Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach
G ó r n o ś l ą s k i e   T o w a r z y s t w o   L i t e r a c k i e   w   Katowicach

Proza



FO-RA!

− Dziękuję jejmościance − generał był wyraźnie zadowolony. − Gracko się sprawiłaś, waćpanna. Pan kasztelan byłby wielce rad z takiej córuchny.

− Tatko zawsze powtarzał, że służyć Ojczyźnie to rzecz najgłówniejsza dla każdego Polaka i każdej Polki. A imć generała nakazywał szanować i słuchać we wszystkim. − Stella lekko skłoniła głowę i skierowała na swego rozmówcę spojrzenie najbardziej zalotne, jakie znała. Wiedziała − bo piękne kasztelanki z taką wiedzą przychodzą na świat − że tak patrząc, oczaruje każdego.

Generał uśmiechnął się łagodnie. „Mógłby uśmiechać się częściej. Przynajmniej do mnie” − pomyślała Stella.

− Zacności człowiek był z ojca waćpanny...

− A w taki dzień, jak dzisiejszy miałby roboty moc − teraz panienka podniosła główkę z taką energią, że zachwiało się strusie pióro zdobiące jej modny kapelusz z dużym rondem. − Ale i my nie próżnujemy...

− To prawda − generał ogarnął spojrzeniem rozłożone na dębowym stole papiery, raporty, listy, mapy. − Raz jeszcze dziękuję pannie kasztelance i proszę do mnie jutro o tej samej porze. Będą nowe ordynanse.

Złożył wojskowy ukłon.

− Do jutra więc, mości generale − Stella dygnęła lekko i wyszła, a właściwie niemal wyfrunęła z gabinetu.

Szła szybkim krokiem po korytarzu raz po raz poprawiając, jak to miała w zwyczaju, wstążki przy kapeluszu. Choć, prawdę mówiąc, dotykała ich tylko, muskała palcami, bo przecież nie wymagały poprawy. Ale kiedy myślała o czymś intensywnie, była przejęta, wzruszona lub rozgorączkowana, gładziła mocno związaną kokardę szczególnie często, nawet o tym nie myśląc. Tak było i teraz.

Od wielu tygodni żyła, działała, poruszała się, myślała w podnieceniu i ekscytacji. Wokół działy się rzeczy wielkie, a ona była ich może nie współtwórczynią, ale aktywną uczestniczką.
− Stelka, ty tutaj! − z zamyślenia wyrwał ją okrzyk pełen radosnego niedowierzania. − Kiedy przyjechałaś?

Seweryn Zaręba, kuzyn i niegdysiejszy towarzysz dziecięcych zabaw w Poturzycach i Zapłociu, stał przed nią uśmiechnięty i wyciągał ręce na powitanie.
− Sewerku, gdy spotykasz damę, powinieneś najpierw ją pozdrowić, powitać uprzejmie, a nawet uniżenie. Także wtedy, a może przede wszystkim wtedy, gdy jest to twoja urocza kuzynka...
− ...której jeszcze całkiem niedawno pomagałem wsiadać na kucyka.

− Kucyk, proszę kuzyna, wyrósł już bardzo. Zmienił się w narowistego rumaka i nawet nie jestem pewna, czy pozwoliłby ci podejść do siebie.

− Pojedziemy do ciotki dobrodziejki i sprawdzimy.

− A pojedziemy, pojedziemy. Z radością zobaczę, jak Sułtan zrzuca cię przez łeb.

− Steluniu, zawsze miałaś języczek żółcią zaprawiony i nigdy nie doceniałaś umiejętności najzręczniejszego z Zarębów.

− Kuzynie, nigdy nie mów „nigdy”...

− ...i nigdy nie mów „zawsze”. Pamiętam, rozmawialiśmy o tym w Poturzyczch na ganku...

− ...po kolacji...

− ...lipy pachniały...

− A panny rezydentki zmorzył sen!

− Może tylko drzemka.

− Niech będzie drzemka − zgodziła się Stella łaskawie i dopiero teraz podała kuzynkowi Sewerowi dłoń do ucałowania. Prawdę mówiąc, obie dłonie. 

− Zatem, Stelko, rzecz kończąc: rzadko doceniałaś moje umiejętności − wyrzekł porucznik Zaręba po tym oficjalnym powitaniu.

− Powiedziałabym: niezbyt często. Przecież nie powinieneś wbijać się w dumę − kasztelanka dotknęła wstążek przy kapeluszu. − Ale pytałeś, kiedy przyjechałam. A teraz odwiedzałam starego znajomego − wzrokiem wskazała drzwi gabinetu generała.

− Rozumiem − Sewerek spoważniał, ale tylko na chwilę. − A czy nie miałabyś ochoty, kuzyneczko, pójść do teatru?

− Żarty się kochanego kuzynka trzymają, bo to i pora nie ta, i przebrać się powinnam, a wreszcie słyszałam, że aktorowie czymś innym niż asamblami i spektaklami zajęci.

− I dobrze słyszałaś, kochana prowincjuszko...

− Nie musisz wypominać mi mało stołecznego pochodzenia, bo też jesteś z Podlasia...

− Jednak częściej goszczę w tym pięknym mieście niźli ty, Steluniu.

− Niech będzie już twoje górą, Sewerku. Więc co z teatrem?

− Wystaw sobie, Gwiazdeczko, że panowie aktorowie utworzyli kompanię wolonterów i egzercyrują się teraz, aż cały teatr drży.

− Idzie sprawdzić, mości Sewerku, czy  znają komendy i dobrze wykonują zwrotu?

− Mam od Generalności rozkaz, by wolonterów zaprzysiąc, wciągnąć w nasze wojskowe, insurekcyjne rejestry i wyznaczyć stanowiska na ten wielki dzień, który nadchodzi − Sewer powiedział to poważnie, z przekonaniem i mocą.

− I pytasz, czy chcę iść do teatru? − Stelli błyszczały oczy. Chcę, chcę, chcę, bardzo chcę!

− Pozwoli więc kasztelanka, że będę jej służył ramieniem. − kuzyn Zaręba był teraz wytworny.
− Mam tu powozik, a stangret, choć z Poturzyc, zna Warszawę − Stella z kolei była praktyczna.

Do teatru weszli bocznym wejściem. Poczciwy majordomus Feliks, kamerdyner dyrektora Bogusławskiego i najlepiej poinformowany człowiek w budynku, przywitał Sewera Zarębę serdecznie i wylewnie.

− Czołem panie poruczniku, czołem. Dawno pan u nas nie gościł. Już martwiliśmy się. Powiadano, że pan porucznik do teatru francuskiego chodzi. I ktoś podobno widział pana na włoskiej operze. Ale ja nie wierzyłem − i to jeszcze jak nie wierzyłem! Gdzieżby nasz pan porucznik Zaręba do cudzoziemskiej konkurencji się wybierał, gdzieżby.

− Plotki to były, niecne plotki, mój Feliksie drogi. Toż Feliks wie, że ja zawsze...

− Wiem, kochany panie poruczniku, wiem. I panna Agnieszka też wie...

− Panna Agnieszka cudownie wiersz ze sceny podaje − powiedział Sewer nader poważnie.

− Oj, cudownie, cudownie − przytaknął Feliks. − I śmiać się, i płakać przy niej można. A panienka − spojrzał na Stellę, która z prawdziwym zainteresowaniem słuchała krótkiej co prawda wymiany uwag o pannie Agnieszce − to chyba u nas pierwszy raz.

− Zgadłeś, Feliksie − wyjaśnił Sewer − moja kuzynka dotychczas tutaj nie bywała. Jest z prowincji.
− Zapraszamy więc, zapraszamy. Kiedy tylko wola waćpanny. 

Feliks chyba nie dosłyszał − lub nie chciał dosłyszeć − uwagi o „prowincji”, ale Stella posłyszała ją aż nadto dobrze. Nie przestając się uśmiechać do Feliksa i do całego świata, wbiła kuzynkowi łokieć w okolicę żeber ruchem szybkim, zręcznym i nieomylnym. I zapewne żałowała, że nie jest ów łokieć ostry jak sztylet.

− Zawsze będę rada gościć w narodowym teatrze − powiedziała słodko „prowincjuszka”, nie wypadając z roli.

− Zaprowadziłbym waszmość państwa do dyrektora − ucieszyłby się pan Bogusławski miłym gościom, ale − Feliks jakby dopiero teraz coś sobie przypomniał − ale tu u nas po prawdzie sądny dzień. Nie gramy już chyba od tygodnia. Za to wszyscy biegają, krzyczą, tupią. W bębny biją. Bardziej to podobne do biwaku, jakichś żołnierskich ćwiczeń niż zatrudnieni stosownych aktorom Jego Królewskiej Mości.

− Bo to i są żołnierskie ćwiczenia, mój Feliksie, bo to i są − wykrzyknął niemal Sewerek.

− Jeszcze dzień, dwa i wszyscy będziemy tak ćwiczyli... na ulicach − dodał znacząco.

− to znaczy, że... panie poruczniku... − Feliks był wyraźnie przejęty.

− Tak, stary druhu, już wkrótce. Przyszedłem odebrać od nich przysięgę...

− Ano, nie się dzieje wola Boża − westchnął Feliks.

Kasztelance Stelli rozbłysły oczęta. Sewer pchnął niskie drzwiczki, odsunął wiszącą za nimi kotarę i weszli oboje do sali. Nie, nie weszli. Stanęli w progu.
Głównej sali warszawskiego teatru pewnie nie rozpoznałby żaden stały bywalec i teatralny widz. Nie było w niej krzeseł, ławek, ani w ogóle żadnych sprzętów. Za to deski podłogi drżały i jęczały ugniatane kilkudziesięcioma parami nóg, które − wykonując dość udatnie obroty i zwroty − wzniecały wcale niemało kurzu. Aktorzy ćwiczyli musztrę. I choć ubrani w kolorowe fraczki i pstre kamizelki, karabiny na ramionach trzymali wcale dziarsko. Robili marsowe miny i byli naprawdę bardzo przejęci.

Na tle zasuniętej kurtyny na tronie godnym Nabuchodonozora − gdyby tylko ów tron wykonany był ze szlachetniejszego materiału − siedział sam dyrektor Bogusławski, trzymając w rękach kilka arkuszy zapisanych regułami musztry dla wolonterów. Raz po raz spoglądał w manuskrypt, potem bacznie przypatrywał się maszerującym w miejscu szeregom i kiwał głową.

Jednak prawdziwym bohaterem tej sceny był ktoś inny. Na proscenium stał młody człowiek, smukły i wysoki, w sukiennej wołoszce i nowych, lśniących, wysokich butach. Miał szlachetną, jasną, otwartą twarz. W prawej ręce trzymał szpadę − ale ani Stella, ani Sewer, choć z bronią obeznani wcale nieźle, nie potrafili odgadnąć, czy jest to teatralny rekwizyt, ozdobny, i nieszkodliwy „rożenek” noszony przez dworskich elegantów czy też prawdziwa broń oficerska − bowiem czynił nią zadziwiające młyńce, wymachiwał, puszczał w ruch z nadzwyczajną łatwością i prędkością. Szpada zataczała w powietrzu koła, kółka, elipsy i zygzaki, zmieniając się w sam błysk, w pasmo światła, cienką, ruchliwą linię.

− Jak on to robi − z niedowierzaniem i zazdrością szepnął Sewer.

− Ćwiczył przed lustrem − odszepnęła przejęta widowiskiem Stella.

Zaś szermierz-artysta − nie przestając zadziwiać swoją sztuką − raz po raz niecierpliwym ruchem głowy odrzucał spadające na czoło kosmyki włosów i krzyczał. Nie, nie krzyczał. Całą przestrzeń między kurtyną, lożami, lśniącymi żyrandolami i zakurzoną podłogą wypełniał swym mocnym, jasnym, dźwięcznym, nadzwyczaj donośnym głosem. Podawał komendy, polecenia, rozkazy. I zdawało się, że nawet najostatniejsza oferma, największy taborowy ciura, ba! − najłagodniejszy na świecie cywil słysząc te rozkazy, ruszy do straceńczego ataku na bagnety. Ruszy − i zwycięży.

Stella i Sewer patrzyli zafascynowani. I nagle oboje, nie patrząc nawet na siebie, zaczęli klaskać i radośnie, głośno wołać:

− Fora, fora − Rutkowski − fora, fora!!!

A piękny młodzieniec o donośnym głosie − bo to był właśnie Rutkowski − przerwał na chwilę musztrę swych towarzyszy i, patrząc w stronę, skąd dochodziły oklaski i okrzyki, skłonił się głęboko. Po czym wrócił do przerwanych zajęć. A dwoje przypadkowych widzów, którzy przecież przyszli tu w innym celu, długo jeszcze skandowało:
− Fo-ra, fo-ra, fo-ra... 

autor: Katarzyna Młynarczyk