugim kącie dowcipy, roześmiane. Na brzdąkającego na gitarze, naćpanego Michała, Olka jak zwykle błaznującego przed dziewczynami. Na korpulentną sylwetkę wychowawcy, przechadzającego się w oddali, z rękami charakterystycznie założonymi za plecami. Patrzę na nich wszystkich, jakbym oglądała film. Film, z którego nic, zupełnie nic już nie rozumiem. 

autor: Hanna Dikta